Reklama

Wuefista Józef Szalla - pasjonat harcerstwa i obozów wędrownych, organizator drużyny harcerskiej | wspomnienia Teresy Śliwa-Lisieckiej

Po roku 1956 zniknęły z naszego umundurowania zielone koszule i czerwone krawaty, a na pochodach pierwszomajowych nosiliśmy harcerskie mundurki z kolorowymi chustami i krajkami.

Po październiku 1956 r. nasz wuefista Józef Szalla, jako przedwojenny harcmistrz z wielkim entuzjazmem zaangażował się w działalność harcerską w szkole. Utworzył mieszaną drużynę. Organizował ogniska, kominki, alarmy nocne, biwaki, obozy wędrowne. Jego gawędy przy ogniskach powodowały szybkie bicie młodzieńczych serc i łzy w oczach.

Drużyna harcerska bydgoskiego LP z plecakami - fot. z archiwum Teresy Sliwa-Lisieckiej

Jako harcerze potrafiliśmy bez dyskusji podporządkowywać się się jego rozkazom. Trzeba przyznać, że potrafił wyrabiać w nas silną wolę. Czynił to np. rozdając koperty z poleceniem otwarcia ich po kilku godzinach lub nawet dniach i wykonania ich zgodnie z instrukcją.

Reklama

Przyrzeczenia harcerskie organizował w takiej scenerii, że utrwalały się one na całe życie (Wawel, cmentarz z mogiłami bohaterów narodowych, pora nocna). Szkolna drużyna była bardzo liczna. Zapał w niej ogromny. Niektórzy z nas prowadzili drużyny harcerskie w bydgoskich szkołach podstawowych, przygotowując młodych harcerzy do pracy w organizacjach w latach późniejszych. Sami pod okiem naszego harcmistrza doskonaliliśmy nasze przygotowanie do przyszłej pracy zawodowej. Ufaliśmy mu. Był nam bardzo bliskim. Potrafił nas wszystkich traktować jednakowo, chwalił, gdy zasłużyliśmy, ganił, gdy wstępowaliśmy nie tak, jak wymagał. I choć jako klasa mieliśmy wspaniałego wychowawcę, po cichu zazdrościliśmy wychowankom Józefa Szalli w niekonwencjonalny sposób organizującego spotkania gwiazdkowe w lesie przy choince, kuligi itp.

Latem 1957 roku w ramach ożywionej działalności harcerskiej klasy czwarte wyruszyły na obóz wędrowny w góry. Zamieszkaliśmy w “Naszym Domu” w Kościelisku i stąd pod opieką naszego harcmistrza i jego żony wędrowaliśmy po górach. Pierwszego dnia ruszyliśmy na małą zaprawę i zaraz pogubiliśmy oznakowanie szlaku i pobłądziliśmy. Zamiast kilku kilometrów zmuszeni byliśmy pokonać kilkanaście. Była to solidna zaprawa, a po powrocie prawie sztywne nogi Mieliśmy przedsmak tego, co nas czeka. Codziennie wędrowaliśmy po górach przezwyciężając swoje słabości. Z satysfakcją muszę stwierdzić, że udało nam się zdobyć Giewont. Przewędrowaliśmy Dolinę Pięciu Stawów, Morskie Oko i wiele ciekawych miejsc. Doświadczyliśmy wędrówki w czasie górskiej burzy. Zmokliśmy do suchej nitki I znowu udało nam się zboczyć ze szlaku. Wędrując przez las padaliśmy często w mokre poszycie leśne. Nietrudno sobie wyobrazić, jak pięknie wyglądaliśmy. Szukaliśmy okazji podwózki.

Reklama

Prawdziwą atrakcją, jaką przyszło nam przeżyć była wędrówka w Pieninach i spływ Dunajcem. Wspaniałe górskie widoki i tajemniczy nurt Dunajca, interesujące opowieści górali, urzekały, a słońce niemiłosiernie paliło. Dla ochłody nasz opiekun pozwolił nam wykąpać się w górskim potoku, po czym noc spędziliśmy w stodole na sianie. Trudno ten czas nazwać noclegiem. Opalenizna na sen nie pozwoliła. Następny dzień okazał się trudnym do przetrwania. Zazwyczaj wędrówkom naszym towarzyszyły harcerskie piosenki. Tym razem nawet śpiewać się nie chciało. Chwile słabości trzeba było pokonać. Miałyśmy tę satysfakcję, że żona opiekuna i ich synek też walczyli ze swoimi słabościami.

Teresa Śliwa-Lisiecka, ciąg dalszy nastąpi

Reklama

 

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości