Reklama

Bez winy - bez odszkodowania

Ubezpiecza i biorącego udział w kolizji, i zarządcę dróg
     Bez winy - bez odszkodowania
     Samochód nie miał wykupionego autocasco. Pytanie, czy wypadek spowodowany był przez pęknięcie opony, czy przez dziurę w drodze, na której pękła owa opona nie jest jedynie sporem teoretycznym - w każdym razie towarzystwo ubezpieczeniowe Uniqa nie widzi związku dziury z pęknięciem opony. Niewykluczone, że spór o odszkodowanie rzędu 5,5 tys. złotych rozstrzygnąć będzie musiał sąd.

Ireneusz Wlazły skarży się m.in., że Towarzystwo Ubezpieczeniowe nie wzięło pod uwagę wielu zdjęć dokumentujących stan drogi i samochodu (zwłaszcza koła), które wykonał w dzień po kolizji. Zdaniem łabiszynianina te zdjęcia były wystarczającym dowodem, gdyż pokazywały dziury przed zakrętem, stan pobocza na łuku itd., zaś na zdjęciach rzeczoznawcy tego nie ma.                     
             fot. Karol Gapiński

   Minął prawie rok od czasu, kiedy łabiszynianin Ireneusz Wlazły wracając samochodem z pracy z Bydgoszczy, uczestniczył w kolizji, w której cudem uniknął poważniejszych obrażeń. Tamtego dnia pożyczył od żony Katarzyny jej samochód, volkswagen golf, rocznik 1994. Samochód, choć już 15-letni, był w bardzo dobrym stanie, gdyż miał wymienione praktycznie wszystkie ważniejsze części silnika i założone opony zimówki.
   Znak
   Do kolizji doszło na łuku drogi wojewódzkiej nr 254 w Kobylarni. - Nie było ślisko, ale też nie jechałem zbyt szybko. Było około 2200 7 lutego zeszłego roku - opowiada Ireneusz Wlazły. Kilkaset metrów przed zakrętem stał znak ograniczający prędkość do 40 km, jednak na tym samym słupie zawieszony był też inny znak informujący o tym, że jest skrzyżowanie z drogą po prawej stronie. Jest to droga do przedsiębiorstwa drogowego w Kobylarni. - Z tego, co mi wiadomo i chyba wie to każdy, nie tylko osoba wiele lat kierująca samochodami, tak ustawione znaki informują o ograniczeniu prędkości tylko do skrzyżowania, które oznaczono na znaku. Tymczasem mnie tłumaczono nawet później, że wypadłem na zakręcie z drogi, bo jechałem za szybko i to moja wina. To raczej bezmyślność Zarządu Dróg Wojewódzkich, który tak ustawił znak. Przecież kierowcy samochodów wyjeżdżających z tej drogi od zakładu drogowego i kierujący się na Łabiszyn w ogóle nie widzą żadnego znaku ograniczającego prędkość, a po kilkuset metrach czeka ich ostry zakręt, czyli w momencie, gdy mogą właśnie spokojnie, nie widząc żadnych znaków, nabierać prędkości. Dlatego było w ogóle nielogiczne zarzucanie mi, iż za szybko jechałem - mówi Ireneusz Wlazły. Wkrótce zresztą znak ten zdjęto.
   Na zakręcie
   Przed samym zakrętem samochód, którym jechał łabiszynianin, wpadł w dziury na drodze. W ostatnich chwilach, tracąc panowanie nad autem, Ireneusz Wlazły nie wiedział, że jest w zasadzie poza pasem jezdni. Po prawej stronie jezdni, na łuku było na poboczu tyle szarego błota, że pas drogowy w ogóle nie był widoczny. Samochód wpadł do rowu i koziołkował, taranując rosnące w rowie krzaki. Na szczęście dla Ireneusza Wlazły, do dachowania doszło na odcinku, gdzie akurat nie było większych drzew ani też słupów. Kawałek dalej bowiem stał już słup energetyczny, a zderzenie z nim mogłoby wyglądać tragicznie. Ireneusz Wlazły w szoku zdołał po kilku minutach wydostać się z rozbitego auta. Odpiął po prostu pasy, przeczołgał się na tył i wyszedł przez rozbitą tylną szybę golfa. Zaraz też zadzwonił na policję i pogotowie oraz do żony. Poza ogólnymi potłuczeniami nie odniósł obrażeń, więc od początku zdarzenie traktowane było jako kolizja.
Ireneusz Wlazły jest przekonany, że bezpośrednią przyczyną tej kolizji był zły stan drogi, a konkretnie dziury przed zakrętem, w które wpadł samochód, przez co on stracił nad nim panowanie. Łabiszynianin wszystko dokumentował na fotografiach robionych przy pomocy aparatu w telefonie komórkowym. Następnego dnia odholował wspólnie z kolegą wrak samochodu.
Jak ocenił sierżant sztabowy Waldemar Nawrocki z Komendy Miejskiej Policji w Bydgoszczy, przyczyną, dla której volkswagen wpadł do rowu była niezawiniona usterka techniczna pojazdu. Po prostu wystrzeliła opona.
   O odszkodowanie
   Ani Ireneusz Wlazły, ani też jego żona Katarzyna, czyli prawna właścicielka samochodu, z taką opinią od początku się nie zgadzali. Na miejsce kolizji przyjechał rzeczoznawca. Było to już jednak prawie 2 tygodnie po zdarzeniu i warunki na drodze były inne. Przede wszystkim jednak, zdaniem Katarzyny Wlazły, rzeczoznawca nie porobił zdjęć dziur w nawierzchni przed zakrętem.    Poszkodowana mogłaby liczyć na odszkodowanie, gdyby oprócz OC miała też wykupione na samochód AC. Szkopuł jednak w tym, że na samochody starsze, niż 9-letnie towarzystwo nie sprzedaje ubezpieczeń. O możliwość wykupienia AC pytała Towarzystwo Ubezpieczeniowe SA Uniqa, gdzie samochód ma OC. Dowiedziała się, że jej samochód jest zbyt stary, ażeby dostać na niego AC.
   Nie mając AC łabiszynianka nie mogła liczyć na odszkodowanie z tego tytułu, ale wystąpiła z wnioskiem o odszkodowanie do Zarządu Dróg Wojewódzkich w Bydgoszczy o to, ażeby naprawił szkody powstałe w kolizji, jej zdaniem wynikającej ze złego stanu drogi. Tak się składa, że na okoliczność takich zdarzeń Drogi Wojewódzkie są również ubezpieczone w Towarzystwie Uniqa. Dlatego wniosek o odszkodowanie miała napisać - i zrobiła to - pod adres ubezpieczalni.
   Po 2 kolejnych tygodniach zapadła w toruńskim Punkcie Obsługi Klienta Regionalnego Centrum Likwidacji Szkód Oddział w Gdańsku decyzja odmowna w sprawie odszkodowania. W uzasadnieniu specjalista ds. likwidacji szkód Marek Rakoczy podał jako przyczynę odmowy przyznania odszkodowania zaświadczenie wystawione przez policję, w którym jako przyczynę kolizji podano niezawinioną usterkę techniczną.
   - Moja korespondencja z Towarzystwem Ubezpieczeniowym to w ogóle osobna sprawa. To też przykład na to, jak oni lekceważąco podchodzą do sytuacji, gdy ubezpieczony próbuje wywalczyć odszkodowanie za poniesione szkody. Otóż, już na pierwsze pismo skierowane w tej sprawie przeze mnie, jako właścicielkę auta, odpowiedź przyszła na adres męża. A gdybym nie mieszkała z mężem? Była np. w separacji? Odpowiedź na drugie moje pismo była jeszcze dziwniej zaadresowana. Tym razem kierownik toruńskiego punktu obsługi klienta zaadresował odpowiedź - też negatywną - na mój adres, ale na nazwisko Irena Wlazły. Kto to taki? W zasadzie nie powinnam tego pisma odbierać, ale zobaczyłam nadawcę i wiedziałam, że to w sprawie, na którą czekam - mówi Katarzyna Wlazły.
   Zarząd Dróg
   W międzyczasie Katarzyna Wlazły uzyskała informację od Jacka Kodzisa, kierownika Rejonu Dróg Wojewódzkich w Inowrocławiu, któremu podlega droga nr 254: (...) informuję, że znaki B33 „ograniczenie prędkości do 40 km/h” w miejscowości Kobylarnia zostały ustawione w dniu 23 stycznia 2009 r. ze względu na zły stan nawierzchni, to jest występujące wyboje.
Katarzyna Wlazły starała się wykorzystać ten argument w staraniach o odszkodowanie od Zarządu Dróg. Uniqa ubezpiecza bowiem i Zarząd Dróg Wojewódzkich.
   Nie było odpowiedzialności deliktowej
   Wsparta takim argumentem jeszcze raz napisała do Towarzystwa Ubezpieczeniowego Uniqa. Tutaj jednak w ogóle nie wzięto pod uwagę informacji z Rejonu Dróg Wojewódzkich w Inowrocławiu, cały czas opierając się na zaświadczeniu z Komendy Miejskiej Policji w Bydgoszczy, mówiącej o przyczynach zdarzenia. Policja zaś, o czym pisaliśmy wyżej, uznała, że jedyną przyczyną kolizji była niezawiniona usterka pojazdu, która spowodowała wystrzał opony.
   -  Jeśli wystrzał był, to tylko dlatego, że wpadłem wtedy w dziury. Zresztą widać na zdjęciach, które zrobiłem, że opona zsunęła się z koła. Kompletnie nie rozumiemy też z żoną, jak można nie brać pod uwagę argumentu o złym stanie drogi, skoro sam Zarząd Dróg Wojewódzkich uzasadniał postawienie rok temu znaku ograniczającego prędkość wybojami na tej drodze. A jednocześnie nie stwierdzono, że ja  - choć moim zdaniem znak był tak ustawiony, że wprowadzał w błąd - przekroczyłem tę prędkość - mówi Ireneusz Wlazły
   W towarzystwie Uniqa ubezpieczony był też Ireneusz Wlazły. Dlatego możliwe było, że  należy się jego żonie odszkodowanie z tytułu odpowiedzialności deliktowej, czyli wynikającej z czynu niedozwolonego. Mówi o takiej odpowiedzialności kodeks cywilny w art. 415, że kto z własnej winy wyrządził drugiemu szkodę, zobowiązany jest ją naprawić.
   Jednak policja uznała Ireneusza Wlazły za niewinnego, a o winie Dróg Wojewódzkich w swoim zaświadczeniu nawet nie wspominała. Ponieważ wszyscy są niewinni, to poszkodowana nie otrzymała odszkodowania.Walkę o nie prowadziła do połowy grudnia ub.r., śląc kolejne pisma do Torunia, Gdańska, gdzie mieści się oddział nadzorujący punkt obsługi klientów TU Uniqa oraz do Łodzi, do której oddział w Gdańsku należy. Wszędzie jednak odsyłano ją do Torunia, jako do władnego w tej sprawie podejmować decyzję.
   - Teraz po prostu zastanawiam się nad pójściem do sądu, tylko to kosztuje, a ja nie mam pieniędzy na prawników, czy założenie sprawy. Z mężem zdecydowaliśmy się oczywiście zmienić ubezpieczyciela. Co z tego jednak, skoro ja teraz jestem bez samochodu i utrudnia mi to codzienne życie - żali się Katarzyna Wlazły.
   Rozbity golf został sprzedany za 1.000 zł, prawdopodobnie na części. Przed wypadkiem, a po licznych wymianach części na nowe, właścicielka szacowała jego wartość na 6 do 7 tys. zł.
   Do sądu
   Poszkodowana poważnie zastanawia się nad skierowaniem sprawy do sądu. Sprawę tę może kierować przeciwko ubezpieczycielowi dróg wojewódzkich, czyli TU SA Uniqa w Łodzi.
Jak się dowiedzieliśmy w Regionalnym Centrum Likwidacji Szkód TU SA Uniqa w Gdańsku, sprawę należy kierować do sądu zgodnego z miejscem zamieszkania poszkodowanego. Czyli łabiszynianka mogłaby skierować pozew do Sądu Rejonowego w Szubinie.

Karol Gapiński
Pałuki nr 935 (2/2010)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości