Reklama

Jaki był koniec komunizmu

- Podczas pierwszej tury miałam z sobą termos i kanapki. Ludzie z komisji nie wierzyli, że może się coś zmienić. Traktowali mnie trochę ozięble. W drugiej turze zapytali już, czy chcę kawę, czy herbatę. Jedna z pań upiekła drożdżówkę i przyniosła. Tak wtedy im się myślenie zmieniło. I to w kilka dni - tak czerwiec 1989 r. zapamiętała Krystyna Krzemińska.

Andrzej Wybrański i Aleksander Paszyński podczas spotkania z wyborcami w żnińskim amfiteatrze 14 czerwca 1989 roku przed drugą turą wyborów fot. Marian Kawka

   W pierwszym artykule pisaliśmy o układzie sił politycznych na przełomie 1988 i 1989 roku. Miesiąc temu pokazaliśmy, jak strona partyjna i solidarnościowa przygotowywały się do wyborów. Dziś pokażemy, co takiego wydarzyło się 4 czerwca 1989 roku. Okrągły Stół - 6 lutego, początek kampanii wyborczej - 7 kwietnia, wygrane wybory - 4 czerwca. Budowany przez pięć dziesięcioleci system komunistyczny runął w cztery miesiące. PZPR dostała od społeczeństwa czerwoną kartkę i zakończyła grę.
   POROZUMIENIE
   Przypomnijmy, że na mocy ustaleń Okrągłego Stołu PZPR godziła się na częściowo wolne wybory do Sejmu. Oznaczało to, że na 460 miejsc w Sejmie strona rządząca, czyli członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a także Stronnictwa Demokratycznego i Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, miała zagwarantowane dwie trzecie (65%). Natomiast przełom polegał na tym, że opozycja, a z nią członkowie zdelegalizowanego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność, otrzymała 161 miejsc. W 45-letniej historii Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nikt nie dawał opozycji miejsc w parlamencie. Nie wydarzyło się to w żadnym kraju ówczesnego bloku wschodniego. Tylko w Polsce w sierpniu 1980 roku doszło do rozmów z Solidarnością. W każdym kraju każdy przejaw buntu i opozycji tłumiło się w sposób radykalny - wyprowadzając czołgi na ulice. Zresztą w Polsce 13 grudnia 1981 roku władzom także przyszedł ten pomysł do głowy i wprowadziły stan wojenny.
   TRUDNY TEREN
   Ówczesne województwo bydgoskie podzielone było na trzy okręgi wyborcze - północny z Chojnicami, południowy z Inowrocławiem oraz środkowy z Bydgoszczą. Andrzej Wybrański, kandydat wystawiony przez solidarnościowy Komitet Obywatelski i inni kandydaci ze Żnina: bezpartyjny Ryszard Fałszewicz i Zenon Bartkowiak z ZSL ubiegali się o mandat poselski z inowrocławskiego okręgu wyborczego.
   Jak nam powiedział Andrzej Wybrański, okręg inowrocławski był trudnym okręgiem dla kandydatów wystawionych przez komitety obywatelskie. Początkowo dla okręgu inowrocławskiego przewidziany był jeden mandat dla kandydatów do Sejmu, ale w związku z tym, że podczas obrad Okrągłego Stołu źle zostały policzone mandaty przysługujące opozycji, to okręg inowrocławski zyskał jeszcze jeden.
   - Zdając sobie sprawę z nastrojów próbowali znaleźć takich kandydatów, którzy mogliby odebrać głosy stronie solidarnościowej. Dlatego wystawiali osoby związane z systemem, ale nie będące członkami PZPR- powiedział kandydat Solidarności.
    Andrzej Wybrański początkowo nie chciał brać udziału w wyborach. Uważał, że miejsce na liście należy się Romanowi Bartoszcze, zasłużonemu działaczowi Solidarności, z którym nie chciał rywalizować. Jednak po przyznaniu dodatkowego mandatu dla Inowrocławia Andrzej Wybrański zgodził się wystartować. Po intensywnej kampanii wyborczej nadszedł dzień głosowania, 4 czerwca 1989 roku.
   STRONA TECHNICZNA
   Do zadań Urzędu Miasta i Gminy oraz naczelnika należało przygotowanie wyborów od strony technicznej: przygotowanie lokali wyborczych, powołanie obwodowych komisji i zebranie i dostarczenie wyników.
   - W porównaniu z innymi, to nie było żadnej różnicy w przygotowywaniu tych wyborów.  Do urzędu przyjechałem o 4.00 rano. Trzeba było przygotować karty do głosowania. Przywieźć, zabezpieczyć i rano rozwieźć, aby były w lokalach już przed szóstą, bo komisje już czekały. Samochody ruszały w teren już o 2.00-3.00 w nocy - mówi starosta Zbigniew Jaszczuk, ówczesny naczelnik Miasta i Gminy Żnin.
   W KOMISJACH
   Działacze Komitetu Obywatelskiego w Żninie brali udział w kampanii, a w dniu wyborów stali się członkami lub mężami zaufania obwodowych komisji wyborczych. Wcześniej musieli zapoznać się z tym, co ich czeka w dniu wyborów. Uczulano ich na to, aby liczba oddanych głosów zgadzała się z liczbą głosujących osób.
   Dotarliśmy do listy członków obwodowych komisji wyborczych rekomendowanych przez Komitet Obywatelski Solidarność. W czasie wyborów 4 czerwca w Żninie było 19 obwodowych komisji wyborczych. We wszystkich Komitet Obywatelski miał swoich ludzi.
   W LO byli Jan Jarmuż i Maria Szmidt, w Szkole Podstawowej nr 1 Maria Woźna, Małgorzata Kurto i Henryk Kanarkowski, w Zakładzie Handlu Roman Cichoń i Ryszard Wolski, w Zespole Szkół Zawodowych (ekonomik) członkami komisji byli Jerzy Krynicki, Zbigniew Popkowski i Anna Lewandowska.
   W Zespole Szkół Zawodowych (sorbona) byli Wiesław Biberstein, Wojciech Malak i Zbigniew Lipiński. W dwójce w komisji z ramienia KO zasiadali: Czesław Karczewski, Joanna Janowska i Maria Leśniewska. W ZEC (przy ul. Aliantów) byli Bernard Prywer, Aniela Nowakowska i Ryszard Gatka. W Szkole Podstawowej nr 4 był: Andrzej Kujawa, Paweł Wieczorek oraz Krzysztof Gąsiorowski. Członkami komisji w Zespole Szkół Mechanicznym byli Jerzy Strzelecki, Maria Nowakowska i Barbara Kamieńska. W siedzibie Spółdzielni Mieszkaniowej byli to: Wojciech Lubik, Tomasz Wysocki i Lech Kujawa. W Słębowie Tadeusz Grzanka i Bronisław Adamus, w Januszkowie Bartłomiej Zięba i Mieczysław Konecki, w Jadownikach Rycerskich Karol Stawniak i Zenon Flejter, w Podgórzynie Wiesław Majewski i Jerzy Buczkowski, w Cerekwicy Jan Gawron i Roman Rezulak, w Brzyskorzystwi Maria Chmielewska i Marian Mazurek, w Gorzycach Edward Kuś i Stanisław Bocian, a w szpitalu Jacek Bogucki i Maria Kosmowska.
   - Podczas wyborów byłam mężem zaufania w komisji wyborczej w Szczepanowie. Przyjechałam w niedzielę 4 czerwca o trzeciej nad ranem, a lokal wyborczy opuszczałam o piątej rano w poniedziałek 5 czerwca.  W czasie głosowania robiłam tak zwane piątki. Liczyłam tych, którzy przychodzili głosować. Po dwóch godzinach głosowania postanowiłam sprawdzić, ilu było. Członkowie komisji twierdzili, że głosowało 20 osób, a ja im mówię, że szesnastu. I dodałam jeszcze, że jeśli za godzinę sprawdzę i głosy nadal będą się różnić, to unieważnię wybory - mówi Krystyna Krzemińska, wtedy skarbnik komisji oddziałowej Solidarności w żnińskim ZEC. - Wie pan, jaki to był system. W latach 80. musiałam pójść na jedne z tych ich wyborów. Specjalnie poszłam wieczorem. Podałam komisji swoje nazwisko, podałam dowód, patrzę, a na liście moje nazwisko zostało już odhaczone. Powiedziałam wtedy, że skoro już byłam na wyborach, to nie mogę głosować  I stąd wzięły się te nieścisłości w liczbie osób.
   - 4 czerwca byłem członkiem komisji, której siedziba mieściła się w szkole w Barcinie, a moja żona była w fabryce butów w Barcinie - wspomina Aleksander Kmiećkowiak, członek KO. - W szkole przewodniczącą komisji była działaczka partyjna, pani dyrektor, członkini PZPR. Moje wejście przyjęte było ozięble. Później okazało się, że to normalni ludzie, że wszyscy jesteśmy normalnymi ludźmi. Oni z mojej strony też pewnie odczuwali oziębłość. Pierwsze godziny z obydwu stron oznaczały się wzajemną niechęcią. Traktowaliśmy się wrogo. Po dwóch, trzech godzinach sytuacja się wyjaśniła. Tak, że podczas liczenia głosów nie było już problemów.
Jolanta Dobaczewska i Joanna Janowska w 1989 roku były nauczycielkami żnińskiego LO. Przez całe lata 80. działały w tajnym kole Solidarności. Zaangażowały się w kampanię wyborczą Andrzeja Wybrańskiego, podczas której zachęcały do oddania głosu hasłem: Nasz człowiek ze Żnina.
   - Mieliśmy świadomość, że wybory mogły być sfałszowane. Zgłosiliśmy się na ochotnika do liczenia głosów - mówi Joanna Janowska, nauczycielka Liceum Ogólnokształcącego.
   Ówczesny nauczyciel LO Krzysztof Kosmowski, również członek KO, powiedział nam, że był wtedy członkiem komisji wyborczej w Barcinie. Głównym zajęciem członka komisji wyborczej było to, co obecnie. Chodziło o wydawanie kart do głosowania, prowadzenie ewidencji głosujących i liczenie wyników. Dodatkowo w 1989 roku członkowie rekomendowani przez KO czuwali nad tym, aby nie było manipulacji.
   - Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że w mojej komisji wyborczej nie zdarzyło się nic, co mogłoby zagrażać wynikom wyborów - mówi Krzysztof Kosmowski.
   - Byłem sceptycznie nastawiony do samej idei wyborów. Myślałem, że strona rządowa planuje wykiwać całą opozycję. Jak wybory się zakończyły, to byłem zdziwiony. Nie oczekiwałem takiego wyniku - powiedział działacz KO Karol Stawniak, zasiadający tego dnia w komisji wyborczej w Jadownikach Rycerskich. Tam również wybory przebiegły bez problemów. Komisja nie zanotowała prób fałszowania wyników.
   GŁOSOWANIE
   - Te wybory od poprzednich różniło to, że w skład komisji wyborczych weszli przedstawiciele Komitetów Obywatelskich. Bardzo duża była liczba mężów zaufania. Mieli oni odpowiednie umocowania prawne i obserwowali, czy wybory przebiegają prawidłowo. Byli obecni również przy liczeniu głosów. Gdyby coś przebiegło nie tak, to mogli wnieść protest. Nie przypominam sobie, aby były u nas protesty w sprawie nieprawidłowości wyborczych. Nie mieliśmy żadnych problemów podczas wyborów. W Żninie był spokój. Nie było malowania na ścianach, rzucania kamieniami, czy innych głupot - relacjonuje Zbigniew Jaszczuk.
   Ówczesny szef Służby Bezpieczeństwa w Żninie Michał Grobelny również powiedział, że wybory przebiegły spokojnie. Zabezpieczeniem lokali zajęli się funkcjonariusze milicji obywatelskiej. Prowadzony był monitoring ulic. SB dbało, aby nie dochodziło do sytuacji budzących wątpliwości. W dniu wyborów w siedzibie komitetu PZPR, który mieścił się przy al. Sienkiewicza (dzisiejsza biblioteka), pełniony był dyżur. Tam spływały informacje z terenu dotyczące przebiegu wyborów.
Ówczesny I sekretarz Miejsko-Gminnego Komitetu PZPR Zdzisław Małecki nie pamięta poważnych incydentów, czy to na ulicach, czy przy lokalach wyborczych, bo takich nie było. Jedynie przy Liceum Ogólnokształcącym w Żninie przewrócone były stojaki z flagami.
   I sekretarz poszedł oddać głos w obwodowej komisji, której siedziba mieściła się w ówczesnym Zespole Szkół Mechanicznych przy ul. Browarowej (dziś ZSP im. Marii Karłowskiej).
   - Nie mam zwyczaju głosować z rana i udawać komsomolca. Byłem z żoną po południu i oddałem głos - zrelacjonował Zdzisław Małecki.
   - Głosowałem w Spółdzielni Mieszkaniowej, gdzie mieścił się  lokal wyborczy. Pamiętam, że ze strony komisji spotkał mnie miły gest, bo dostałem kwiatek - tak moment głosowania zapamiętał Andrzej Wybrański.
   Nauczycielka LO Jolanta Dobaczewska nie brała udziału w pracach komisji wyborczych. W niedzielę 4 czerwca była w domu z dziećmi.
   - To był ekscytujący dzień. Mieliśmy nadzieję, a raczej pewność, że tym razem wygramy. Każdy z kandydatów miał własnego męża zaufania, dlatego mieliśmy pewność, że będzie to rzetelnie przeprowadzone. Głosowałam w lokalu wyborczym w spółdzielni mieszkaniowej. W tych wyborach należało oddać swój głos chowając się za parawanem. W poprzednich wyborach takie zachowanie nie było mile widziane, a tutaj trzeba było to zrobić. Różnica polegała na tym, że wtedy mój głos dawał szansę na zmiany, a nie jego brak - wspomina Jolanta Dobaczewska.
   WYNIKI
   - Zaraz po zamknięciu lokali wyborczych ludzie wiedzieli, że będą wywieszane wyniki. Bardzo duża liczba osób wychodziła z domów i zaglądała do lokali, aby sprawdzić, czy coś się dzieje. Pamiętam, że sporo ludzi kręciło się podążając szlakiem urn wyborczych - relacjonuje Jolanta Dobaczewska.
   - Pierwsze dotarły do nas wyniki z obwodu zamkniętego w Podobowicach z Domu Pomocy Społecznej. Wynik był taki, jak w całym kraju. Ktoś powiedział, że to jest specyficzny obwód i w innych lokalach będzie inaczej, ale wyniki z całego kraju nie odbiegały od tych, jakie wtedy były w Podobowicach - mówi Zbigniew Jaszczuk.
   Między 1.00 a 2.00 w nocy z niedzieli na poniedziałek do Urzędu w Żninie zaczęły spływać wyniki z obwodowych komisji wyborczych. Około drugiej były już wszystkie. Po podliczeniu konwój w asyście milicji obywatelskiej odwiózł je do Bydgoszczy.
   Mandat poselski uzyskiwali ci kandydaci, którzy dobyli na liście ponad 50% głosów. W naszym okręgu 4 czerwca posłem został tylko Roman Bartoszcze. Andrzejowi Wybrańskiemu zabrakło około 9%. Jako jedyny poseł opozycji musiał wziąć udział w drugiej turze wyborów, która odbyła się dwa tygodnie później. Wszyscy pozostali kandydaci opozycji już po pierwszym głosowaniu uzyskali 160 mandatów. W drugiej turze musieli wziąć udział kandydaci obozu rządzącego, gdyż żaden z nich nie uzyskał ponad 50% głosów.
   CHOROBA ŻNIŃSKA
   - Dla mnie ten wynik tak wielkim zaskoczeniem nie był. Jednak jak rozmawiałem z ludźmi, to niektórzy byli bardzo mocno zaskoczeni. Spodziewali się wyniku po połowie. Zaskoczenie dotyczyło głównie tego, że w całości padła lista krajowa. Ja również byłem zaskoczony. Spodziewałem się, że wynik rewelacyjny nie będzie, ale nie tego, że nikt z listy krajowej nie dostanie się do Sejmu - mówi Zbigniew Jaszczuk.
   - Przed wyborami nikt nie liczył, że osiągniemy tak dobry wynik. Liczyliśmy na 60-70 procent. Wynik nas zaskoczył, a mnie osobiście bardzo mocno - powiedział Aleksander Kmiećkowiak.
   - Po ogłoszeniu wyników odczuliśmy ulgę. Nastąpił przełom. Czuliśmy, że coś się wreszcie zmieni - wspomina Krzysztof Kosmowski.
   - Kiedy były podliczane głosy chodziłyśmy sprawdzać, czy są już wyniki. Po ogłoszeniu wyników była euforia i wielka radość. Mieliśmy świadomość, że przypilnowaliśmy i doprowadziliśmy wszystko do szczęśliwego końca - mówi Joanna Janowska. - Miałam przekonanie, że to ja miałam wpływ na zmianę ustroju. Czekałam na to 30 lat.
   - Jak ogłosili wyniki, to okazało się, że wzięliśmy wszystko, co mogliśmy wziąć. Jednak przed drugą turą nasililiśmy kampanię. Zajęliśmy się rozlepianiem ulotek. Trzeba było pilnować, żeby wybory nie zostały sfałszowane. O to nam chodziło i dlatego wynik był taki, jaki był - twierdzi Krystyna Krzemińska.
   - Na temat wyniku Andrzeja Wybrańskiego mam swoje zdanie. Co prawda nie był na zdjęciu z Wałęsą, ale według mnie cała ta sytuacja wpisuje się w okres późniejszy. Gdyby spojrzeć na jakiekolwiek wybory, to okazuje się, że w Żninie ludzie nie potrafią się skupić na tym, żeby wybrać swojego reprezentanta do Sejmiku, czy do Sejmu. Jest to taka choroba żnińska, która trwa do dziś, a w 1989 roku był jej pierwszy przejaw - powiedział Karol Stawniak.
   - Po wyborach niektórzy zadawali pytania, no to się tłumaczyło, że takie są fakty, a z nimi się nie dyskutuje. Tak zdecydowali wyborcy. Jak już powiedziałem, wiele osób liczyło na współrządzenie i myślało, że razem będzie łatwiej przez to przejść. Rozpaczy nie było. Były natomiast deklaracje, że tonącego okrętu nie opuszczą jak szczury, a potem pierwsi odchodzili. Trafiały się różne postawy. Trudno było wtedy ludzi zrozumieć - wspomina Zdzisław Małecki.
   DOGRYWKA
   - Trudno powiedzieć, żebym po pierwszej turze wyborów czuł zawód, czy rozczarowanie. Pojawiła się wola do dalszej walki. W drugiej turze także nie miałem zdjęcia z Wałęsą, ale wiadomo było kim jest kandydat Komitetu Obywatelskiego. Podczas pierwszej tury zdjęcia z Wałęsą nie miałem, bo postanowiłem zostać z uczniami w trakcie pisania przez nich egzaminu dojrzałości. Przed drugą turą wszystkich kandydatów wezwano do Warszawy, aby zrobić zdjęcie. Pojechałem i zrobiono mi to zdjęcie. Mam je w domu na pamiątkę, ale sam plakat wyborczy z niewiadomych przyczyn nie ukazał się. Nie wiem dlaczego - twierdzi Andrzej Wybrański. - W drugiej turze PZPR, widząc szansę uzyskania mandatu, stawała na głowie, żeby ten mandat przechwycić. Robili wszystko, aby wygrać tę konfrontację. Był to jedyny mandat do zdobycia.
   Oczywiste, zdaniem Zdzisława Małeckiego, było to, że w drugiej turze należało walczyć o ten jedyny nieobsadzony mandat z opozycją i Andrzejem Wybrańskim. -  Mieliśmy z naszymi zwierzchnikami rozmowy typu: wiecie, rozumiecie, powinniśmy. Myśleli, że może się uda wygrać to miejsce w Sejmie. To oczywiste. Nawet w obliczu przegranej starali się wygrać o to. Przed drugą turą wyborów członkowie żnińskiego Komitetu Obywatelskiego musieli zmobilizować się raz jeszcze i rozpocząć od nowa walkę i mandat dla Andrzeja Wybrańskiego. Jeszcze przed pierwszą turą działacze Solidarności imali się różnych pomysłów, improwizowali. Próbowali oklejoną plakatami nysą lub żukiem jeździć po Żninie i okolicy i z zamontowanych głośników przekonywać do oddania głosu na kandydata Solidarności.
   - Pamiętam, że na pewno byłam zaangażowana przed drugą turą, ale nie pamiętam, co konkretnie robiliśmy. Wiem, że namawialiśmy i przekonywaliśmy członków rodziny, przyjaciół, znajomych do oddania głosu na Andrzeja Wybrańskiego. Była telewizja Gdańsk i nakręcali jakiś film - mówi Jolanta Dobaczewska.
   Tak jak dwa tygodnie wcześniej Urząd Miasta i Gminy zajął się techniczną stroną przygotowywania wyborów. - Lokale wyborcze były już gotowe. Także i w drugiej turze nic się nie działo. Nie było niepotrzebnych agitacji i żadnych niepotrzebnych zadrażnień. Ekscesów nie mieliśmy. W ogóle druga tura przebiegła sprawniej - zdaje relację ówczesny naczelnik.
   - Podczas pierwszej tury miałam z sobą termos i kanapki. Ludzie z komisji nie wierzyli, że może się coś zmienić. Traktowali mnie trochę ozięble. W drugiej turze zapytali już, czy chcę kawę, czy herbatę. Jedna z pań upiekła drożdżówkę i przyniosła. Tak wtedy im się myślenie zmieniło. I to w kilka dni - tak ten okres zapamiętała Krystyna Krzemińska.
   Kandydat ze Żnina wygrał w drugiej turze wyborów i jako pierwszy - i jak dotychczas jedyny - zasiadał w Sejmie jako poseł wybrany w wolnych wyborach. Otrzymał 59% głosów przy 49% frekwencji. Była ona duża zważywszy na to, że średnia krajowa wyniosła wówczas ok. 25%. Po prostu ludzie po wybraniu członków Solidarności do Sejmu i Senatu nie mieli zamiaru w drugiej turze głosować na członków PZPR i innych ugrupowań. Wyjątkiem był Andrzej Wybrański.
   Druga tura i wybór ostatniego członka Solidarności na posła zakończyły wybory. Chociaż w Sejmie większość miała PZPR, to jednak klęska kandydatów partii w pierwszej turze, masowe poparcie dla Solidarności i brak manipulacji przy wynikach uświadomiły ludziom bliski upadek systemu.
   Opozycja czuła euforię, ale po drugiej stronie barykady członkowie PZPR, mimo zmian w Warszawie, w gminach nadal piastowali swoje funkcje. - Po wyborach w Partii było wielu ludzi myślących, że sprawa jest przegrana, że jest to początek destrukcji ustroju, że na tym się nie skończy. Ale były nadzieje na współpracę w rządzeniu. Na podział władzy. Przecież to wszystko odbywało się na poziomie centralnym. Tu na dole wszystko było jeszcze w naszych rękach, co też ułatwiało rządzenie od strony formalnej - wyjaśnia Zdzisław Małecki.
   - Nie da się tego opisać. To był dla nas trudny egzamin, który zdaliśmy na piątkę - powiedziała Jolanta Dobaczewska. - To co się wydawało zupełnie nierealne, nagle okazało się możliwe. Okazało się. że dziesięć lat pracy w podziemiu nie poszło na marne, że się opłaciło.

Reklama

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 903 (22/2009)

 

SO24LI

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 10/12/2024 14:40
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości