Stawam na placu z Boga ordynansu,
Rangę porzucam dla Boga wakansu,
Dla wolności ginę,
Wiary swej nie minę:
Ten jest mój azard.
- Pieśń konfederatów barskich -
DLACZEGO O ULEJSKIM
Mam nadzieję, że po artykule pana Stanisława Pilarskiego w 6 numerze Pałuk czytelnicy wiedzą już, jak silna i ważna była konfederacja barska w Wielkopolsce. Co ciekawe, w świadomości Wielkopolan wydarzenia lat 1768-1772 są niemal nieobecne. A przecież właśnie Wielkopolska powinna specjalnie poczuwać się do spuścizny po barskich rycerzach. Niestety: romantycy opisywali przede wszystkim walki na kresach i ta wizja zapanowała nad polską wyobraźnią... Okopy Świętej Trójcy, Berdyczów, Bar... Sen Srebrny Salomei, Ksiądz Marek, Beniowski... a nie: Wronki, Łobżenica, Kcynia, Strzelno, Inowrocław. Miejmy nadzieję, że da się naprawić tę niepowetowaną szkodę. Pan Pilarski wydobył z niepamięci kilka nazwisk ważnych dla nie tylko regionalnej historii. Na koniec zaproponował nadać szkole w Kcyni imię Józefa Wybickiego, postaci niewątpliwie świetlanej. Wybicki pochodził z Pomorza. Pod ręką mamy innego bohatera, nigdzie jeszcze nie uczczonego, któremu bez wątpienia należy się pamięć potomnych. Jest nim Jakub z Ul Ostoja Ulejski pochodzący z Pałuk, z powiatu kcyńskiego, znacznie silniej związany z wielkopolską konfederacją, niż Wybicki.
POCZĄTKI
Przypomnijmy. Piątego czerwca 1768 roku w Kcyni zebrały się zbuntowane przeciwko Moskalom chorągwie wojska polskiego. Pod przewodem Wojciecha Rydzyńskiego, inicjatora tego wystąpienia, ogłoszono przystąpienie do konfederacji barskiej. Jednak już w sierpniu wielkopolscy konfederaci zostali rozgromieni przez Rosjan i zepchnięci na teren Śląska. Wydawało się, że ogień buntu skutecznie ugaszono, tym bardziej, że tymczasem upadły na wschodzie Rzeczypospolitej Bar i Berdyczów - główne ośrodki konfederackie. Jednak katolicka szlachta i miasteczka, w których przeważał żywioł polski, nie uspokoiły się. W Żninie spiskował Jędrzej Śniadecki. Nastroje w Kcyni też były jednoznaczne. W lasach ukrywał się z małym, partyzanckim oddziałem Antoni Morawski, rzeźnik z Gniezna, legendarny bohater. Uczniowie Kolegium jezuickiego w Poznaniu zawiązali, szybko zresztą wykrytą, konspirację.
WYSTĄPIENIE ULEJSKIEGO
Wtedy właśnie wystąpił na arenę dziejową Jakub z Ul Ostoja Ulejski. Był to drobny szlachcic, "szlachcic partykularny - jak pisze Jędrzej Kitowicz - jednego sołtystwa w królewszczyźnie posiadacz". W owym momencie miał prawdopodobnie nieco tylko ponad dwadzieścia pięć lat i to już niemal wszystko, co o nim wiemy. Z dziesięcioma towarzyszami (wszyscy oni także wywodzili się z ubogiej szlachty) spisał w Januszkowie pod Żninem manifest o przystąpieniu do konfederacji. W manifeście czytamy: "Umyśliliśmy te to wszczęte przez nieprzyjaciół wolnemu narodowi szkodzące i na karki nasze godzące jarzma niewolnicze... znosić... krwią to ojczystą i życiem własnym dokonać... z wszelkim, szczęśliwie nam panującego Najjaśniejszego Króla imci Stanisława Augusta Pana naszego miłościwego, uszanowaniem". Nazajutrz, 18 lipca 1768 roku, Ulejski przybył do Kcyni i oblatował manifest, to znaczy uprawomocnił go w urzędzie grodzkim. W ten sposób dokument ów zyskał moc prawną, jako "oficjalnie zarejestrowany". Trzy dni później na dom Ulejskiego napadli kozacy, zabili jego dziewięcioletnią córkę, żonę skatowali, a cały majątek bezlitośnie zrabowali, po czym ruszyli w pogoń za konfederatem.
REGIMENTARZ
Mimo początkowych niepowodzeń, do Jakuba Ulejskiego zgłaszali się liczni ochotnicy i wkrótce stanął na czele sporego oddziału, a, jak znów pisze Kitowicz, "opierał się dosyć nieźle Moskalom", co natychmiast przydało mu rozgłosu. Około 5 września luźno działające grupy konfederackie odbyły zjazd w Kole, gdzie zwołano tzw. koło rycerskie. Jakuba Ulejskiego okrzyknięto wówczas regimentarzem, a zatem naczelnym dowódcą województw wielkopolskich. Wkrótce potem Ulejski z pięciuset ludźmi wtargnął niespodziewanie do Bydgoszczy, gdzie nie dopuścił do sesji Trybunału, kwestionowanego przez konfederatów, ściągnął podatki i cło z komory w Fordonie oraz wcielił do swoich sił żołnierzy królewskich. Powiększywszy oddział do okoła tysiąca ludzi, zamierzał ruszyć do Prus Królewskich, aby pobudzić tamtejszą szlachtę do działania. To się jednak nie udało. Po niepomyślnej potyczce pod Trzemesznem i wygranej pod Kcynią, zdecydował się zaszyć na czas jakiś w puszczy Noteckiej. Już 22 września pojawił się w Wieleniu, w rezydencji księżny Joanny Sapieżyny. Zmusił magnatkę do wypłacenia podatków na rzecz konfederacji, uzupełnił uzbrojenie - zarekwirował kilka armat - i starł się z nadchodzącym oddziałem rosyjskim. Księżna zdradziła, wpuszczając Rosjan na tyły konfederatów. Ulejski stracił działa i musiał się wycofać, ale zadał nieprzyjacielowi dotkliwe straty. Dwa dni później w Sierakowie powtórzył wybieranie podatku i podporządkował sobie kolejny oddział wojsk koronnych. 26 i 28 września rozbił Rosjan pod Lwówkiem. W trakcie pościgu zginął nieprzyjacielski dowódca, ale sam Ulejski tak zapędził się za przeciwnikiem, że stracił kontakt z własnymi siłami. Większość z nich miał odnaleźć dopiero po dwu tygodniach. Konfederaci, przekonani o śmierci swego regimentarza, wybrali nowego, Ignacego Skarbka Malczewskiego. Stało się to w Kaliszu, 8 października. Gdy Ulejski odnalazł swoich żołnierzy, byli już pod rozkazami Malczewskiego. Dawny dowódca musiał podporządkować się nowemu regimentarzowi. Otrzymał nieduży oddział liczący 200-300 jeźdźców i na nowo zaczął uganiać się za - lub uciekać przed - Moskalami.
SYTUACJA WIELKOPOLSKI NA JESIENI 1768
Tymczasem Rosjanie rozpoczęli generalną ofensywę. Pokaźne oddziały pułkownika Burmanna i podpułkownika Bocka z Poznania, pułkowników Suchotina i Kosturina z Torunia oraz lotny oddział sławnego z okrucieństwa majora Drewitza (śpiewano o nim: "obcinałeś ręce, obcinałeś uszy...") staczały ze zmiennym szczęściem liczne potyczki, biorąc wielu jeńców. Cała Wielkopolska stanowiła wielkie pole bitwy, czy raczej pole mnóstwa drobnych utarczek, które, choć często pomyślne dla Rosjan, nie dawały im ani przewagi, ani kontroli nad dzielnicą. Po doznaniu szeregu dotkliwych porażek, Rosjanie, jak pisze skrupulatny pamiętnikarz, Jędrzej Kitowicz, "już więcej małymi komendkami za konfederatami biegać nie śmieli, ale tylko w znacznych komendach... w wielkich miastach zamkowych; jako to w Toruniu, Bydgoszczy, Poznaniu, Kaliszu, Łowiczu itp., skąd na konfederatów tędy owędy wychodzili". Wielkopolska stała się więc na długo głównym zarzewiem konfederacji.
ANIMOZJE W ŁONIE KONFEDERACJI
W tym czasie Ulejski jeszcze raz zagroził Trybunałowi bydgoskiemu, choć do samego miasta nie wkroczył. Kilka razy ściął Moskali w okolicach Torunia, a nocą z 27 na 28 października zaskoczył pod Żninem pułkownika Suchotina, którego zmusił do odwrotu. 3 grudnia pod Łobżenicą razem z oddziałem Malczewskiego został zaatakowany niespodziewanie przez Drewitza, tak że musiał uciekać "ogołocony z koni, strzelby, sam piechotą pod płot". Przez nieudolność Malczewskiego, który zaniedbał wywiadu i ubezpieczenia, nie doszło do zwycięstwa, choć szale ważyły się na obie strony, gdyż Ulejskiemu udało się jednak powstrzymać rejteradę swoich i oprzeć Rosjanom. Ostatecznie trzeba było ustąpić z pola. Powszechnie obarczano Malczewskiego odpowiedzialnością za to nieudane starcie, pomawiając go o nieudolność w dowodzeniu, brak odwagi i nieznajomość taktyki wojennej. Istotnie, dowódca ten, świetny organizator i polityk, był jednak marnym strategiem i taktykiem, co miał jeszcze nieraz udowodnić za pośrednictwem kolejnych zręcznych intryg idących w parze z militarnymi porażkami. Niektórzy dowódcy, jak na przykład Józef Gogolewski, publicznie mu urągali. Ulejski, po dwu miesiącach lojalnej, ale przykrej współpracy, porzucił więc obóz Malczewskiego i zaczął działać na własną rękę. Po rozmowach ze swoim byłym szefem zastrzegł sobie jako przyszły teren działania Prusy Królewskie (czyli Pomorze Gdańskie), Kujawy i północne Mazowsze. Malczewski obiecał uznać Ulejskiego regimentarzem, za co ten miał respektować jego godność marszałka. Ale po rychło odbytym zjeździe konfederatów w Koninie, mimo wybrania go marszałkiem, Malczewski zapomniał o danym przyrzeczeniu. Zaczął za to intrygować, podobno nawet nasłał na Ulejskiego morderców, usiłował zasiać niezgodę w oddziałach rywala. Na szczęście - niemal bezskutecznie. Wtedy ogłosił, że Ulejskiego należy zwalczać, bo nie podporządkowuje się zwierzchniej władzy. Drogi obu przywódców rozeszły się więc definitywnie.
NA KUJAWACH, MAZOWSZU I POMORZU
Po rozstaniu z Malczewskim nasz bohater postanowił skonfederować całe Kujawy i północne Mazowsze. Wysławszy na Pomorze nieduży oddział, zmylił Rosjan, którzy ruszyli w pościg za garstką ludzi aż pod Gdańsk. Teren był więc czysty i Ulejski 12 stycznia bez przeszkód ogłosił w Inowrocławiu zjazd Kujawian. Nie przyniósł on jednak spodziewanego efektu. Ulejski wynagrodził to sobie licznymi drobnymi sukcesami. Jego wojsko działało zresztą również w charakterze stróżów porządku. Prócz Rosjan zaczęły bowiem grasować bandy rabusiów podające się za konfederatów. Tych Ulejski ścigał i surowo karał. Wkrótce zaczął współdziałać z Pawłem Michałem Mostowskim, wojewodą pomorskim, zagorzałym konfederatem, który miał wielki mir u miejscowej szlachty. Wówczas Kujawy i północne Mazowsze skonfederowały się bardzo szybko, choć nie znaleźli się tam dowódcy równi duchem i talentem Ulejskiemu.
Na swoją kolej czekało Pomorze. Wkroczył do tej prowincji, wydając 25 lutego uniwersał wzywający do zawiązania konfederacji. Sytuacja była tam skomplikowana, bo za bliską granicą pruską stały liczne oddziały wojskowe państwa zdecydowanie nieprzychylnego barzanom. Prusacy co jakiś czas ingerowali, napadając na pojedyncze oddziały polskie. Małe miasteczka, w których dużo było niemieckiej, protestanckiej ludności, odnosiły się wrogo do ruchu barskiego i niekiedy same wzywały Prusaków do interwencji. Na razie jednak daleko było do otwartej, wrogiej akcji Niemców na wielką skalę. Kiedy Prusacy zatrzymali oficerów Ulejskiego w mieście Nowe, gdzie oblatowany został jego uniwersał, polski dowódca zareagował bardzo energicznie, żądając od stojącego w Kwidzynie pruskiego generała von Pomejske wyjaśnień. Ten ostatni był tym tak zaskoczony, że zwrócił zarekwirowane konie, pozostał neutralny i nie reagował, podczas gdy Ulejski obsadzał po kolei Nowe, Tucholę, Skarszew i Starogard, opanowując całą południową część województwa pomorskiego. Wybierał tam regularnie podatki, cła oraz konne i piesze wyprawy dla swojej armii.
Następnie przystąpił pod mury Gdańska, wzywając władze miasta do wyraźnego zajęcia stanowiska za konfederacją lub przeciw. Odpowiedzi się nie doczekał. Gdy zaś wkroczyli na Pomorze Rosjanie - kniaź pułkownik Wołkoński i major Sievers - Ulejski zaszył się w borach Tucholskich i wycofał w okolice Gniezna, gdzie natychmiast dał o sobie znać, znosząc 16 marca oddział Kozaków zdążających przeciwko Malczewskiemu.
LOS MALCZEWSKIEGO
Tymczasem Malczewski dawał nowe dowody swoich uzdolnień organizacyjnych i - jednocześnie - militarnej nieudolności. Udało mu się zebrać potężną armię, liczącą przeszło 3000 ludzi. Takiej siły nie posiadali Rosjanie, tym bardziej, że byli podzieleni na stosunkowo małe oddziałki. Niestety, wódz nie radził sobie z armią i nie umiał wykorzystać przewagi liczebnej. Atakowane przez niego oddziały rosyjskie doskonale potrafiły się obronić. Wreszcie 19 marca pod Pakością i Inowrocławiem nastąpiła wielka tragedia. Zaniedbawszy znów rozstawić czat i zlekceważywszy doniesienia o pochodzie Moskali, Malczewski dał się zaskoczyć. Zginęło kilkuset konfederatów, drugie tyle Drewitz wziął do niewoli i z zimną krwią kazał wymordować. Kolejne klęski zadano konfederatom 21 marca pod Wilczynem i Kleczewem. I znów kilkuset ludzi zginęło, a innych Rosjanie bestialsko wymordowali. Malczewski, pragnąc zapobiec całkowitej klęsce, rozpuścił wówczas swoje oddziały, bądź to zwalniając je do domu, bądź wysyłając w odległe województwa w celu "zrobienia konfederacji". Sam udał się na Śląsk. Nastąpiło mimowolne "zawieszenie broni". Rosjanie mogli teraz bez przeszkód zająć się Ulejskim.
OSTATNIA AKCJA
Pomiędzy 20 a 22 marca Ulejski po raz wtóry wkroczył na Pomorze, z mniejszym oddziałem, liczącym 800 jeźdźców. Tym razem musiał kluczyć, unikając krążących wzdłuż granicy wojsk pruskich, a podstąpiwszy pod Gdańsk zastał zamknięte bramy. Nikt już nie chciał z nim rozmawiać, miasto zajęło wyraźnie nieprzychylne, antybarskie stanowisko. Następne posunięcie należało już do Rosjan. 24 marca wyruszył z Torunia generał Czertoryżski z 2000 ludzi. Byli to żołnierze rosyjscy, nieco polskiego wojska koronnego i oddział pomorskich protestantów. Ulejski został zaskoczony w Starogardzie, w drugi dzień Wielkiej Nocy. Gwałtowna szarża przez Bramę Gdańską otworzyła wrogowi wejście do miasta; konfederaci ratowali się ucieczką. Jednak Ulejski natychmiast zebrał ocalałe z pogromu siły i zorganizował zasadzkę na powracających Rosjan. Posiał wśród nich duże zamieszanie i wziął do niewoli 26 kozaków. Po kilku dniach puścił ich wolno, dając na drogę po sztuce złota i każąc powtórzyć ich dowódcom, że Polacy nie mają zwyczaju tyrańsko traktować jeńców. Ten sławny postępek Ulejskiego rozszedł się echem po całej Polsce i nawet po zagranicy. Niestety, był to ostatni, piękny akord jego działalności.
ROZWIĄZANIE ODDZIAŁU I EMIGRACJA
Ukrywszy się znów w Borach Tucholskich, postanowił rozwiązać oddział. Klęska Malczewskiego w Wielkopolsce i konfederatów w Ziemi Dobrzyńskiej, aresztowanie Pawła Michała Mostowskiego, bliskość Prusaków i Rosjan musiały go rozczarować i załamać. Zdaje się, że jego oficerowie byli też nieco podbuntowani, choć tutaj przyczyna była inna: Ulejski dbał o żelazną dyscyplinę i nie pozwalał na żadne wybryki, a karność jego żołnierzy owocowała sprawnością wojska i licznymi sukcesami.
Rozwiązanie oddziału nastąpiło na przełomie marca i kwietnia 1769 roku. Potem nasz bohater udał się na emigrację. Był w Lubece i Hamburgu. Stamtąd napisał do króla z prośbą o przebaczenie, ale odpowiedzi się nie doczekał. Zniechęcony do monarchy, podjął podróż na Śląsk, aby skontaktować się z przebywającymi na emigracji przywódcami barzan, Teodorem Wesslem i Adamem Krasińskim. 25 lipca napisał adresowane do nich, zachowane do dziś memoriały.
POWRÓT DO KRAJU
Nareszcie pod koniec 1769 roku pojawił się Ulejski w Małopolsce, w wojskach Adama Szaniawskiego. Został dowódcą sił zbrojnych ziemi sochaczewskiej, wyszogrodzkiej i zakroczymskiej. Brał udział w tragicznej bitwie pod Dobrą, 23 stycznia 1770, kiedy to doszło do starcia z wojskami Rnna i Drewitza. Poległo wówczas około 1500 konfederatów. Ulejskiemu udało się ujść z życiem i walczył dalej pod innym dowództwem. Wreszcie powrócił do Wielkopolski i stanął w szeregach sławnego Józefa Zaremby, który był również jednym z najwybitniejszych i - co ważniejsze - najskuteczniejszych dowódców konfederackich, jako marszałek Wielkopolski. Na nieszczęście dla Ulejskiego, układy polityczne i personalne zupełnie się zmieniły. Obok marszałka Zaremby godność regimentarza pełnił Antoni Sieroszewski, a konkurował do niej Paweł Skórzewski. Ci dwaj byli osobistościami o wiele znaczniejszymi od drobnego szlachcica. Ulejski na swe nieszczęście zgłaszał pretensje do regimentarstwa - do czego miał zresztą pełne prawo, ale tylko na papierze; jego roszczenia oficjalnie potwierdziła Generalność, czyli ów konfederacki rząd emigracyjny (jak pamiętamy, był pierwszym obranym przez zjazd w Kole regimentarzem Wielkopolski). Rzecz skończyła się szybko i w sposób przykry. Sieroszewski zakuł podobno naszego bohatera w kajdany i spowodował, że ten w ogóle zrezygnował z udziału w ruchu i wrócił do domu. Notuje to z wyraźną złośliwością Jędrzej Kitowicz, dodając od siebie, iż "te drobne rzeczy wypisałem, aby czytelnik zrozumiał, jakie zamieszanie powodowało starszyzną konfederacji w kraju i jak ta mało dbała na powagę Generalności, siedzącej za granicą". Smutne, prawdziwe i jakże polskie!
ZESŁANIEC
Nie dane było jednak Ulejskiemu zażyć spokoju. Co prawda jego usunięcie się dawało mu teoretycznie gwarancję bezpieczeństwa. Byłych konfederatów obie strony zostawiały na ogół samym sobie. Ale oto w początku 1771 roku - tu znów powołujemy się na Kitowicza - gdy "usiadł cicho w domu... najechany od Moskalów, ścięty batogami i zrabowany do koszuli, od żony i od dzieci wzięty został pod tytułem rabusia komór i ceł publicznych i z innymi połapanymi tu i ówdzie konfederatami odesłany do Kamszatki, z której po uspokojonych rozruchach polskich powrócił do swego sołtystwa, z którego jako się na początku rzekło, wyszedł grać rolą wielkiego człowieka na wielkim świecie". Miał więc Ulejski wątpliwy zaszczyt zostać jednym z pierwszych polskich sybiraków... O dalszym jego życiu i śmierci nic nam już nie wiadomo.
ŻOŁNIERZ I OBYWATEL
Jako żołnierz Ulejski pozostawał jednym z najwybitniejszych, a jako obywatel niewątpliwie najwybitniejszym przywódcą barskim w Wielkopolsce do marca 1769 roku, czyli w pierwszym etapie walk. Odegrał rolę kapitalną i zapłacił za to wysoką cenę. Ponadto należy docenić jego liczne przymioty osobiste. Był na wskroś uczciwy, nie znał fanatyzmu religijnego, a cechy te łączył z wielkim talentem wojskowym. Umiejętnie dobierał żołnierzy, którymi potrafił następnie bardzo sprawnie dowodzić. Wiadomo, że rekrutował do swoich oddziałów przede wszystkim ubogą szlachtę i służbę szlacheckiego pochodzenia, to znaczy nieposesjonatów, rządców, ekonomów. Na dużą skalę zaciągał też chłopów, którzy stanowili podstawę jego przybocznej chorągwi regimentarskiej. Trzon jego partii był niewielki - liczył 370 jeźdźców, ale zdyscyplinowanych i skutecznych w działaniu. Wszyscy ci żołnierze byli dobrze uzbrojeni i umundurowani. Ulejski jako pierwszy docenił też przydatność piechoty i zorganizował oddział infanterii złożony również niemal w całości z chłopów. Sam Drewitz, który jako pogromca barzan był do nich bardzo krytycznie usposobiony (mawiał, że nie potrafią się bić, lecz tylko uciekają jak zające i największy problem, to jak ich dogonić) wystawił Ulejskiemu chwalebne świadectwo. Jako godnych siebie przeciwników wymieniał bowiem tylko Franciszka i Józefa Pułaskich, Józefa Bierzyńskiego i właśnie Ulejskiego. Dobrą opinię zachował Ulejski również u współczesnych i u towarzyszy broni. Generalność - w czasie, gdy już wycofał się z walk - tak go osądziła: "Wimćpan regimentarz Ulejski mężnymi i chwalebnymi akcjami, stoczonymi po tylekroć z nieprzyjacielem szczęśliwie utarczkami w Wielkopolszcze ac consequenter [jest] w narodzie naszym dostatecznie wsławiony". Badacz dziejów wielkopolskiej konfederacji, Wacław Szczygielski, przyznaje, że nie był może Ulejski "wielkopolskim Hektorem", ale "dał się poznać jako najbardziej pozytywny rycerz konfederacji barskiej i zdecydowanie postawić go możemy w jednym szeregu z najwybitniejszymi uczestnikami tego ruchu". Może jednak nie odmawiajmy Ulejskiemu zaszczytnego tytułu Hektora. A czy nie należałaby się temu bohaterskiemu człowiekowi, mieszkańcowi kcyńskiego powiatu, prócz wdzięcznej pamięci, także szkoła w Kcyni?
Jacek Kowalski
Pałuki nr 261 (8/1997)
Napisałem na podstawie: Wacław Szczygielski, Konfederacja barska w Wielkopolsce 1768-1770, Warszawa 1970; Dzieje Wielkopolski, t. I, Poznań 1969; Wielkopolski słownik biograficzny, Warszawa-Poznań 1981; Jędrzej Kitowicz, Pamiętniki czyli historia polska, Warszawa 1971
Inne teksty o konfederacji barskiej i Jakubie z Ul Ostoja Ulejskim:
Konfederacja Barska w okolicach Kcyni
S2UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze