Gmina Barcin jest uboga w obiekty zabytkowe. Jednym z nielicznych, cennych architektonicznie obiektów jest eklektyczny kompleks pałacowo-parkowy w Młodocinie.
Pałac w Młodocinie w 2008 roku) fot. Karol Gapiński Przypominamy fragmenty tekstu publikowanego w tygodniku Pałuki w 2008 roku.
MALCZEWSCY, MŁODOCIN, GÓRA
Rodzina Malczewskich herbu Awdaniec (Abdank) od średniowiecznego możnego rodu Awdańców, którego korzenie sięgają przełomu X i XI w. mieszkała w Malczewie w powiecie gnieźnieńskim.
Tytus Skarbek Malczewski, jeśli dobrze odczytaliśmy tablicę nagrobną na cmentarzu w żnińskiej Górze, urodził się 4 stycznia 1843 r., a zmarł 23 czerwca 1928 r. Wiadomo, że brał udział w powstaniu styczniowym, a później nabył majątek w Młodocinie (gm. Barcin), powiększając rodzinne dobra, czyli Skarby Malczewskie. Było to w 1871 r. (przypis: Maciej Wdowicki, Górski cmentarz, Tygodnik katolicki Niedziela, nr 48/2000). Dodajmy, że grób usytuowany jest po prawej stronie narożnikowej przy głównym wejściu na cmentarz. Nie ma krzyża pionowego, jest tylko krzyż w postaci płaskorzeźby na płycie nagrobnej.
Dlaczego Tytus Skarbek Malczewski, dziedzic Młodocina oraz jego pierworodny syn Edward, a być może również młodszy syn Józef, o czym będziemy pisali niżej, leżą na cmentarzu w Żninie, a nie Barcinie czy w Kierzkowie? Otóż kiedy zmarł Tytus Malczewski, kościoła pw. Najświętszej Panny Marii w Kierzkowie (do której to parafii później przyłączono Młodocin) jeszcze nie było. Kaplicę wybudowano w Kierzkowie dopiero w 1932 r., a 2 lata później stanął kościół. Do tamtego czasu Młodocin przynależał do parafii św. Marcina w Górze koło Żnina, a nie do św. Jakuba w Barcinie. Około 1880 r. we wsi Młodocin było 8 domów z 79 mieszkańcami (64 katolików, 15 ewangelików), z czego 27 było analfabetami. Majątek Tytusa Malczewskiego zaś miał 2.069 mórg i 108 mieszkańców. Wszyscy byli katolikami (przypis: Jerzy Krzyś, Czesław Cieślak, Szkice z przeszłości Barcina, Grudziądz 2007, s. 57)
Pracujący w gospodarstwie Malczewskich w Młodocinie mieszkali w czworakach. Część z tych baraków zachowała się do dzisiaj, a część istniała jeszcze kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat temu. Większość jednak została zniszczona. W niektórych z nich, w dolnym Młodocinie, (pierwszy dom przy drodze na Obielewo) znajdują się mieszkania.
PAŁAC
Tytus Skarbek Malczewski był jednym z luminarzy Pałuk na przełomie XIX i XX w. W ewidencji, ale nie w rejestrze zabytków, Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Bydgoszczy (rejestr oznaczałby ścisłą ochronę konserwatora i wykluczał możliwość sprzedaży obiektu) pałac w Młodocinie widnieje jako obiekt zbudowany w stylu eklektycznym w ostatniej ćwierci XIX w. i tworzy całość zespołową z pałacowym parkiem. Niestety, ten park nie wygląda nawet w 10% tak, jak pamięta go Józef Byczyński, mieszkaniec Młodocina, urodzony w 1920 r. i pracownik majątku rodziny Malczewskich od wczesnej swojej młodości. Nie ma wprawdzie dokumentów potwierdzających to, ale - jak mówi - najprawdopodobniej to sam Tytus Skarbek Malczewski zaprojektował swój rodzinny pałac w Młodocinie. W tym miejscu dodajmy też, że fakt, iż pałac jest tylko w ewidencji zabytków i nie jest ściśle chroniony, nie wymaga od właściciela uzyskania zgody na remonty nienaruszające stylu architektonicznego. Niestety gmina Barcin, do której pałac należy, od 20 lat niczego nie zrobiła dla poprawy stanu tego obiektu.
Grób rodziny Malczewskich na cmentarzu w żnińskiej Górze CUKROWNIA I BANK
Ponieważ na polach Tytusa Malczewskiego królowały pod koniec wieku uprawy buraków cukrowych, a podobnie było też i w innych majątkach Pałuk, to właśnie dziedzic Młodocina wpadł na pomysł stworzenia cukrowni w Żninie. W związku z tą inwestycją powstała następnie kolejka wąskotorowa. Tytus Malczewski, a następnie jego synowie: Józef i Edward byli jednymi z głównych udziałowców żnińskiego zakładu.
Jednocześnie Tytus Malczewski, wzorcowy przykład wielkopolskiego pozytywisty, działał też na polu gospodarki finansowej. Jak podają w cytowanej już wyżej książce Jerzy Krzyś i Czesław Cieślak na s. 68: „...W dniu 16 grudnia 1896 r. miało miejsce (w Barcinie, wówczas nazywającym się oficjalnie Bartschin - przypis kg) zebranie założycielskie Banku Ludowego, na którym to zgromadzeniu był obecny słynny ks. Piotr Wawrzyniak, pionier spółdzielczości finansowej.
Zebraniu 18 obywateli przewodniczył Tytus Skarbek Malczewski, dziedzic Młodocina, a zebranie protokołował ks. Feliks Krajewski. Ustalono wówczas skład Rady Nadzorczej następująco: T. Malczewski przewodniczący, Józef Witoszka z Krotoszyna wiceprzewodniczący, i członkowie - gospodarz Andrzej Burzyński z Mamlicza, gospodarz Stanisław Goliwąs z Dąbrówki Barcińskiej, gospodarz Jakub Szymański z Mamlicza, Jan Wojewódzki z Mamlicza, Marian Woźniak z Dąbrówki, mistrz szewski Franciszek Danielewicz z Barcina i gospodarz Walenty Dudek z Mamlicza. Podjęli oni duże ryzyko, ponieważ ten Bank Ludowy miał status spółki z nieograniczoną odpowiedzialnością i jej działanie gwarantowali własnym majątkiem. Wypożyczano od 1000 do 3000 marek na 5%...”
O ile inicjatywa Tytusa Malczewskiego otwarcia cukrowni w Żninie została zaprzepaszczona przez obecne pokolenie, o tyle Bank Ludowy (obecnie Spółdzielczy) w Barcinie znajduje się w dobrej kondycji.
LOSY SZLACHCIANEK
Tytus Malczewski ożenił się z Wandą Czernicką (urodzoną około 1850 r.), pochodzącą z Dobrego w okolicach Włocławka. Oprócz Edwarda i Józefa doczekali się także córek: Mieczysławy, Haliny, Izabeli i Ireny. Jedynie Halina wyszła za mąż za Kozłowskiego (imienia jego nie zdołaliśmy ustalić, zamordowany on został w 1940 r. w Inowrocławiu).
Losy córek Tytusa i Wandy Malczewskich nie są dobrze znane. Być może, bo przypomina to sobie Józef Byczyński, ów mąż Haliny pochodził ze stron jej matki, bo po zamążpójściu młoda Malczewska przeprowadziła się być może do Dobrego na Kujawach.
Wanda na pewno żyła sporo lat dłużej niż jej mąż Tytus. Mieszkała w Młodocinie, podobnie, jak niezamężne córki i ich bracia. Józef Byczyński doskonale przypomina sobie wdowę po Tytusie, bo jego samego już mniej. Pani Wanda mieszkała w jednym pałacowym pokoju z Ewą. Nie wiadomo, kim ta kobieta była w rodzinie Malczewskich. Józef Byczyński nazywa ją córką Tytusa i Wandy, ale księgi genealogiczne podają tylko 4 wspomniane. Być może Ewa była jakąś protegowaną. Najprawdopodobniej zginęła wraz z sędziwą już wtedy Wandą Malczewską pod koniec wojny, w czasie powrotu z wygnania, gdzieś za Warszawą, gdy z jednej strony uciekały przed Armią Czerwoną w rodzinne strony, a z drugiej strony przed sobą wciąż miały okupantów niemieckich. Losów córek Tytusa i Wandy nie udało mi się ustalić.
Świadectwami po tych kobietach były lipy sadzane w pałacowym parku przez Tytusa, gdy dziewczynki przychodziły na świat. Gdy rodzili się chłopcy, ojciec sadził dęby. Obecnie kilkanaście metrów od kolumn i schodów frontu pałacu stoi jeszcze bardzo dorodna, stara lipa (córki Tytusa rodziły się około 1880 r. i w kolejnej dekadzie), która jest obecnie zabytkiem przyrody. Niestety nie ma na tabliczce na pniu daty zasadzenia. Podobnie jest jeszcze z dwoma innymi, ponad stuletnimi drzewami z tabliczkami, iż są to pomniki przyrody, które rosną w kompleksie pałacowym.
Chłopcy mieszkający obecnie w pałacu: Łukasz Wojcieszak, Krystian Michałowski i Damian Wojcieszak podkreślają, że jakiś czas temu były jeszcze pozostałości po murach parku, a gdzieś w chaszczach do dzisiaj chyba jest kula betonowa, która spadła, czy została przez kogoś zrzucona z balustrady balkonu. Tej kuli jednak nie udało nam się znaleźć.
EDWARD NIE DAJE RADY
W czerwcu 1928 r., gdy umierał Tytus Skarbek Malczewski, majątek był w rozkwicie. Kryzys gospodarczy miał dopiero wybuchnąć. Zresztą akurat dużych posiadaczy ziemskich dotknął on nieco mniej niż przemysłowców, finansistów, a zwłaszcza biedotę. Józef Byczyński jednak źle nie wspomina tamtych czasów. W 1934 r. ukończył swoją edukację w szkole w Pturku na 5 klasach i jako 14-latek został zatrudniony w majątku Malczewskich. Tak jak wcześniej jego rodzice i wszyscy sąsiedzi w dolnym Młodocinie, aż po granice Kierzkowa.
Płyta nagrobna Tytusa Skarbka Malczewskiego i Edwarda Malczewskiego Jak sobie Józef Byczyński przypomina, do Malczewskich należały łąki w stronę Pturka, aż po Noteć, pola od wówczas kamiennej drogi Inowrocław - Barcin - Żnin na południe, aż po Kierzkowo, pola na zachód w kierunku górnego Młodocina i nieduży las między pałacem a Kierzkowem oraz pola w kierunku na północ od drogi, czyli w stronę Obielewa. Dziś ten las, jak mówi Grzegorz Potempa, sołtys Młodocina, częściowo należy do prywatnych właścicieli, a częściowo do Nadleśnictwa Gołąbki.
Józef Byczyński mieszkał, jak wszyscy pracownicy majątku, w czworakach, w okolicach dzisiejszej smażalni ryb w dolnym Młodocinie, kilkaset metrów od pałacu. W tych czworakach, jak sobie przypomina ostatni z żyjących pracowników majątku, mieszkało około 20 rodzin.
Tylko kilkanaście osób mogło wtedy liczyć na stałą pracę, dziedzic najmował dodatkowo jeszcze około 40 ludzi do pracy sezonowej. Większość z rodzin miała po 1 własnej krowie. Jeden pracownik zajmował się zamiast pracą u dziedzica, wypasem tych prywatnych krów.
- Kiedy Tytus Malczewski zakończył żywot, początkowo majątkiem zajął się jego syn Edward, ale nie radził sobie w tym, więc szybko zabrał się za gospodarowanie jego brat Józef Malczewski. Jednak trochę z uwagi na to, że ten drugi myślał na samym początku, że to jego brat będzie dziedzicem, to zaczął się rozglądać za inną posiadłością dla siebie. Zwłaszcza, że przymierzał się też do ożenku, a matka, bo ojciec chyba już nie żył, no i bracia i siostry nie bardzo uważali pannę, którą sobie Józef w Poznaniu wyszukał. Ona nie była ze szlachty i to im nie pasowało. Ale zdaje się była dość bogata, a to dla Józefa mogło być korzystne. Kiedy jednak pan Józef tak naprawdę wziął majątek w Młodocinie w swoje ręce, bo jak powiedziałem Edward sobie nie radził, to panie Malczewskie - i matka, i siostry - musiały nabrać respektu dla wybranki - opowiada Józef Byczyński. Dodajmy, że urodzony 1 czerwca 1888 r. Edward, podobnie, jak 3 z 4 sióstr, nie wszedł w związek małżeński.
NIECHĘĆ DO MODŁÓW I SZWAGIERKI
Józef Byczyński nie pamięta ślubu Józefa Malczewskiego z poznanianką. Na pewno odbył się on jego zdaniem w parafii w Górze, gdyż kościoła w Kierzkowie wtedy jeszcze nie było. Z opowieści dorosłych, które zapamiętał w dzieciństwie, wynika, że przydrożna figura Matki Boskiej, stojąca do dzisiaj u wylotu zespołu parkowego, była darem panny młodej z Poznania, która wychodziła za Józefa Malczewskiego. Niestety nie udało mi się ustalić, jak się ona nazywała z domu.
Józef Byczyński podkreśla, że rodzina Malczewskich nie była przesadnie pobożna. Józef Malczewski miał samochód i był w latach 30. XX w. jednym z nielicznych w gminie Barcin posiadaczy automobilu. W Barcinie np. było takich tylko dwóch (lekarz i taksówkarz). - On tym samochodem do kościoła nie jeździł. Czasami kuczerze kazał zaprzęgać konia, że niby na msze jedzie, ale on zwykle wcale do kościoła w Żninie nie jechał, tylko do Barcina. Może czasami tam na mszę wpadł, ale raczej on tam inne sprawy załatwiał, albo towarzysko się spotykał. Podobnie jego siostry też jakoś pobożne nie były. Pamiętam, jak budowali kościół w Kierzkowie, gdzie przecież Młodocin miał wejść do tej parafii, to Malczewscy nawet grosza na cegły nie dali. Ale później te panny chodziły tam czasami w niedzielę na mszę. Trzeba powiedzieć, że panny te później bały się, kiedy do majątku przybywał Józef z żoną. Albo się bały, albo może raczej czuły się od niej lepsze, bo szlachcianki. Na czas tych wizyt (a dlaczego Józef Malczewski z żoną nie mieszkali na stałe w Młodocinie, o tym napiszemy niżej - przypis kg), one uciekały do znajomych swoich, Świniarskich, dziedziców Obielewa (gm. Łabiszyn, dwór Świniarskich w Obielewie, dzisiaj już nie istnieje nawet w postaci ruin - przypis kg). Dopiero po odjeździe Józefa i żony, one wracały - przypomina sobie Józef Byczyński.
MLECZARZ
W połowie lat 30., gdy dziedzicem Młodocina był Józef Malczewski herbu Abdank, a Józef Byczyński zaczynał u niego pracę, majątek liczył 2.800 mórg, co oznacza 700 hektarów (pola, łąki i las). - Ile było świń, to nawet nie liczyliśmy. Pamiętam, że krów mlecznych to 80 sztuk w stadzie było. Innych zwierząt nie trzymali. Obory, chlewnie były za parkiem. Również te magazyny zbożowe, które należą teraz do Młyna „Wojciech”, były wtedy Malczewskich. Tam, gdzie wiele lat później powstało boisko, kiedyś był sad i ogród pałacowy. Zajmował się tym stale ogrodnik. Z drugiej strony parku, tam w dole, był też staw - mówi Józef Byczyński.
Grzegorz Potempa przypomina sobie, że w czasach szkoły w Młodocinie w miejscu, gdzie później było, a i w przyszłości - jak chce sołtys - będzie znowu boisko wiejskie, znajdowały się pozostałości pańskiego sadu i ogrodu, którym opiekowali się uczniowie i nauczyciele powojennej szkoły.
- Pięć osób z samego rana musiało wstać do dojenia tych wszystkich krów dziedzica. Ja byłem mleczarzem. Najpierw wprawdzie, na samym początku miałem inną, ręczną robotę, ale już po kilku miesiącach, gdy jeszcze nawet 15 lat nie miałem, zacząłem odwozić końmi to mleko do Żnina. Dziennie 500 litrów - kontynuuje swą opowieść Józef Byczyński. Dodajmy, że te 500 litrów, to i tak nie był cały dzienny udój. Część przecież zostawała dla potrzeb gospodarstwa. Oczywiście żadnych limitów na dostawy mleka wtedy nie było. Społeczeństwo raczej głodowało.
KROWI SZLAK: MŁODOCIN - MROCZA
- Tata, ale kiedy ty tak na tej kamiennej drodze wozem żeś konia popędzał do Żnina z tym mlekiem, to od trzęsienia na miejscu już chyba ser oddawałeś w mleczarni? - śmieje się przysłuchujący się naszej rozmowie syn Józefa Byczyńskiego, Henryk. Ojciec jednak pomija tę uwagę milczeniem, tylko lekko się uśmiecha i ciągnie swą opowieść:
- Swoje plany Józef Malczewski jeszcze sprzed swego ożenku rzeczywiście zrealizował. Nabył mianowicie majątek w Mroczy. To za Nakłem, około 60 km od nas. W tym majątku było pięknie. Pałacu, jak u nas, to dziedzic wprawdzie nie miał, tylko solidny dom, ale był za to właścicielem, oprócz ziemi - choć nie wiem ile miał tam obszaru - też tamtejszego jeziora. Miał rybaków i tam też niezły interes robił. Mnie się tam podobało. Myślałem, że mógłbym sobie na ryby chodzić (Józef Byczyński do dzisiaj jest zapalonym, aktywnym wędkarzem i ma swój własny, mały stawek - przypis kg). I nawet takie miałem wrażenie, że mogę liczyć na przeniesienie do tamtego majątku, ale wszystko późnej przerwała wojna. W każdym razie przecież urzędników majątkowych, nie wiem, jak to nazwać, takich ekonomów, czy administratorów dziedzic kilka razy przerzucał z majątku do majątku, a ja przecież wtedy byłem kawalerem i zobowiązań w Młodocinie nie miałem - mówi Józef Byczyński.
Widząc nasze zdziwienie bohater rozmowy wyjaśnia: - Pan się dziwi redaktorze, co ja w Mroczy w ogóle robiłem, że poznałem tamten majątek? Z tym było tak, że w Mroczy dziedzic kupił posiadłość razem z gorzelnią, a nic bydłu nie robi zimą lepiej, niż wywar gorzelniany za pokarm, gdy nie ma zielonej trawy. Dlatego w 5 ludzi późnym latem, czy już jesienią, gdy trawy pożółkły całkiem w Młodocinie, wstawaliśmy któregoś dnia i gnaliśmy stado jałówek przez Szubin i Nakło, te 60 chyba, a może 50 km do Mroczy. Taka wędrówka trwała od 6.00 do 20.00. Tam zostawaliśmy do następnego dnia, więc wszystkiemu mogłem się przypatrzeć.
Wiosną stado wracało, aby wypasać się na łąkach przy Jeziorze Wolickim.
NIE GALANT, ALE GOSPODARZ
Józef Malczewski z żoną - dodajmy, że nie doczekali się potomstwa - spędzali po zakupie drugiego majątku swoje życie w większości w Mroczy. W Młodocinie zjawiali się na kilka dni w miesiącu. Młodocin miał być majątkiem rodziny Malczewskich, a posiadłość w Mroczy była prywatnym gospodarstwem Józefa.
- Dziedzic nie był złym panem. Tytułowaliśmy go „panie dziedzicu”, nie chodził na co dzień jakiś wygalantowany, a raczej tak po gospodarsku, żeby móc wszystkiego dojrzeć w majątku. Jak powiedziałem, siostry jego wtedy z matką uciekały, bo przyjeżdżał z żoną, Edward mieszkał w Młodocinie i pomagał zarządzać, ale i tak wszystkie decyzje podejmował Józef. A powodem przyjazdu były nie tylko żniwa czy wykopki. Bywał co miesiąc choćby tylko z wypłatami dla nas. Nie było tak, że nam pensji nie chciał dawać, jak to miało miejsce wtedy w Polsce. Choć z drugiej strony wymagania wobec nas też miał. Podczas tych wizyt zdarzały się, jak pamiętam, przyjęcia dla gości. Panie spotykały się w salonie. W piwnicach, gdzie teraz lokatorzy mają swoje izby piwniczne, była kuchnia i magazyn owoców i warzyw. W tym czasie panowie zabawiali się na polowaniu - opowiada Józef Byczyński.
POLOWANIE, LODOWNIA, ŻYWIEC
Zapytaliśmy naszego rozmówcę, gdzie te polowania w Młodocinie dziedzic organizował, skoro większy las był dopiero wzdłuż Jeziora Kierzkowskiego, aż po Ostrowieckie, a te tereny do Malczewskich przecież nie należały.
- W tym roku tylko jednego zająca widziałem. A wtedy było ich na polach jak psów. Do saren nie strzelano, bo były pod ochroną. Zające traktowano jako szkodniki. Przyjeżdżali bogaci panowie ze Słaboszewka, z Kruszwicy, z Obielewa, a także dyrektor cementowni w Wapiennie. Było ich zawsze dużo, ale nie pamiętam, skąd się zjeżdżali. Nie powiem np. czy dziedzic Krotoszyna przyjeżdżał (Erazm Brzeski - przypis kg), albo wójt gminy wiejskiej Barcina (Kazimierz Winiecki - przypis kg), bo ich nie kojarzyłem. W każdym razie na 10 naganiaczy przypadał jeden strzelec. Ci naganiacze później dostawali dniówkę od dziedzica, bo byli przez niego wynajmowani. Od Młodocina Górnego, Kierzkowa, Pturka i Obielewa zamykało się do środka koło myśliwych. Zające otoczone ludźmi wymykały się za obwód tego koła. Wtedy strzelec odwracał się i strzelał do uciekającego szaraka. Po takim polowaniu dwa majątkowe wozy zbieraliśmy pełne zająców. Najpierw szły one do magazynów, a później na sprzedaż.
Jak opowiada Józef Byczyński, pracownicy majątku mieli jedyny wtedy sposób na chłodzenie żywności latem, aby się nie psuła. Otóż zimą pracownicy Józefa Malczewskiego szli na taflę zamarzniętego rokrocznie na kilka metrów Jeziora Wolickiego. Dodajmy, że to jezioro należało do Dróg Wodnych, gdyż płynie przez niego Noteć.
- Siekierami wycinaliśmy lód z tego jeziora. To było następnie zwożone do takiego wielkiego rowu, nieopodal pałacu, dosyć głęboko pod ziemią. Przykrywaliśmy ten lód słomą, ziemią na wierzchu. I tak to mogło starczyć nawet na 2 lata. Podczas wysokich temperatur stróż szedł do tej lodowni, bo tak nazywało się to miejsce, wykrawał, ile trzeba, żeby utrzymać w piwnicach pałacu w chłodzie mięso, ser, czy inne artykuły. W ogóle muszę panu powiedzieć, że to gospodarstwo bardzo dobrze było prowadzone, choć urzędnicy majątku się zmieniali. Pamiętam, że używali oni jednego konia wierzchowego, którego miał dziedzic. Oczywiście w porozumieniu z właścicielem. Pierwszym za mojej pamięci zarządcą majątku w Młodocinie był urzędnik Żuchowski z Gąsawy. Nie pamiętam, jak miał na imię, ale pamiętam go na tym pańskim koniu jak jeździł. On później przeniesiony został chyba do Mroczy i jego miejsce zajął Kazimierz Chudziński. Później był jeszcze niejaki Głowacki, a wreszcie Józef Krauze. Na pewno już nie żyją, bo byli wtedy ładnych parę lat starsi ode mnie. Przecież ja w 1939 miałem tylko 19 lat. Jestem już ostatni chyba na świecie, co pamięta jeszcze ten przedwojenny majątek od wewnątrz jako pracownik. A, pamiętam jeszcze, wracając do tego gospodarzenia na majątku, że dziedzic miał wieloletnią umowę na odbiór żywca: świń i bydła na ubój ze żnińskim rzeźnikiem, Wacławem Tokarskim. On oprócz rzeźnictwa prowadził też pośrednictwo w handlu żywcem. Pamiętam, że odwoziliśmy na rampę na kolei w Żninie sztuki przeznaczone na sprzedaż. Wacław Tokarski to skupował, a zwierzęta pociągami jechały gdzieś dalej na ubój - opowiada Józef Byczyński.
KONIEC MAJĄTKU
Po zajęciu Młodocina przez Niemców w 1939 r. Malczewscy zmuszeni byli uciekać na wschód. Z wiadomości zebranych w tamtych latach przez Józefa Byczyńskiego wynika, że jego imiennik Malczewski herbu Abdank trafił gdzieś na Mazowsze. Majątek przejęli Niemcy. Najpierw w pałacu rezydował niejaki Zaidler, ale po 2 latach został przeniesiony do majątku gdzieś na Ukrainie, którą w 1941 r. hitlerowcy błyskawicznie wydzierali z rąk radzieckich.
Następnie gdzieś spod Szubina przybył Scholle. W 1945 r. wraz z na wpół spolszczonymi Niemcami z Młodocina: Lizką i Szwarmerem, Scholle, z polskim woźnicą zaczęli uciekać na zachód. Ich ucieczka skończyła się w niedalekim Retkowie, o czym później doniósł woźnica z Młodocina, który zdołał uciec. Prawdopodobnie to Scholle przypieczętował los całej trójki. W obliczu nadciągających wojsk Armii Czerwonej spanikował, wyciągnął fuzję i chciał strzelać. Cała też trójka młodocińskich Niemców poniosła wtedy śmierć. Józef Byczyński uważa, że Scholle, jako administrator majątku może i nie miał wtedy szans ucieczki przed żołnierzami radzieckimi, ale dwaj pozostali Niemcy, którzy mieli nawet żony Polki i świetnie mówili po polsku, mieli na pewno szansę uniknąć śmierci czy zesłania. Zdaniem Józefa Byczyńskiego, jeśli Polacy nie wskazywali Niemców, jako szczególnie bezwzględnych dla Polaków podczas okupacji, to Rosjanie zostawiali ich w spokoju. - No chyba, że byli pijani, albo całkiem spaczeni moralnie - mówi.
Tymczasem Józef Malczewski i jego żona nie mieli już oczywiście powrotu do majątku. Być może też, zdaniem Józefa Byczyńskiego, ich życiowe drogi się rozeszły. Nie wiązały ich nawet dzieci. - Ona pracowała później w starostwie w Inowrocławiu. On zaś w Poznaniu był urzędnikiem od ubezpieczeń. Z tego co mi wiadomo, on zmarł i został pochowany w Poznaniu, ale wkrótce jego ciało podobno zostało pochowane w żnińskiej Górze z ojcem - mówi Józef Byczyński.
Na tablicy zaniedbanego grobowca oprócz nazwiska Tytusa i Edwarda, innych napisów nie ma. Te istniejące zresztą i tak są bardzo słabo widoczne.
Edward Malczewski zmarł 3 stycznia 1985 r. przeżywając 96 i pół roku, czyli prawie tyle samo, ile jego mama Wanda z Czernickich Malczewska. Miejsce jej pochówku nie jest nam znane.
Po wojnie majątek Malczewskich najpierw przejął administrator z ramienia Polski Ludowej, a później ziemię rozparcelowano. W magazynach majątku gospodarzyła zawiązana za PRL spółka rolnicza. Ta oczywiście też już upadła.
Pałac, jakkolwiek w nie najlepszym stanie technicznym, z zewnątrz wygląda tak, jak przed wojną. Z wnętrz nic nie ukradziono za czasów wprowadzania komunizmu w Polsce, bo też specjalnie nie było co kraść. Jak wspomina Józef Byczyński, sprzęty w pałacu Malczewskich nie były przed wojną ani jakieś kosztowne, ani też zabytkowe.
PRZEDWOJENNE REMINISCENCJE
W latach 1963 do 2000 wraz z mężem Tadeuszem (synem Józefa) mieszkała w pałacu w Młodocinie Teresa Byczyńska, obecnie zamieszkała w Murczynie. Była ona przez lata nauczycielką w istniejącej w Młodocinie wówczas szkole. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku gościła u siebie kilku gości. Był u niej brat Józefa Malczewskiego, Edward, ten, który nie dawał sobie rady z gospodarstwem. Dlatego jako współwłaściciel zajmował się przed wojną pracą w cukrowni. Po wojnie zaś mieszkał na jej terenie.
- Dwa razy był w pałacu. Z niezwykłą nostalgią podkreślał szczegóły architektoniczne swego rodzinnego domostwa. Pokazywał charakterystyczne, ukośne, a nie proste, jak zwykle belki stropowe, filary nośne itp. szczegóły architektoniczne. Pewnie odziedziczył tę pasję budowniczego po swoim ojcu. Jednego razu przyjechały też siostry Malczewskie. Te, które nie wyszły za mąż. To były wtedy już podobnie, jak pan Edward, starsze osoby. Nie pamiętam, czy były one wszystkie trzy. Ktoś je pewnie przywiózł. Nie wchodziły do pałacu, ale chodziły po ogrodzie i sadzie, które wtedy były jeszcze w dobrym stanie. Pokazywały na drzewka owocowe i wracały do nich jakieś sytuacje sprzed lat. Przypominały im się, a to jakieś zdarzenia związane z jabłonką, albo odnajdywały lipy, czy dęby, które ich ojciec zasadzał na ich narodziny w przypałacowym parku. Raz też była w tamtych latach pani, która przyjechała samochodem na niemieckich numerach. Przedstawiła się jako żona jednego z przedwojennych ekonomów na tych włościach. Nie pamiętałam jednak którego.
Mieszkała po wojnie w Hanowerze. Wypiłyśmy kawę, coś tam wspominała sprzed wojny. Zostawiła nawet swój adres, ale nie korespondowałyśmy. Powiem panu na koniec, że mój teść bardzo sobie chwalił pracę w majątku Malczewskich. Zawsze powtarza, że na tle innych dworów, na tle innych dziedziców w tamtych czasach, Malczewscy nie byli chciwi. Może też dlatego nie wzbogacili się jakoś wielce, a przecież zrobili, począwszy od ich ojca, bardzo wiele dla tych stron. Szkoda tylko, że grobowiec ojca cukrowni jest taki zaniedbany na tym naszym cmentarzu, ale tak to już chyba jest, gdy nie ma się nikogo z potomków - twierdzi na koniec Teresa Byczyńska.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze