Skutkiem nieostrożności bądź zaniedbania mogą być milionowe straty i bankructwo. – Za wybite sztuki dostajemy rekompensatę od państwa, ale dla przykładu za lochę płacą 1.200 zł kiedy jest warta mniej więcej 2.500 zł nie licząc prosiąt w brzuchu. One także są warte pieniądze – tłumaczy hodowca Piotr Mazalon.
Kujawsko-pomorscy hodowcy świń obawiają się rozprzestrzenienia w powiecie żnińskim ASF, czyli Afrykańskiego Pomoru Świń. To choroba, która dotyczy tylko świń i dzików. Wirus nie jest groźny dla ludzi oraz innych zwierząt, które jak psy, koty, czy kury go przenoszą. Za to jedyną metodą zwalczania jest wybicie i utylizacja stada łącznie ze zdrowymi osobnikami. Szczególny niepokój wyrażają rolnicy i hodowcy z gmin Janowiec Wielkopolski oraz Rogowo. Z racji sąsiedztwa z wielkopolskim powiatem gnieźnieńskim gdzie obowiązuje strefa czerwona (wystąpiły przypadki ASF) zaliczono ich do strefy niebieskiej, czyli nie narażonej na sankcje, ale poważnie zagrożonej.
TRANSPORT I INNE ZAGROŻENIA
Firma Hetman z Antoniewa w gminie Łabiszyn zajmuje się poubojową utylizacją i przewozi padlinę. – Obawiamy się, że przewożąc zdrowe i chore sztuki w tych samych ciężarówkach może dojść do rozprzestrzenienia choroby, a nas rolników narazi to na straty. Chcielibyśmy żeby powiatowy lekarz weterynarii nie wyraził zgody na taki transport. Przecież Hetman jeździ po całym kraju. Chore świnie np. z powiatu gnieźnieńskiego gdzie jest dużo ognisk ASF znajdą się w naszym województwie, które do tej pory unika pomoru – mówi Marcin Bereźnicki, przedstawiciel grupy Rolnicy Pałuk.
Jak ocenia działalność Hetmana prezes zarządu Dariusz Adamiak. Oto jego wypowiedź: - Świnie przewozimy na podstawie decyzji powiatowego lekarza weterynarii w Gnieźnie. Odbieramy raz lub dwa razy w tygodniu i przewozimy bezpośrednio na spalarnię. Tak dzieje się między innymi w zakładzie pośrednim a Antoniewie. Świnie nie są nigdzie gromadzone. My natomiast nigdy nie likwidowaliśmy żadnego ogniska ASF w odróżnieniu od innych firm w tym kujawsko-pomorskich. Jeżeli odbieramy, to jedynie na podstawie decyzji właściwego dla obszaru powiatowego lekarza weterynarii. Taka świnia z terenu zagrożonego przechodzi badania w kierunku ASF i wiemy, że jest zdrowa. Naprawdę nie pamiętam, aby jakaś firma z branży była kiedykolwiek przyczyną rozprzestrzenienia się ogniska ASF.
Hodowca świń, Piotr Mazalon z Flantrowa widzi inne zagrożenia dla swojego stada: - Jeżeli wybucha ognisko, to w promieniu kilometra maksymalnie szybko wybijane są wszystkie świnie. Taki przypadek mieliśmy niedawno w Ujeździe gmina Kiszkowo. Jednak nie wiadomo z jakiego powodu przerwano wybijanie. Przez takie nieświadome decyzje w tym rejonie jest już sześć ognisk. Przepisy narzucone przez weterynarię należy szanować. Proszę sobie wyobrazić, że ognisko wybucha u mojego sąsiada. Ja zostaje bez świń, a mam ich dzisiaj tysiąc w cyklu zamkniętym. Wartość stada, to około milion złotych nie licząc zboża, które jeżeli znajduje się w płaskim magazynie musi być spalone. Dostajemy rekompensatę od państwa, ale dla przykładu za lochę płacą 1.200 zł kiedy jest warta mniej więcej 2.500 zł nie licząc prosiąt w brzuchu. One także są warte pieniądze. Poza tym przez dwa miesiące nie wolno w ogóle zasiedlać świniarni jedynie sondażowo po 40 dniach i to kilka sztuk. Cykl od wprowadzenia loszek do pierwszych tuczników wynosi około roku, a w tym czasie nie ma jakichkolwiek przychodów. Tak więc, w moim przypadku ASF to ogromne problemy finansowe. Dla niektórych to bankructwo szczególnie przy dużym zadłużeniu stąd nasze obawy.
Okazuje się, że sprowadzenie do gospodarstwa choroby może być nieświadome. Podczas młócenia trafia się kość po chorym dziku rozwleczona po polu przez lisy. Wirus w szpiku kości zakażonego dzika żyje 930 dni. Jeżeli znajdzie się w słomie i trafi do świniarni stanowi śmiertelne zagrożenie. W takim przypadku żadna bioasekuracja zdaniem hodowcy nie pomoże. Lekarze weterynarii deklarują jej skuteczność w 99%, lecz jeden nadal pozostaje.
– Chorym przepisem jest dopłata do świń utrzymywanych na ściółce. Walczymy z pomorem, a agencja dopłaca rolnikom za hodowlę na ściółce. Bardzo złym pomysłem jest zaaprobowane przez ministra Roberta Telusa hodowanie świń na własne potrzeby, czyli z ograniczoną bioasekuracją. To strzał w kolano każdemu poważnemu hodowcy świń. Zwierzęta chodzą wtedy gdzie chcą i trzymane są tam gdzie rolnikowi pasuje. Bioasekuracja dla tych rolników jest zminimalizowana. U nich najczęściej wybucha ognisko ASF, ale straty ponoszą niewielkie ze względu na niewielką, dopuszczalną liczbę hodowanych sztuk. Straty dużego hodowcy są nieporównywalne i mogą prowadzić do bankructwa – dodaje Piotr Mazalon.
Więcej treści w najbliższym papierowym wydaniu Pałuk.
Cezary Kucharski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze