Danuta i Grzegorz Zaradowie wodę czerpią z cmentarza albo od matki pana Grzegorza. W ciągu dnia czytają „Pałuki”, a wieczorami słuchają radia na baterie. Potrzeby fizjologiczne załatwiają na wolnym powietrzu. Przyznają, że do wielu rzeczy muszą podchodzić z uśmiechem, bo w ich sytuacji innego wyjścia nie ma. Zależy im na tym, żeby zmienić swój byt, dlatego ubiegają się o mieszkanie gminne.
fot. Magdalena Kruszka
Żnin, Barcin, Opieka Społeczna, altana,
Bez prądu, wody, z widokiem na cmentarz
- Na Opiekę Społeczną złego słowa nie powiem - zaznacza Grzegorz Zarada i cieszy się z sześciu worków węgla, które ostatnio dostał. Pozwoli to wejść mu spokojnie w sezon zimowy, choć dorzucać do pieca trzeba często, żeby nie dopuścić do wyziębienia budynku, który ma, albo i nie, 10 m2 .
Danuta i Grzegorz Zaradowie osiedlili się w altance po ojcu pana Grzegorza trzy lata temu. Znajduje się ona tuż za cmentarzem przy ul. Żnińskiej, nieopodal starej cegielni. Obecnie jej właścicielem jest mieszkająca po drugiej stronie ulicy matka pana Grzegorza. Z małego okienka rozciąga się widok na cmentarz. Teraz idzie już czwarty rok, od kiedy zmagają się z warunkami uwłaczającymi godności ludzkiej. Kiedyś wraz z czterema synami mieszkali w Wapiennie, wtedy jeszcze pan Grzegorz pracował w cementowni jako strażnik przemysłowy. Kiedy okazało się, że osiedle jest likwidowane, Grzegorz Zarada nie otrzymał ekwiwalentu ze względu na długi. Wynajął mieszkanie w miejscowości Mokre, tam był i jest do tej pory zameldowany. Wraz z rodziną mieszkał tam trzy lata. Wspomina, że mimo wilgoci miał tam wygodę, bo była kuchnia, łazienka, woda i prąd. Teraz z żoną tego właśnie im najbardziej brakuje. Potem właściciel mieszkanie sprzedał, a państwo Zaradowie przenieśli się do Złotowa. Tam mieszkali 1,5 roku, po czym posprzeczali się z właścicielem i przenieśli się do matki pana Grzegorza na ul. Żnińską. Stamtąd przenieśli się na drugą stronę, do altany za cmentarzem i mieszkają tam do dziś.
Żadne z czworga dzieci nie mieszka już z rodzicami. Wraz z małżeństwem w altanie koczują dwa psy i kot.
fot. Magdalena Kruszka
Wspominają czasy, kiedy z cegielni mieli jeszcze elektryczność. Wówczas i telewizor mieli, i sprzęt grający. Teraz to wszystko stoi, a Danuta Zarada zastanawia się, czy sprzęt w ogóle jeszcze działa. Żadne z ich dzieci z nimi nie mieszka, mają za to dwa psy i kota.
- Byłem kiedyś u burmistrza i prosiłem o mieszkanie zastępcze chociaż na okres zimy, powiedział, że nie ma takiego mieszkania - mówi Grzegorz Zarada. - Nawet nie chciał ze mną rozmawiać. Zbył mnie jak głupiego. A ja mam 51 lat i stałej pracy nie dostanę. Łapię się wszystkiego, co mogę, a wszystko umiem zrobić. Niejednego młodego bym przeskoczył. Wiem, że jest wolne mieszkanie w Złotowie. Wystarczyłoby okna wstawić, resztę to ja bym sobie sam wyremontował. Gmina z mostu zrobiła neon, a na pomoc ludziom już pieniędzy nie ma. Jak złożyłem wniosek o mieszkanie, to wysłali odmowę i napisali, że mieszkanie dostała pani, która mieszkała w gorszych warunkach niż my. A ja się pytam, jak można w gorszych warunkach mieszkać? Chyba pod namiotem. A to mieszkanie, które ona dostała, pasowałoby nam jak nic na świecie. Teraz więcej miejsca niż my to więźniowie w Potulicach mają.
Ostatnio z Miejsko-Gminnego Ośrodka Opieki Społecznej państwo Zaradowie otrzymali sześć worków węgla. W pomieszczeniu, w którym przebywają jest ciepło, jednak pan Grzegorz podkreśla, że co chwilę trzeba do piecyka dorzucać. - Jakby w piecu wygasło, to pół godziny i byłoby tu nie do wytrzymania - mówi Grzegorz Zarada.
Państwo Zaradowie starają sobie organizować życie, choć łatwo nie jest. Wodę biorą z pobliskiego cmentarza albo przynoszą w bańkach od matki. U matki też myją się i korzystają z prądu, żeby naładować choćby telefon komórkowy. Dzień wypełniają sobie słuchaniem radia na baterie. Obiady gotują na piecyku, który ogrzewa im pomieszczenie. Potrzeby fizjologiczne załatwiają na skarpie za altaną. Przyznają, że do wielu rzeczy trzeba podchodzić z uśmiechem, bo w takiej sytuacji innego wyjścia nie ma.
- Śmiejemy się, że mieszkamy na ulicy cmentarnej - mówi Danuta Zarada.
- Trzy lata tu mieszkamy, już się trochę przyzwyczailiśmy - dodaje jej mąż. - Zimę też jakoś przetrwamy, choć zimą pracy nie ma. Przeglądam ogłoszenia w „Pałukach”, czy jakiś rolnik nie potrzebuje pomocy w gospodarstwie w zamian za lokum, ale nic nie ma. Zawsze chciałem sobie sam radzić i widzę, że zawsze będę musiał, bo na pomoc nie mogę liczyć. Policja tylko przyjeżdża sprawdzić, czy nie zamarzliśmy, i pani z Opieki Społecznej.
- Oni są pod naszą stałą opieką - mówi Dorota Dokładna, dyrektor M-GOPS w Barcinie i przyznaje, że wspierają rodzinę Zaradów zapewniając im węgiel, jedzenie. - Ja też się boję, że dam im węgiel, a oni się tam zaczadzą. Ale oni nie chcą sobie dać pomóc. Podejrzewamy też przemoc domową. Jest problem alkoholowy. Dbamy tylko o to, żeby nie zmarzli, żeby głodni nie chodzili, ale z bezdomności oni nie wyjdą.
Dorota Dokładna przyznaje, że państwo Zaradowie nie godzą się na to, żeby pójść do schroniska, nie korzystają z programów pomocowych, na przykład z indywidualnego programu wychodzenia z bezradności. Podkreśla, że podjęcie leczenia czy uczestnictwo w takim programie pozwoliłoby im więcej w gminie załatwić, jak choćby mieszkanie. Do złożenia wniosku o mieszkanie także namówiła ich pracownica M-GOPS.
- Ja już cierpliwości nie mam do nich, bo widzę, w jakich warunkach żyją - skarży się Dorota Dokładna. - Jednak wygląda na to, że im zależy mniej niż nam. Jak jest ciepło, to pan Zarada staje się arogancki, agresywny wręcz, pokazuje, że nie przejmuje się obowiązkami. Po prostu oni dają od siebie bardzo niewiele.
Dyrektor M-GOPS mówi, że nie wyobraża sobie, żeby ci ludzie kolejny sezon spędzili w takich fatalnych warunkach i nie jest zadowolona z efektów, jakie przynoszą działania pracowników, ale podkreśla, że spotykają się oni z oporem, którego nie da się przełamać, dlatego ponoszą klęskę.
- Próbowałam różnych metod, ale nic się nie udało zrobić. Osobiście nie mogę się pogodzić z tą sytuacją - mówi Dorota Dokładna.
Pytania o szansę na mieszkanie dla państwa Zaradów skierowaliśmy także do Urzędu Miejskiego w Barcinie. Do wczoraj nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Do sprawy powrócimy, kiedy Urząd ustosunkuje się do kwestii bezdomnych koczujących za cmentarzem.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1087 (50/2012)
Więcej informacji:
- Warunki gorsze, ale nie wiadomo jakie
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze