Tadeusz Wieczorek o zbrodni w Kaczkowie wie od tego, który był zmuszony pochować zamordowanych, czyli od Michała Kusza
fot. Karol Gapiński
IPN, śledztwo, egzekucja, Kaczkowo
Egzekucja w Kaczkowie - 15 września 1939 roku
- Jeden z tych zabitych znajdował się w pozycji z ugiętymi w kolanach nogami, tak jakby otrzymawszy strzał padł na kolana i w tej samej sekundzie cały korpus ciała poleciał do tyłu. Tak, że trup opierał się na swoich łydkach. Rana wlotowa była z tyłu głowy, a z przodu pocisk wyleciał wraz ze szczęką. To musiał właśnie ten pocisk przemknąć podczas wykonywania tej egzekucji koło nas, gdy podglądaliśmy ze stogu. Drugi z zabitych leżał wyprostowany, chyba wskutek konwulsji przedśmiertnych. W rękach trzymał w garści trawę, jakby się po oddaniu strzału przeturlał po skarpie chwytając w palce darninę. Zaraz z niemieckiej szkoły w Tonowie przyjechał nauczyciel na rowerze - wspomina świadek zbrodni Marian Szymańczak.
15 września 1939 r., w dwa tygodnie po wybuchu wojny, w Kaczkowie niedaleko Żnina nadal utrzymywała się letnia aura. Marian Szymańczak i jego młodsze siostry bawili się w pobliżu posesji należącej do ich sąsiada Michała Kusza. Marian Szymańczak sprawował nieformalną opiekę nad siostrami, bo był najstarszy. W maju tamtego roku skończył 13 lat. Jego najmłodsza siostra, Czesia, skończyła dopiero 6. rok życia, więc Marian musiał mieć ją podczas zabawy na uwadze, zwłaszcza że w okolicy, tak jak w całej Polsce, było niespokojnie. Powiat żniński był już pod okupacją niemiecką. Do mieszkańców Kaczkowa dochodziły informacje o okrucieństwach Niemców, których dopuszczają się na polskiej ludności.
CZARNY SAMOCHÓD WE WSI
Dom Michała Kusza był ostatnią posesją na terenie Kaczkowa. Marian Szymańczak i jego ojczym - Władysław Michalski oraz mama i siostry mieszkali z Michałem Kuszem i jego rodziną po sąsiedzku, przez miedzę, choć już na terenie Świątkowa. Było tuż po południu, gdy uwagę dzieci nagle zwrócił nadjeżdżający czarny samochód. Taki pojazd to nie była wtedy codzienność w Kaczkowie, dlatego dzieci przypatrywały się jadącemu od strony Świątkowa samochodowi z dużym zainteresowaniem. Zatrzymał się niedaleko domu Michała Kusza. Obserwujące to zdarzenie dzieci około 200 m dalej wspięły się na stóg słomy. Był stąd dobry widok na niewielki wąwóz porośnięty drzewkami, który znajdował się niedaleko domu Michała Kusza. Z osobowego samochodu - dzieci z Kaczkowa nie miały wtedy najmniejszego rozeznania co do marek pojazdów - wyszło 4 mężczyzn.
Czesława Bogacka (z domu Szymańczak) miała 6 lat, gdy ze starszym rodzeństwem stała się świadkiem zbrodni w Kaczkowie
fot. Karol Gapiński
- Dwóch ubranych po cywilnemu Niemców prowadziło dwóch Polaków. Jeden z tych Polaków był starszy, drugi młodszy. Mogli to być ojciec i syn, ale nie pamiętam, czy rzeczywiście byli. Zresztą o tym, kim oni byli, to dowiedziałem się już później, zaś dzisiaj i tak nie pamiętam ich nazwisk - mówi Marian Szymańczak, dzisiaj prawie 87-letni mieszkaniec Damasławka, świadek zdarzenia w Kaczkowie.
Z kolei jego siostra Czesława Bogacka miała wtedy 6 lat i nie jest pewna swoich wspomnień. - Przypomina mi się, że ci Polacy to byli teść i zięć chyba. Niemcy ich zabrali w związku zdaje się z jakąś sprawą o zboże - opowiada pani Czesława, dzisiaj nadal mieszkająca w Kaczkowie. Natomiast jej brat przypomina sobie, że u jednego z Polaków, których wtedy przywieźli Niemcy, rzeczywiście znaleziono kartę przemiału zboża. Tym mężczyznom Niemcy mogli zarzucać jakieś przestępstwo gospodarcze. Jednak do końca nie są znane powody ich śmierci. 15 września 1939 r. dwaj Polacy przywiezieni do Kaczkowa zostali przez dwóch Niemców zastrzeleni.
EGZEKUCJA W OCZACH DZIECKA
- Domu Kusza nie widzieliśmy, bo zasłaniał go ten zagajnik. Szło tam czterech ludzi, jeden za drugim. Weszli w ten wąwóz. Po kilku chwilach usłyszeliśmy jeden cichy strzał i drugi znacznie głośniejszy. Wszyscy na tym stogu schyliliśmy się. Wydawało mi się, że jedna kula leciała gdzieś w naszym pobliżu, bo byliśmy na linii strzału. Jednak ta kula - wylotowa po zastrzeleniu jednego z mężczyzn - przeleciała dalej nikomu z nas dzieciaków na tym stogu nie robiąc krzywdy. Chwilę później z zagajnika wyszło już tylko dwóch mężczyzn. To rzecz jasna byli ci Niemcy, którzy zastrzelili Polaków. Widzieli nas oczywiście, że jesteśmy na stogu i obserwujemy. Przechodzili w pewnej odległości. Spłoszeni pobiegliśmy dalej. Gdy przejeżdżali już w samochodzie blisko nas, to jeden z nich otworzył szybę w oknie samochodu i badawczo patrzył w naszym kierunku. Widać jednak, że oni nie troszczyli się o to, że byli jacyś świadkowie tej zbrodni. Byli bardzo pewni siebie i nie myśleli nawet, że kiedykolwiek w przyszłości mogą odpowiadać za swój czyn - wspomina Marian Szymańczak.
Po odjeździe Niemców do wąwozu szybko poszli Michał Kusz i jeden z jego synów, Wojtek. Marian Szymańczak i jego rodzeństwo też tam pobiegli. - „Tato, patrz, tam dwóch na łące śpi” - powiedział młodszy Kusz do swego ojca. Jeden z tych zabitych znajdował się w pozycji z ugiętymi w kolanach nogami, tak jakby otrzymawszy strzał padł na kolana i w tej samej sekundzie cały korpus ciała poleciał do tyłu. Tak, że trup opierał się na swoich łydkach. Rana wlotowa była z tyłu głowy, a z przodu pocisk wyleciał wraz ze szczęką. To musiał właśnie ten pocisk przemknąć podczas wykonywania tej egzekucji koło nas, gdy podglądaliśmy to ze stogu. Drugi z zabitych leżał wyprostowany, chyba wskutek konwulsji przedśmiertnych. W rękach trzymał w garści trawę, jakby się po oddaniu strzału przeturlał po skarpie chwytając w palce darninę. Zaraz z niemieckiej szkoły w Tonowie przyjechał nauczyciel na rowerze. Nakazał Kuszowi pochować zwłoki obydwu mężczyzn w tym miejscu, gdzie zginęli. To był rozkaz. Inaczej było wiadomo, że chcielibyśmy ich pochować na katolickim cmentarzu. Nie wiedzieliśmy, skąd byli ci zabici mężczyźni - opowiada Marian Szymańczak.
- We wsi nikt ich nie znał. Oni zostali przywiezieni skądś, chyba zza Janowca. Może i pojechaliby ich rozstrzelać gdzie indziej, ale zobaczyli przy domu Michała Kusza, że kończy się droga, a jest zagajnik parę metrów dalej, to postanowili zrobić to tutaj. Michał Kusz przy jednym z zabitych znalazł dokumenty. Opowiadał mi o tym po latach, gdy byliśmy sąsiadami. Nie wiem, co się stało z tymi dokumentami. Oczywiście Michał Kusz nie żyje już od wielu lat. On był z rocznika 1894 - opowiada Tadeusz Wieczorek z Kaczkowa, sam urodzony w 1934 r.
Marian Szymańczak z przerażeniem wspomina to, co zobaczył 15 września 1939 r. w swojej rodzinnej wsi z wysokości stogu słomy
fot. Karol Gapiński
Nazwisk ofiar dzisiaj nie pamiętają też, ani Czesława Bogacka, ani jej brat Marian Szymańczak. Jednak ten ostatni przypomina sobie, że mniej więcej w połowie okupacji hitlerowskiej Józek Mazur z Kaczkowa pojechał rowerem do jakiejś wioski między Sadkami a Piłą, bo tam ponoć mieszkała rodzina zamordowanych w Kaczkowie. Józef Mazur po powrocie do Kaczkowa ogłosił wtedy, że dotarł do poszukiwanej wsi, ale bał się pytać jej mieszkańców o zabitych we wrześniu 1939 r. w Kaczkowie. - Przyglądał się tylko z daleka tym, co do których ustalił, że mogą być rodziną któregoś z mężczyzn zabitych u nas przez Niemców - opowiada Marian Szymańczak.
EKSHUMACJA W KACZKOWIE
Już po zakończeniu wojny do Kaczkowa przyjechało pewnego dnia kilku mężczyzn z Janowca, którzy mieli zlecenie przeprowadzić ekshumację zabitych Polaków. Tadeusz Wieczorek i Marian Szymańczyk, a także jego siostra, to pamiętają już doskonale. Pomagali wskazać miejsce pogrzebania zwłok niedaleko gospodarstwa Kuszów. Nawet że po tych 6 latach od zabójstwa jeden z mężczyzn cały czas miał na sobie spodnie z manchesteru, gdy go wykopali. Kilka dni później został zorganizowany pochówek zabitych w Kaczkowie w mogile zbiorowej w Janowcu, gdzie leżą do dzisiaj.
Marian Szymańczak, wówczas już 20-letni mężczyzna, na ten pogrzeb nie pojechał, bo znajdował się w kiepskim stanie fizycznym i psychicznym. Przyczyną były traumatyczne wydarzenia, które stały się jego udziałem i jego najbliższych pod koniec okupacji niemieckiej. Otóż Marian Szymańczak i jego siostry wraz z mamą i ojczymem nadal mieszkali w 1944 r. w Kaczkowie. Ich gospodarstwo zostało połączone z drugim i oddane do dyspozycji rodzinie niemieckiej. Oni sami mieszkali z jeszcze kilkoma rodzinami w gospodarczym baraku, w którym zorganizowano kilka mieszkań. Zadaniem ich była praca na rzecz niemieckiego gospodarza.
BUNT W ŻNIŃSKIM ARESZCIE
W czasie okupacji pod groźbą surowej kary - nawet śmierci - Polacy nie mieli prawa legalnie hodować świń dla własnych potrzeb. Jednak panował przez cały czas głód i niektórzy ryzykowali podejmując się odchowania i uboju świni bez wiedzy Niemców. Ojczym Mariana Szymańczaka, Władysław Michalski, był podejrzewany w 1944 r. o ubój świni. Trafił do aresztu przy żnińskim sądzie. Kazamaty mieściły się w budynku dzisiejszej prokuratury. Jak opowiada Marian Szymańczak, jego ojczym został na czas żniw 1944 r. wypuszczony z tego aresztu na przepustkę. Na polu bowiem potrzebna była Niemcom siła robocza. Jednak zamiast dobrowolnie wrócić do aresztu, by odbyć do końca swą karę, Władysław Michalski zaczął się ukrywać.
- Mój ojczym był bardzo odważny m człowiekiem. Jednak tydzień przed Wigilią 1944 r. Niemcy go złapali i trafił do aresztu w Żninie. Szybko w kilka osób zagrożonych karą śmierci zdecydowali, że przeprowadzą bunt i uciekną. Później ojczym mi opowiedział tamte wydarzenia, zresztą mówiło o tym całe Kaczkowo, bo zaraz po nich aresztowali też naszą rodzinę. W Wigilię ojczym i jeszcze kilku ludzi wywołali strażnika i jakoś go obezwładnili. Zaczęli go owijać w prześcieradła. Być może byłby się on nawet udusił. Ojczym opowiadał, że oni myśleli, że ten strażnik to Niemiec, ale on się zdążył odezwać błagalnie czystą polszczyzną: „Chłopcy, darujcie życie, proszę”. I on przeżył. To zdaje się później uratowało i nam życie. Otóż podczas buntu w żnińskim areszcie na ucieczkę - jak wspominałem - zdecydowało się tylko kilku więźniów, którzy nie mieli nic do stracenia. Przecięli kabel telefonu, by pozostali więźniowie nie zadenuncjowali ich policjantom niemieckim. Sami rozpierzchli się w teren. Oczywiście jeszcze tej samej nocy Niemcy podjęli pościg. Działania policjantów polegały na zatrzymaniu rodzin uciekinierów. Uciekli więźniowie pochodzący z różnych stron, w tym ze Śląska. My wciąż mieszkaliśmy w Kaczkowie. Tylko jedna z sióstr nie mieszkała z nami, bo służyła w innym gospodarstwie u Niemca w Tonowie. Tej samej nocy, gdy w Żninie był bunt i ucieczka, policjanci przyszli do nas w Kaczkowie do domu i nas aresztowali - opowiada Marian Szymańczak.
ARESZT W JANOWCU
Rodzina została wywieziona do aresztu w Janowcu. Podczas śledztwa w Kaczkowie ktoś zadenuncjował niejakiego Władka Kaźmierczaka, młodego mężczyznę, który chodził do dziewczyny mieszkającej w tym samym baraku, co rodzina Mariana Szymańczaka. Ów Władek Kaźmierczak brał udział wcześniej w nielegalnym świniobiciu. Nie przyznawał się do tego. Podobnie nie chciał potwierdzić, że jednym z pomocników miał być Marian Szymańczak. Ten ostatni też się do niczego nie przyznawał, bo w rzeczywistości - jak mówi i dzisiaj - nie miał z tym świniobiciem nic wspólnego. Władek Kaźmierczak pobity przeżył. Po wojnie ożenił się z dziewczyną, którą w tamtym okupacyjnym czasie odwiedzał. Przeżył również Marian Szymańczak, ale skutki pobicia w połączeniu z silnym mrozem, który wtedy panował, spowodowały, że bardzo się rozchorował na długi czas. Stąd kilkanaście miesięcy później nie wziął udziału w ekshumacji i pogrzebie zamordowanych we wrześniu 1939 r. w Kaczkowie.
Jak dzisiaj wspomina, przeżył dzięki zbiegowi różnych okoliczności. Raz, że Władek Kaźmierczak nie zrzucił na niego winy za świnię. Po drugie, strażnik obezwładniony przez buntowników w areszcie żnińskim przeżył. Po trzecie, był to już czas, w którym Niemcy myśleli już bardziej o ucieczce przed Armią Czerwoną. Wkrótce zresztą, bo w połowie stycznia, stało się to faktem.
IPN KOŃCZY ROZLICZENIA
Dowiedzieliśmy się, że w ostatnich tygodniach pion śledczy Delegatury Bydgoskiej Instytutu Pamięci Narodowej podjął na nowo dochodzenie w sprawie mordu z 15 września 1939 r. w Kaczkowie. Potwierdził to również nadkomisarz Krzysztof Jaźwiński, rzecznik prasowy w Komendzie Powiatowej Policji w Żninie. Policjanci na prośbę IPN pomagali w ustalaniu świadków.
Prokurator Mieczysław Góra, który w IPN prowadzi to śledztwo, przekazał nam informację, że jest to dochodzenie spowodowane koniecznością pozamykania wszystkich spraw dotyczących zbrodni na narodzie polskim w latach okupacji hitlerowskiej. Te śledztwa były prowadzone po zakończeniu wojny przez ówcześnie istniejące instytucje do tego powołane. Przede wszystkim przez komisję do spraw badania zbrodni nazistowskich przeciwko narodowi polskiemu. Po wojnie świadkowie zdarzeń byli przesłuchiwani. Prokuratur IPN dysponuje nawet zeznaniami Mariana Szymańczaka i innych ludzi sprzed kilkudziesięciu lat. Marian Szymańczak może nawet nie pamiętać, że np. w latach sześćdziesiątych już był o te rzeczy pytany, gdy miał je bardziej świeżo w pamięci. Zapiski jednak z tego przesłuchania są w archiwum.
Z ustaleń prokuratora wynika, że ofiarami 15 września 1939 r. w Kaczkowie mogli być: Władysław Jeliński z miejscowości Smoter (prokurator nie wie, czy rzeczywiście taka wieś istniała, to wszystko opiera się jedynie na zeznaniach ludzi, którzy w rzeczywistości tych ofiar nie znali osobiście) i Szczepański z Mirkowa. Imienia tego drugiego mężczyzny nikt z przesłuchiwanych nie potrafił podać.
Według Mieczysława Góry, za zbrodnię odpowiadają niemożliwi do ustalenia z nazwisk Niemcy z organizacji paramilitarnej Selbstschutz. Była to V kolumna niemiecka w Polsce, która uaktywniła się we wrześniu 1939 r., a działała na Śląsku od lat 20. XX w. jako Samoobrona Obywateli Polskich Niemieckiego Pochodzenia. Według prokuratora, możemy jedynie określić mocodawców mordu w Kaczkowie. Są to w sposób pośredni Heinrich Himmler, szef SS a na obszarze tzw. Prus Zachodnich oberfuhrer SS, Ludolf von Alvensleben, który odpowiadał za Selbstschutz na tym terenie. Rezydował w podbydgoskim Ostromecku. Po wojnie ten ostatni zdołał uciec do Argentyny i nie poniósł konsekwencji swoich licznych zbrodni. Zmarł w 1970 r.
Mieczysław Góra powiedział, że być może zarzuty można jeszcze postawić byłemu szefowi jednego z 6 dystryktów Selbstschutzu, prawdopodobnie dystryktu inowrocławskiego. Jednak w praktyce śledztwo zostanie umorzone ze względu na śmierć mocodawców i prawdopodobną śmierć oraz niemożność ustalenia bezpośrednio odpowiedzialnych za dwa strzały, które do dzisiaj pamięta dwoje spośród rodzeństwa będącego świadkami zdarzeń z 15 września 1939 r. w Kaczkowie. Śledztwo ma za zadanie ostatecznie zamknąć to postępowanie, podobnie jak tysiące innych w całym kraju w związku ze zbrodniami hitlerowskimi przeciwko narodowi polskiemu.
Marian Szymańczak w rozmowie z nami przyznał, że wspomnienia z okupacji do dzisiaj wracają do niego w sennych koszmarach, tak żywe, jakby działy się teraz.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1105 (16/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze