Reklama

Jak przychodziła "wolność"

Kcynia, II wojna światowa, okupacja
    Jak przychodziła "wolność"
     O pierwszych dniach wolności po latach okupacji niemieckiej mówi 13-letnia wówczas Halina Nosek.

  Urodziłam się i wychowałam na kilka lat przed rozpoczęciem II wojny światowej w jednym z małych miasteczek położonych na malowniczym wzgórzu Pałuk, w Kcyni. Po koszmarnych przeżyciach okupacji hitlerowskiej 21 stycznia 1945 r. nasze miasteczko zostało wyzwolone przez wojska radzieckie. Co to była za radość, że nareszcie będziemy żyli spokojnie i bezpiecznie w wolnej Polsce!
    Rodzice moi byli właścicielami dwóch domów jednorodzinnych - musieli więc przyjąć na kwaterę kilku żołnierzy radzieckich. Moja mama częstowała ich kawą, herbatą i nie raz dzieliła się posiłkiem. Po miesiącu żołnierze ci opuszczając nasz dom zagrabili złoty zegarek, złotą bransoletę i jeszcze kilka innych cennych drobiazgów. Ostrzegli rodziców, że jeżeli zawiadomią o tym ich oficera lub kogokolwiek innego - przyjdą w nocy i całą rodzinę wystrzelają. Przerażeni rodzice milczeli.  
    W kwietniu 1945 r. moja mama wybrała się pociągiem osobowym do Szubina, by w Wydziale Przemysłu i Handlu zgłosić rozpoczęcie działalności rzemieślniczej. Do wagonu pociągu, w którym siedziała mama (miała wtedy 42 lata) i młoda 18-letnia dziewczyna, kiedy już pociąg ruszył wskoczyło trzech uzbrojonych w karabiny żołnierzy radzieckich. Wtedy, przestraszone, moja mama i ta młoda dziewczyna przeszły do przedziału obok. Nie spodobało się to żołnierzom, bo po chwili padły dwa strzały i obie zostały bardzo ciężko ranne. Wkrótce zmarły w szpitalu w Szubinie. Za popełnione morderstwo żołnierze ci nie ponieśli żadnej kary, nie było nawet dochodzenia.
    Jest to jedno z najsmutniejszych wspomnień mego dzieciństwa. Pozostał chory ojciec z trójką dzieci w wieku od 10 do 18 lat.
    Nie zdążyliśmy jeszcze otrząsnąć się po tragicznej stracie matki, a już nasz dom zaczęli nachodzić funkcjonariusze urzędu bezpieczeństwa. Czegoś szukali w całym domu, wypytywali ojca i starszą siostrę, wmawiali różne kłamstwa i szykanowali.  
    Po pewnym czasie znów do naszego domu wtargnęło dwóch uzbrojonych ubowców z nakazem aresztowania ojca. Pamiętam jak cała nasza trójka dzieci z płaczem błagała, by nie zabierali nam ojca. Był chory, nie zajmował się polityką i nie wyrządził nikomu krzywdy. A kiedy nie pomogły nasze prośby i łzy, wtedy starsza siostra wykrzyknęła: - "Ruski zamordowali nam matkę, a wy zabieracie nam niewinnego, chorego ojca - aresztujcie nas wszystkich". Wtedy jeden z tych brutalnych ubowców uderzył i popchnął siostrę z całej siły. Upadła i potłukła się. Drugi ubowiec wyprowadził ojca. Kiedy zobaczyłam, że z pistoletem w ręku ubowiec pilnuje siostry - wykorzystałam moment nieuwagi i wybiegłam z domu.  
    Miałam wówczas 13 lat - niewiele, ale wystarczająco, by te ponure przeżycia głęboko wryły się w me serce. Pamiętam jeszcze dziś, pełna goryczy i żalu, jak ten ubowiec - wielki drab ubrany po cywilnemu - z pistoletem u boku i łapami trzymanymi z tyłu prowadził chorego, chwiejącego się ojca jak zbrodniarza. Szedł za nim trzy kroki z tyłu przez całe miasteczko około jednego kilometra do dworca kolejowego, a ja biegłam po drugiej stronie ulicy. W pewnym momencie ubowiec zauważył mnie, przystanął i kazał ojcu mnie zawołać. Kiedy podeszłam i spojrzałam w wykrzywioną grymasem nienawiści twarz ubowca przelękłam się, a on krzyknął: "Ty cholerny szczeniaku, jak nie pójdziesz do chaty, to zabiję cię jak psa". Ojciec prosił bym wróciła do domu, że wszystko się wyjaśni, i że do nas wróci.  
    Pomimo, że bardzo się bałam, postanowiłam jechać za ojcem. Udawałam, że wracam do domu, ale pobiegłam inną ulicą do dworca kolejowego i w biegu wskoczyłam do wagonu. A kiedy byliśmy już w Szubinie, chowałam się w bramach i patrzyłam gdzie ojca zaprowadzą. Oczywiście wprowadzono do gmachu Urzędu Bezpieczeństwa.
    Po kilkunastu dniach, kiedy ojciec jeszcze był więziony, siostra poszła ze mną do ówczesnego przewodniczącego Urzędu Miasta z prośbą, by pomógł nam uwolnić ojca. Przewodniczący, przedwojenny komunista, okazał się dla nas łaskawy, bo zaraz zatelefonował do Urzędu Bezpieczeństwa i powiedział: "Szefie, zabraliście mi najspokojniejszego i najporządniejszego obywatela miasta. Trójka dzieci została bez środków do życia". Po tym telefonie na drugi dzień ojca zwolniono. O torturach, jakie tam przeszedł trudno mi nawet dziś pisać.
    Tak wolność przyniosła mi najboleśniejsze przeżycia, jakich doświadczyłam.  

Halina Nosek
Pałuki nr 60 (12/1993)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości