Reklama

Pokolenie II wojny światowej: dramatyczne doświadczenia, okupacja, zagłada. Przeżycia ze Żnina. Ucieczka, praca, aresztowania. Przetrwanie i pamięć.

Stałem na ulicy Śniadeckich przed domem Kościeleckich i patrzyłem na jadące jeden za drugim wozy z Niemcami. Nagle z jednego z nich bardzo szybko zeskoczyło dwóch młodych Niemców, doskoczyli do mnie, przygnietli mnie swoimi ciałami do muru kamienicy, bijąc pięściami i kopiąc, wyładowali na mnie swoją złość i nienawiść.

     Pokolenie, do którego należę, swoje pierwsze doświadczenia życiowe zdobywało w czasach II wojny światowej. Zderzyłem się wówczas z rzeczami ostatecznymi. Dzieciństwo, które powinno być radosnym światem bez krzywdy, życiem w poczuciu bezpieczeństwa, przestało istnieć. Zobaczyłem, że świat w którym żyję, nie jest światem porządku i ładu. Wszystko się rozpadło. Widziałem, że moi rodzice żyli w nieustannym napięciu spowodowanym przewidywaniem i przygotowaniem się na ostateczność. Patrzyłem oczyma dziecka, jak wojna z całą bezwzględnością odsłania swoje zło. Widziałem go wiele i rozumiałem, bo w dramatycznych warunkach dorasta się szybko. To porażające zło pozostanie w moich oczach do końca życia.
     Przetrwanie okupacyjnych lat 1939-1945 zobowiązuje nas do pokazania, jak przeżyliśmy okres, w którym pogarda była codzienną rzeczywistością. Podejmuję tę próbę z nadzieją, że pozwoli ona nie tylko unaocznić, ale także lepiej zrozumieć występujące napięcia. Mniej chodzi tutaj może o wspomnienia, lecz o ukazanie zła, które trudno w pełni zrozumieć, bo stawało się silniejsze od ludzkiej wyobraźni. Tamte lata chciałbym przybliżyć w kilku impresjach odnoszących się do Żnina - mojego rodzinnego miasta, w którym mieszkałem w czasie okupacji, opartych na przeżyciach osobistych i losach rodziny. Dotyczą one wprawdzie Żnina, ale są charakterystyczne dla większości naszych zarówno małych, jak i dużych miast. Niemcy bowiem programowo powielali niszczenie wszystkiego co polskie. Różnice dotyczyły tylko skali okrucieństwa. Piszę o tych nieludzkich latach, aby o nich pamiętać.
     Przetaczająca się przez Żnin fala uciekinierów, po napaści Niemiec 1 września 1939 roku na Polskę, pociągnęła za sobą również mieszkańców Żnina. Dość licznie opuścili oni miasto. Większość z nich do niego wróciła, kiedy zostało zajęte przez Niemców. Podobnie uczyniła moja Matka, która wraz ze mną wyjechała do gospodarstwa babki Pelagii Zielińskiej, położonego w pobliżu Rogowa w powiecie żnińskim. Dotarliśmy tam jadąc ze Żnina kolejką wąskotorową do Rogowa, a stąd do gospodarstwa dotarliśmy pieszo. Ojciec natomiast towarzyszył jako ochotnik, podobnie jak wielu innych domagających się bezustannie broni i wyznaczenia zadań, Żnińskiemu Batalionowi Obrony Narodowej. Batalion ten razem z 26. Dywizją Piechoty Armii „Poznań” rozlokowano na terenie powiatu żnińskiego i zgodnie z decyzją Naczelnego Dowództwa wycofał się w głąb kraju. Wielkopolska Brygada Obrony Narodowej, w której składzie był Batalion „Żnin” wykonywała zadania osłonowe na tyłach poruszającego się w kierunku Warszawy wojska. Wraz z nim Ojciec dotarł w rejon Kutna. Tutaj 9 września 1939 roku rozpoczęła się bitwa. W jej trakcie kategorycznie odmówiono ochotnikom wcielenia ich do jednostek wojskowych i polecono udanie się do swoich domów. Następnego dnia ze względów bezpieczeństwa pojedynczo wyruszyli w drogę powrotną. Ojciec wracał na rowerze. Jechał bocznymi drogami unikając spotkania z niemieckim wojskiem. Udało mu się szczęśliwie dotrzeć do nas na wieś. Razem wróciliśmy kolejką z Rogowa do zajętego już przez Niemców Żnina, do mieszkania w domu dziadków Szczecińskich.
     Wybuch wojny był dramatycznym doświadczeniem życiowym dla siostry mojego Ojca Leokadii z Zielińskich Marciniakowej i jej nowonarodzonego dziecka. W roku 1938 wyszła ona za mąż i 14 czerwca 1939 roku urodziła córkę Marię. W dwa i pół miesiąca później 28 sierpnia 1939 roku jej mąż Leonard Marciniak został powołany do wojska. Pozostała sama z niemowlęciem na gospodarstwie rolnym w Gałęzewku w powiecie żnińskim. Dzięki swej zaradności, pracowitości i pomocy rodziny przeżyła wraz z córką czas wojny i doczekała się powrotu męża.
     Leonard Marciniak walczył na froncie wschodnim, gdzie wraz z tysiącami polskich żołnierzy dostał się do niewoli sowieckiej. Przebywał w niej trzy miesiące. Tylko wielkiemu szczęściu, graniczącemu z cudem, zawdzięcza, że wówczas nie zginął. W obozie, w którym przebywał, Rosjanie proponowali jeńcom polskim, że będą ich samochodami podwozić pod linię rozgraniczającą okupowaną Polskę między ZSRR a Niemcy, gdzie ich wypuszczą i skąd będą mieli bliżej do swoich domów. Wielu jeńców dało się na te wyjazdy namówić. Leonard Marciniak, który był człowiekiem spokojnym, nie działającym impulsywnie, nie spieszył się z wejściem na platformę samochodu, która szybko zapełniła się polskimi żołnierzami. Wśród nich był również jego kolega z Wenecji w powiecie żnińskim Maciejewski. Nie mogąc się zdecydować stanął obok kierowcy ciężarówki - Rosjanina, który mu szepnął, że jeśli chce żyć niech nie wsiada. Zrozumiał szybko, że są to transporty ludzi wywożonych na rozstrzelanie. Udało mu się jeszcze w ostatniej chwili ściągnąć z samochodu Maciejewskiego, który wielokrotnie, kiedy prawda wyszła na jaw, dziękował za uratowanie życia.
     W ramach wymiany jeńców rosyjskich na polskich został przekazany przez Rosjan Niemcom. I tym razem dopisało mu szczęście. Trafił bowiem wraz z trzema innymi polskimi jeńcami do pracy w gospodarstwie rolnym, w Bawarii, w miejscowości Enzlar, do bauera o nazwisku Jakob Kaller. Jeńcy byli przez niego dobrze traktowani. Po wojnie w lipcu 1945 roku Leonard Marciniak wrócił do Polski.
     Przerażające barbarzyństwo Niemców wobec Polaków w okupowanym Żninie rozpoczęło się od aresztowań i osadzania jego mieszkańców w więzieniu i obozach. Potem były egzekucje i wysiedlanie do Generalnego Gubernatorstwa (GG). Codziennością tamtych lat było: poniżanie, bicie, wyrzucanie z mieszkań, przymusowa praca. Zostaliśmy wyjęci spod prawa, każdy Niemiec mógł z nami robić co chciał. Normalne życie przestało istnieć.
     Wśród uwięzionych był również mój Ojciec Kazimierz Zieliński, przed wojną właściciel przedsiębiorstwa „Ziemiopłody” w Żninie, zajmującego się handlem zbożem i nasionami rolniczymi, a także stryj Edmund Zieliński- właściciel piekarni ze sklepem przy ulicy Poznańskiej, którego wywieziono do niemieckiego obozu pracy w Inowrocławiu.
     Ojciec pracował w okresie okupacji w niemieckim przedsiębiorstwie „Dom Zbożowy Struwe i Bsyl” w Żninie przy ulicy Gnieźnieńskiej 1. W tym okresie został aresztowany i osadzony w żnińskim więzieniu. Baliśmy się z Mamą, aby Ojca nie spotkał ten sam los, co wywiezionych z tego więzienia w grudniu 1939 roku Polaków do lasu w Balczewie i tam rozstrzelanych. Mama poszła do firmy, w której pracował Ojciec i prosiła jej współwłaściciela Struwe`go o interwencję na policji, aby go zwolniono z aresztu. Odpowiedział jej krótko, po niemiecku, że sprawą się zajmie. Rzeczywiście po kilkunastu dniach Ojca wypuszczono. Był to w naszym odczuciu cud. Jak mówił nam później Ojciec, Struwe nie rozmawiał z nim na ten temat, ale zorientował się, że należał do tych Niemców, którzy nie popierali polityki bezwzględnego prześladowania Polaków. Poza tym Struwe cenił Ojca za jego fachowość nabytą w czasie prowadzenia przed wojną własnego przedsiębiorstwa tej samej branży. Należy przypuszczać, że kierował się głównie względem przydatności Ojca do pracy w jego firmie.
     Mój stryj Edmund Zieliński w czasie okupacji pracował nadal jako zwykły piekarz w piekarni, którą mu zabrali Niemcy. Wkrótce jednak nowy jej właściciel - Niemiec oskarżał go o celowy zły wypiek chleba. Stryj został aresztowany i wywieziony do obozu pracy w Inowrocławiu. Rodzina stryja o jego aresztowaniu dowiedziała się od p. Wery Małachowskiej - matki Tadeusza i Lucjany, która widziała przez okno biura przy ulicy Kościelnej, w którym pracowała, jak żandarmi niemieccy skutego w kajdanki prowadzili na dworzec kolejowy. Mieszkała ona wówczas, po wyrzuceniu jej z dziećmi z rodzinnego domu, w jednym pokoju zabranym stryjowi z jego mieszkania przy ulicy Poznańskiej.      O zwolnienie stryja z obozu zabiegała z dużym osobistym poświęceniem jego żona Józefa. Pomagała jej w tym dobra znajomość języka niemieckiego. O pomoc w uwolnieniu męża zwracała się do znających go od wielu lat Niemców: młynarza z Góry koło Żnina - Kupicha, od którego kupował mąkę i właściciela piekarni w Rogowie Mecka, u którego uczył się zawodu. Oboje zaangażowali się w jego uwolnienie, wydając jak najlepszą o nim opinię. Szczególnie Meck, który osobiście się za nim wstawił w obozie w Inowrocławiu, oświadczając, że zna go jako człowieka uczciwego i chętnie zatrudni go w swojej piekarni. Po kilku miesiącach stryj wrócił do domu wychudzony, cały siny od bicia, pogryziony przez psy podczas rannych spacerów i zawszony. Znajomy lekarz Eugeniusz Niemczynow, który go badał po powrocie z obozu, nie dawał mu więcej jak dwa tygodnie życia. Dzięki jednak troskliwej opiece żony wrócił do zdrowia i podjął pracę w swoim zawodzie. Nigdy nie chciał opowiadać o obozowych przeżyciach.
     Okazuje się, że w tamtych wojennych latach zdarzali są wśród Niemców tacy, którzy pomagali Polakom w sytuacjach, kiedy groziły im represje bądź zostali uwięzieni. Byli to najczęściej Niemcy starszego pokolenia, mieszkający w Polsce już od dawna. Domyślam się, że byli to ludzie niepopierający faszyzmu. Przypadki udzielania pomocy Polakom przez Niemców były bardzo rzadkie, ale przytaczam je, aby lepiej wyrazić prawdę i zachowując ją w sobie, patrzeć na nią z pełniejszej perspektywy.
     W czasie okupacji żyć było coraz trudniej. Ludzie głodowali z powodu braku żywności, wyprzedawali się, handlowali, jeździli na szmugiel, narażając się na więzienie bądź zesłanie do obozu. Poza przydziałami na kartki nic nie można było kupić. Niskie przydziały mięsa i jego przetworów nie wystarczyły na jeden dobry obiad w ciągu tygodnia. Nieco lepiej wiodło się tym, którzy mieli krewnych bądź znajomych na wsi, chociaż i tam były również ograniczenia. Ratowaliśmy się przed głodem w różny sposób, między innymi zupą z wody po wygotowanych kiełbasach, którą można było dostać z masarni niemieckiej mieszczącej się naprzeciwko domu moich dziadków Szczecińskich przy ulicy Poznańskiej (obecnie Kościuszki), w którym mieszkaliśmy. Przed wojną właścicielem tej masarni był pan Tokarski. Wydawano w niej raz, a niekiedy dwa razy w tygodniu tzw. kiszczonkę, tj. wodę po wygotowaniu kiełbas. Po tą kiszczonkę chodziłem z kanką wraz z innymi dziećmi. Mama gotowała z niej smaczną zupę. Jeśli miałem szczęście, tzn. kiedy wydawał ją znajomy rzeźnik, zdarzało się, że wkładał do kanki razem z kiszczonką kawałek kiełbasy.
     W czasie wojny nie było cukru. Gotowało się więc syrop z buraków cukrowych, które dowożono wozami konnymi do żnińskiej cukrowni. Zbieraliśmy je z jezdni ulicy, kiedy spadały z wozu. Smak tego syropu był obrzydliwy.
     Wielką uciążliwością był brak opału w czasie zimy. Paliło się tylko w kuchni, w piecu, na którym przygotowywano posiłki. W kuchni stale się przebywało. Spałem również w niej, bo było cieplej. Rodzice spali w nieogrzewanym pokoju. Każdej zimy marzliśmy. Widzę jeszcze dzisiaj zamarznięte lodem okna naszego mieszkania, przez które na zewnątrz nic nie było widać. Chuchaniem robiłem w zmarzlinie szyby otwór i patrzyłem przez niego na ulicę.
     Ojciec chcąc poprawić zaopatrzenie rodziny w mięso chował króliki w zrobionej przez siebie klatce, która stała na podwórzu domu dziadka Szczecińskiego. Chodziłem nad rzekę Gąsawkę zbierać dla nich zieloną paszę. Na torfowiskach za rzeką wyławiałem rzęsę dla kaczek, które chowała Mama.
     Szczególnie trudno było polskiej młodzieży. Żyliśmy pod ciągłą presją niemieckiej bezwzględności, upokorzeń i przemocy. Czasy okupacji, w których przyszło dojrzewać młodzieży, pozbawiły ją możliwości nauki. Nie stwarzała tego jedna niemiecka szkoła zorganizowana przez okupanta dla dzieci polskich w oddalonej o około 3 km od Żnina wsi Góra. Chodziło do niej moje kuzynostwo Bożena i Felicjan Zielińscy. Była to szkoła, w której zakazano używania języka polskiego. Lekcje odbywały się po niemiecku. Dla dzieci, które nie znały języka niemieckiego, była to gehenna. Bito je i maltretowano. Nauczycielami byli najczęściej volksdeutsche. Wśród nich dwie przedwojenne służące w domach polskich nieznające dobrze języka niemieckiego. Mściły się na polskich uczniach, bijąc rózgą za byle jakie przewinienie. Poziom nauczania był bardzo niski i ograniczał się do tego, by Polak - niewolnik umiał napisać własne nazwisko, liczył do 500 i wiedział, że jego obowiązkiem jest być posłusznym Niemcom. Języka niemieckiego uczono z podręcznika zawierającego wybór czytanek wpajających dzieciom polskim wyższość narodu niemieckiego, zwłaszcza nad Słowianami. Matematyka, a raczej rachunki ograniczały się do umiejętności posługiwania się czterema podstawowymi działaniami. Wpajano uczniom elementy faszyzmu, przekonując o wyższości narodu niemieckiego i konieczności zaborów terytorialnych uzasadniając je brakiem przestrzeni życiowej (Lebensraumu) dla Niemców.
     Dzieci, które pokonywały daleką drogę do niemieckiej szkoły w Górze, miały możliwość odwiedzenia tamtejszego kościoła katolickiego, który nie został zamknięty. Chodziły równocześnie na plebanię do księdza Czesława Marlewskiego uczyć się religii oraz zakazanego przez okupanta języka polskiego. Ksiądz zorganizował dla dzieci dożywianie. Dostawały po kubku mleka i skibkę chleba, niekiedy bułkę. Rodzice ze względu na zamknięcie w Żninie jedynego kościoła katolickiego pw. św. Floriana, który sprofanowano zamieniając na magazyn, wyjeżdżali z dziećmi przystępującymi do sakramentu I Komunii Świętej konspiracyjnie także poza Górę, do innych miejscowości, gdzie kościoły katolickie były czynne, miedzy innymi do Inowrocławia i Żernik.
     Do podtrzymania polskości przyczyniła się także tajna biblioteka z polskim księgozbiorem, a w nim dużą ilością książek historycznych. Prowadzona była przez panie Niedbalskie w ich mieszkaniu przy ulicy Śniadeckich. Korzystała z niej moja rodzina. Uczyliśmy się z tych książek języka polskiego i historii.
     Na atmosferę okresu okupacji, w moim odczuciu, składała się między innymi działalność Hitlerjugend (H J ), organizacji młodzieżowej, wychowującej młodych Niemców w duchu hitlerowskiego faszyzmu. Wstępowali do niej chłopcy po ukończeniu 14 lat, składając przysięgę, że służyć będą narodowi niemieckiemu i Hitlerowi do ostatniej kropli krwi. Jej umundurowani członkowie odbywali częste, paradne przemarsze ulicami Żnina, ze sztandarem i biciem w biało-czarne werble. Maszerowali po mieście butni i pewni siebie, jakby chcieli nas przytłoczyć swoją obecnością. W tych marszach zawierał się niemiecki styl bycia oraz faszystowski kult przemocy i siły. Pamiętam, jak idąc ulicą Bydgoską natknąłem się na ich oddział. Obowiązkiem Polaków było zdjęcie czapki przed niemieckim sztandarem i kłanianie się wszystkim Niemcom bez względu na wiek. Nie zdjąłem czapki. Z szeregu przechodzących młodych Niemców wyskoczyło kilku i za nieokazanie szacunku porządnie mnie pobili pięściami i skopali. Siłą przywołali niepokornego chłopca do porządku. Właśnie używanie siły, połączonej często z fizyczną likwidacją, było jedną z naczelnych zasad niemieckiego faszyzmu. Kiedy potem przechodziłem obok Niemców, byłem cały wewnętrznie spięty. Nie wiedziałem, czy ze strachu, czy nienawiści. Obchodziłem ich z daleka. Ale jak się później okazało, nie było to skuteczne.
     Pogłębiający się deficyt siły roboczej Niemcy starali się zaspokoić wprowadzając przymus pracy. Objęto nim między innymi osoby nieletnie. Każdy Polak po ukończeniu 12 lat otrzymywał „Arbeitsbuch” - książkę pracy i był, pod rygorem więzienia lub obozu, zobowiązany do przymusowej pracy w przedsiębiorstwach oraz niemieckich gospodarstwach rolnych. Do takiej przymusowej pracy dla nieletnich po skończeniu szkoły w Górze skierowane zostały dzieci mojego stryja Edmunda: Bożena i Felicjan Zielińscy. Oboje pracowali od 1942 roku do końca okupacji. Bożena Zielińska przydzielona została do pracy w ogrodnictwie należącym do Wincentego Buzały w Żninie, położonym przy dzisiejszej ulicy Spokojnej, blisko torów kolejowych. Praca była bardzo ciężka. Donosiła wodę w dwóch wiadrach „na szońdach” z pobliskiej rzeki Gąsawki do podlewania roślin w ogrodnictwie. Ponadto pracowała przy produkcji sadzonek, które pikowała w inspektach. Zimą natomiast na strychu domu obierała cebulę, łuskała fasolę. Pomagała przy robieniu mat ze słomy do osłony inspektów. Pracowało się od godziny 8:00 do 20:00, od poniedziałku do niedzieli. Natomiast kuzyn Felicjan Zieliński po skończeniu 12. roku życia pracował również przymusowo w Żninie jako goniec i pracownik w sklepie odzieżowym przy rynku.
     Niemcy w swoich planach urbanistycznych zakładali, że Żnin będzie miastem wypoczynkowo-uzdrowiskowym. Przystąpili więc do jego modernizacji. Rozpoczęli od wymiany nawierzchni wszystkich głównych ulic miasta, wykładając je granitową kostką. Zaprojektowano i realizowano powiększenie powierzchni zielonych. Rozpoczęto od plant - publicznych zieleńców, zakładanych w miejscach częściowo wyburzonych domów, likwidowanych przydomowych ogrodów oraz zagospodarowując brzegi rzeki Gąsawki od Małego do Dużego Jeziora, a także północne brzegi Małego Jeziora, w pobliżu gimnazjum i szpitala, aż do ulicy Poznańskiej (dzisiaj ul. Kościuszki). Do realizacji tych planów Niemcy sprowadzili do Żnina ponad stu angielskich jeńców wojennych, których zakwaterowano na terenie cukrowni. Przy urządzaniu plant pracowali oni w grupach. Jedni rozbijali ściany rozbieranych w mieście domów, tłukli cegłę na gruz, który przewożony był wozami konnymi powożonymi przez Polaków. Inna grupa gruz ten rozładowywała i wysypywała jako podkład pod szerokie aleje plant, który następnie był zasypywany żwirem. Wiosną jeńcy sadzili krzewy, drzewa i wysiewali trawę. Ubrani byli w angielskie kurtki wojskowe koloru khaki. Pilnowali ich niemieccy strażnicy - wachmani. Mieszkańcy Żnina organizowali dla jeńców pomoc, zaopatrując ich w chleb i papierosy. Również moi rodzice, na miarę swoich skromnych wówczas możliwości, pomagali jeńcom. Nosiłem im chleb, w który nielegalnie, poza przydziałami na kartki, zaopatrywał nas stryj Edmund, pracujący w niemieckiej piekarni, która przed wojną była jego własnością. Dwie, trzy skibki chleba razem z kilkoma papierosami, zrobionymi przez ojca, w zawiniątku podrzucałem w pobliże miejsca, gdzie pracowali jeńcy, wtedy, kiedy wachman odszedł dalej i nie mógł tego zobaczyć. Jeńcy podnosili je szybko i chowali za pazuchę wojskowych kurtek. Ważniejsze od jedzenia były dla nich papierosy. Pokazywali to przykładając dwa palce do ust. Dlatego potem nosiłem im tylko papierosy. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, czym to groziło. Kiedy po wielu latach wspominaliśmy z moim starszym kolegą Teodorem Marciniakiem, synem żnińskiego ogrodnika, czasy okupacji, powiedział mi, że jedna ze żninianek - Radecka, mieszkająca przy obecnej ulicy Spokojnej, za dostarczoną jeńcom paczkę została skazana na 1,5 roku więzienia.
     Było lato 1944 roku, Ojciec wrócił do domu ze spotkania, na którym nielegalnie słuchano radia. Przekazał Mamie wiadomość, że wojska radzieckie i polskie przekroczyły wschodnią granicę kraju. Oboje cieszyli się, że może to oznaczać zbliżający się koniec wojny. Byłem obecny przy takiej rozmowie pierwszy raz, bo ze względów bezpieczeństwa Ojciec nigdy w mojej obecności nie przekazywał wiadomości zasłyszanych z nasłuchów radiowych. Jak się później okazało, posuwanie się wojsk radzieckich i polskich w głąb kraju zatrzymane zostało w okresie Powstania Warszawskiego, które trwało od 1 sierpnia do 2 października 1944 roku. Ofensywę na nowo rozpoczęto dopiero w styczniu 1945 roku.
     Zbliżający się koniec wojny wieszczyła zmiana w zachowaniu Niemców, którzy już nie byli tak butni, jak zazwyczaj. Już wiedzieli, że wojna się kończy.
     Przez Żnin zaczął przejeżdżać ciąg konnych wozów i bryczek, na których siedziały całe rodziny Niemców ze swoim dobytkiem. Uciekali ze wschodnich terenów Polski jadąc do „Vaterlandu”. Widok ten napawał nadzieją na zbliżający się koniec wojny. Często stałem wraz z innymi dziećmi i przypatrywaliśmy się jadącym Niemcom. Nie byli jak zazwyczaj pewni siebie, a raczej zamyśleni i źli. To moje obserwowanie ich upokarzającej ucieczki skończyło się dla mnie źle. Pamiętam dokładnie tamto popołudnie, świeciło słońce. Stałem na ulicy Śniadeckich przed domem Kościeleckich i patrzyłem na jadące jeden za drugim wozy z Niemcami. Nagle z jednego z nich bardzo szybko zeskoczyło dwóch młodych Niemców, doskoczyli do mnie, przygnietli mnie swoimi ciałami do muru kamienicy, bijąc pięściami i kopiąc, wyładowali na mnie swoją złość i nienawiść. Było to kolejne, dotkliwe pobicie przez Niemców i tak jak poprzednie spowodowało wstrząs nie tyko fizyczny, ale i psychiczny, którego skutki odczuwałem długo.
     Około połowy stycznia 1945 roku Niemcy rozpoczęli pośpiesznie ewakuować ze Żnina urzędy oraz rodziny urzędników. Równocześnie widzieliśmy, jak żołnierze niemieccy przygotowują do zniszczenia niektóre obiekty oraz mosty na rzece Gąsawce. Na szczęście nie zdążyli zrealizować tych zamiarów, jak również zorganizować zbrojnego oporu. Kilkunastu Niemców próbowało wprawdzie powstrzymać zbliżające się natarcie czołgów radzieckich, ale zostali dosłownie przez nie rozjechani. Strzały z broni maszynowej, a potem głośny chrzęst gąsienic czołgów na granitowym bruku naszej ulicy usłyszeliśmy późnym wieczorem 21 stycznia 1945 roku. Przenieśliśmy się z naszego mieszkania, znajdującego się od strony ulicy do mieszkania dziadków Szczecińskich, położonego w głębi budynku. Rodzice obawiali się, że w czasie walk nasze mieszkanie może zostać ostrzelane oraz że uciekający Niemcy mogą przez okno wrzucić granat. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
     Ciekawy wyglądu miasta po bitwie, następnego dnia wymknąłem się z domu, aby zobaczyć na własne oczy jej skutki. Na ulicach było prawie pusto, z rzadka widać było przechodniów. Miasto nie było zniszczone. Po raz pierwszy w życiu zetknąłem się ze śmiercią, zobaczyłem zabitych ludzi. Najpierw niemieckiego żołnierza w zielonym mundurze Wehrmachtu i skórzanych „saperkach” na nogach. Leżał pod ścianą kościoła św. Floriana, od strony ulicy Kościelnej. Następnego dnia zauważyłem, że leżał już bez butów. Dalej na tej samej ulicy, koło budynku Urzędu Skarbowego, leżało zabitych dwóch SS-manów w czarnych mundurach. Jeden z nich leżał na jezdni, z której go nie usunięto. Został wielokrotnie rozjechany przez przejeżdżające czołgi i samochody. Pozostały z niego tylko nierówności, które po pewnym czasie zeskrobano łopatami i usunięto.
     Idąc dalej ulicą Kościelną w kierunku ulicy Gnieźnieńskiej, przy której były magazyny zbożowe, należące przed wojną do braci Kopczyńskich, a w których w czasie okupacji pracował mój Ojciec, zobaczyłem w rowie przy wjeździe do tej firmy zabitą starą kobietę, ubraną na czarno, ze złotą obrączką na palcu. Niedaleko stał czarny samochód osobowy, zgnieciony przez czołg. Przypuszczam, że pasażerom tego samochodu udało się uciec przydrożnym rowem, za wyjątkiem kobiety, która została zastrzelona.
     Zobaczyłem i podniosłem z rynsztoka granitowego bruku ulicy niemiecki karabin bez zamka, ze złamaną kolbą, aby nie można nim było już zabijać. Wziąłem go w ręce, obejrzałem i zostawiłem tam gdzie leżał.
     To co zobaczyłem uzmysłowiło mi, czym jest wojna. Zetknąłem się z wojenną śmiercią, gwałtowną, bezceremonialną. Cały majestat śmierci został zdeptany, sięgnął dosłownie bruku. Widziałem śmierć dotykającą ludzi mi obcych, wrogów, którzy wczoraj decydowali o życiu moim i moich bliskich. Nie wzbudzała ona jednak we mnie satysfakcji, raczej żal, że zginął człowiek, komuś z pewnością bliski, w okolicznościach i miejscu, o których prawdopodobnie ten bliski się nigdy nie dowie.
     Zaraz po wkroczeniu wojsk radzieckich do Żnina, do naszego skromnego, okupacyjnego mieszkania, składającego się z pokoju i kuchni, dokwaterowano nam dwóch żołnierzy. Byli to żołnierze starsi wiekiem - podoficerowie. Ojciec pokazując im mieszkanie zaproponował, aby spali w kuchni. Chętnie na to przystali, bo było to jedyne pomieszczenie, gdzie paliło się w piecu kuchennym i było ciepło. W mieszkaniu zrobiło się ciasno. Nie było jednak posłania, na którym Rosjanie mogliby spać. Wyszli więc w miasto i przynieśli z jakiegoś poniemieckiego mieszkania „diwan” - kanapę, na której spali. Początkowo baliśmy się przybyłych żołnierzy. Byliśmy wobec nich ostrożni, powiedziałbym nawet - nieufni, bo byli nieznani, byli inni. Staraliśmy się im nie narażać. Słyszeliśmy bowiem o nich bardzo negatywne opinie, o ich okrucieństwie, szczególnie w stosunku do Niemców. Otwartość jednak Rosjan i okazywana życzliwość pozwoliła szybko przezwyciężyć trudności w porozumiewaniu się. Wydawało się, że lepiej nas rozumieją, aniżeli my ich. Właściwie nie było ich cały dzień. Wstawali rano i wychodzili. Wracali po południu lub wieczorem, robili sobie coś do zjedzenia, najczęściej zupę ziemniaczaną z wkładką mięsa. Często mnie częstowali. Jadłem ją chętnie, bo była bardzo smaczna i inna od tej, którą robiła Mama. Nie byli uciążliwymi gośćmi. To nasze pierwsze spotkanie z Rosjanami pozostawiło w naszej rodzinie dobrą pamięć.
     Utrwaliły się w mojej pamięci z tamtych dni końca wojny jeszcze dwa obrazy. Na dworcu kolejowym widziałem pociągi pełne maszyn, różnego rodzaju urządzeń i samochodów, wywożonych do Związku Radzieckiego. Inny obraz, który został w moich oczach do dzisiaj, to stada krów, pędzonych przez miasto przez żołnierzy radzieckich. Prawdopodobnie przeznaczonych na zaopatrzenie w żywność posuwającego się na zachód wojska.
     Ta najkrwawsza i najbardziej ludobójcza wojna zmieniła wszystko i wszystkich. Jej czasy wymagają prawdy, refleksji i zachowania pamięci, bo historia niepamiętana może się powtórzyć. Dla mnie okres wojny pozostanie na zawsze zastygłym okrucieństwem i złym wspomnieniem utraconego dzieciństwa.

Damian Zieliński
Pałuki nr 1111 (22/2013)

Reklama


52UFLADA

PW1944

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/08/2024 10:13
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości