Proces, Jacek S., Wiesław Zajączkowski, Ryszard Szczęsny
Jeden blady, drugi czerwony i podniecony
- Widziałem, że pan Zajączkowski był podczas tego zdarzenia przy pisuarach bardzo blady, a pan S. taki... podniecony i czerwony na twarzy, ale usłuchał mnie, gdy interweniowałem i puścił pana Zajączkowskiego - powiedział Ryszard Szczęsny, jedyny świadek, który widział, co się działo w toalecie Gminnego Ośrodka Kultury w Gąsawie 18 października 2013 r., zaraz po sesji Rady Gminy.
Minął już niemal rok od wydarzeń na sesji i tuż po sesji Rady Gminy w Gąsawie, które teraz są tematem przewodu przed sądem karnym w Żninie. Przypomnijmy, iż rzecz dotyczy naruszenia nietykalności i gróźb karalnych, których - jak przedstawiła w akcie oskarżenia żnińska prokuratura - miał się dopuścić przedsiębiorca Jacek S. wobec radnego Wiesława Zajączkowskiego. Wyjaśnijmy, że radny Gąsawy i jednocześnie dyrektor Muzeum Archeologicznego w Biskupinie pozwolił nam posługiwać się pełnymi jego danymi personalnymi w relacji z procesu, w którym pełni rolę oskarżyciela posiłkowego.
W lipcu - o czym już informowaliśmy - sąd wysłuchał Wiesława Zajączkowskiego, który opowiedział, jak wyglądała sesja i wydarzenia po sesji 18 października 2013 r. w ośrodku kultury w Gąsawie. Radny powiedział, że Jacek S. groził mu wyrwaniem nóg z d..., dociskając przy tym jego osobę w publicznej toalecie do pisuaru, kiedy to Wiesław Zajączkowski próbował załatwić swoją potrzebę fizjologiczną. Oskarżony Jacek S. zaprzeczył na pierwszym posiedzeniu sądu tym oskarżeniom. Powiedział, że taka sytuacja nie miała miejsca.
W zeszły czwartek na kolejnym posiedzeniu sądu przesłuchano pierwszych 10 z 24 świadków w sprawie. W większości byli to radni gminy Gąsawa. Kluczowe były zeznania jednego z nich, który był bezpośrednim świadkiem zdarzenia z 18 października. Był to nestor gąsawskich samorządowców, 74-letni Ryszard Szczęsny, emerytowany leśnik, od 30 lat piastujący mandat rajcy w swojej gminie. Ryszard Szczęsny również pozwolił nam posługiwać się w niniejszym tekście swym nazwiskiem w pełnym brzmieniu.
Na salę rozpraw wszedł powolnym krokiem, ubrany w elegancki, ciemny garnitur. Siwe włosy zaczesane schludnie do tyłu, w postawie widoczny spokój, choć po pierwszych odpowiedziach na pytania sądu dało się usłyszeć w głosie Ryszarda Szczęsnego lekkie drżenie. Jak później nam wyjaśnił, nigdy dotychczas w swoim życiu nie był świadkiem zdarzenia, w którym naruszona została nietykalność osoby publicznej, jaką jest radny.
- Pan S. dostał wolny głos na sesji i pytał, dlaczego komisja wyjazdowa Rady Gminy wcześniej weszła podczas swojej pracy na teren jego posesji w Biskupinie, nie mając na to zgody. Później miał pretensje do pana Zajączkowskiego, że ten blokuje jego inwestycje w pobliżu rezerwatu archeologicznego. Jednak dokładnie tego nie słyszałem, bo moje miejsce przy stole obrad jest daleko od miejsca, z którego pytał pan S. Sesja się skończyła i udałem się do szatni po płaszcz. Szatnia znajdowała się po prawej stronie, a po lewej były toalety. W męskiej były drzwi otwarte i ja tam wszedłem. Słyszałem stamtąd taki szum. Przy pisuarach stał pan Zajączkowski. Pan S. wciskał go w te pisuary. Ja to widziałem, bo jak się wchodzi do toalety, to po jednej stronie jest umywalka, po drugiej sedesy, a wprost znajdują się pisuary. Pan S. trzymał pana Zajączkowskiego za klapy marynarki. Ja wiedziałem, że pan Zajączkowski jest po niedawnej operacji na otwartym sercu. Sam taką operację przebyłem i S. też wiedział o tej operacji poszkodowanego, bo było o tym głośno. Poza tym ojciec S. też miał kiedyś taką operację, więc oskarżony zdawał sobie sprawę, jaki wpływ na pana Zajączkowskiego może mieć takie zdarzenie. Widziałem, że pan Zajączkowski był podczas tego zdarzenia przy pisuarach bardzo blady, a pan S. taki... podniecony i czerwony na twarzy, ale usłuchał mnie, gdy interweniowałem i puścił pana Zajączkowskiego. Ja wziąłem pana Zajączkowskiego pod rękę i zaprowadziłem do stolika, gdzie siedzi zwykle prasa. Byli tam dziennikarze: pani Warda i pan Majszak [ci świadkowie również pozwolili nam posługiwać się w niniejszym artykule swoimi nazwiskami w pełnym brzmieniu - przypis kg], ale z nimi nie rozmawiałem wtedy na ten temat. Ja byłem zdenerwowany tą całą sytuacją. Mam 74 lata, nie jestem najlepszego zdrowia, podobnie poszkodowany, a oskarżony to mężczyzna w sile wieku i dużej postury. Dlatego poczułem zadowolenie, że udało mi się zapobiec wszystkiemu, gdy odprowadziłem pana Zajączkowskiego do stolika - mówił Ryszard Szczęsny.
Radny wrócił też w swoich zeznaniach do kolejnych wydarzeń, już na parkingu przed ośrodkiem kultury.
- Poszedłem do stołu obrad po dokumenty. Idąc powiadomiłem pana wójta i pana przewodniczącego Rady, Marka Maciejewskiego, że pan S. chciał pobić pana Zajączkowskiego. Oni to przyjęli ze zdziwieniem. Później poszedłem na parking i zobaczyłem, że S. szarpie drzwiami samochodu pana Zajączkowskiego, który siedzi w środku. Zdziwiłem się, ponieważ myślałem, że już między nimi wszystko jest w porządku. Z przodu byli pani Warda i pan Majszak i widziałem, jak robią zdjęcia uczestnikom tej sytuacji. To trwało chwilę - drzwi samochodu na przemian otwierały się i zamykały - powiedział radny Ryszard Szczęsny.
Pełnomocnik oskarżonego pytał, czy według świadka oskarżony coś mówił podczas zdarzenie w toalecie. Radny pamięta, że na pewno padło z ust S.: załatwię cię. Pozostałych słów świadek już nie pamięta.
Przesłuchano kilku kolejnych radnych gminy w charakterze świadków. Blisko rok temu podpisywali się oni na nieformalnej, stworzonej spontanicznie liście nazwisk potwierdzających całe zdarzenie. Rajcy podpisywali się na tej liście w geście protestu, na znak, że są przeciwni tego typu postępowaniu, jakiego dopuścił się Jacek S. wobec ich kolegi radnego. Jednak później, gdy emocje już opadły, wszyscy przyznali, że tak naprawdę nie są świadkami, bo nie widzieli zdarzenia na własne oczy, a jedynie poznali je z relacji Ryszarda Szczęsnego czy też Wiesława Zajączkowskiego. Przyznał to w późniejszej rozmowie z nami wezwany w ostatni czwartek przed sąd w charakterze świadka Marek Maciejewski, przewodniczący Rady Gminy w Gąsawie (również zezwolił nam podać swoje nazwisko w relacji z procesu w pełnym brzmieniu.
Było tylko jeszcze dwoje świadków, którzy o tej sprawie cokolwiek wiedzieli z bezpośredniej obserwacji: radna Maria Warda (pracuje również jako dziennikarz) i reporter Arkadiusz Majszak. Ich jednak wiedza sprowadzała się tylko do spostrzeżeń poczynionych po sesji, a konkretnie na parkingu. Obydwoje przyznali, że widzieli, iż Jacek S. nie pozwalał Wiesławowi Zajączkowskiemu przez dłuższą chwilę odjechać z parkingu. Jacek S. otwierał drzwi auta, a Wiesław Zajączkowski próbował je zamknąć i odjechać. Reporterzy wykonali zdjęcia, uznając, że ich powinnością jest udokumentowanie tych wydarzeń. Poza tym Maria Warda zeznała, iż oskarżony podczas przerw w sesji Rady Gminy
18 października ub.r. zachowywał się nienaturalnie, ingerując w przestrzeń osobistą Wiesława Zajączkowskiego. Starał się być cały czas blisko niego.
W charakterze świadka sąd wysłuchał też w czwartek Tomasza Sz., przedsiębiorcę. Ten nie widział wprawdzie wydarzeń, które są przedmiotem sądowego przewodu, ale przyznał, że zna całą historię wieloletniego konfliktu między stronami. Tomasz Sz. powiedział, iż o zdarzeniu dowiedział się od samego oskarżonego, który stwierdził, że zarzuca mu się wypowiadanie groźby odcięcia przyrodzenia Wiesława Zajączkowskiego. Oskarżony zapewniał Tomasza Sz., że nic takiego nie miało miejsca. - Oskarżonego znam osobiście od 2 lat i uważam, że jest normalnym przedsiębiorcą, który chce prowadzić swoje interesy w spokoju. Wcześniejsze moje zdanie o oskarżonym polegało jedynie na złych opiniach, które wypowiadał w rozmowach ze mną dzisiejszy oskarżyciel posiłkowy. Ja osobiście nie słyszałem, by pan S. źle się wypowiadał czy groził panu Zajączkowskiemu - mówił Tomasz Sz.
Inną osobą spoza Rady Gminy w Gąsawie, która przesłuchana została w charakterze świadka, był Piotr S., brat oskarżonego. - Sprawę znam z relacji brata i rozmawiałem także z panem Zajączkowskim. Od brata dowiedziałem się, że jest oskarżony o jakąś próbę wypowiedzenia czegoś w stosunku do pana Zajączkowskiego. Brat powiedział, że wtedy chciał do toalety, a tam doszło do rozmowy między nim i oskarżycielem. Brat mi nie mówił, o czym rozmawiał z panem Zajączkowskim i też dokładnie nie pamiętam, na jaki temat. Nic więcej nie wiem. Pan dyrektor muzeum w Biskupinie powiedział mi, że między nim i moim bratem doszło do szorstkiej rozmowy i większych szczegółów w tej relacji nie było. Rozmawiałem też z innymi ludźmi, którzy jednak nie byli bezpośrednimi świadkami. Rozmawiałem z mieszkańcami Gąsawy i podchodzili oni do tego banalnie - powiedział Piotr S.
Na kolejne posiedzenie w tej sprawie w październiku sąd zamierza wezwać czternastu następnych świadków.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1179 (38/2014)
Więcej na ten temat:
Radny wpychany do pisuaru
Zarzut oskarżonego: świadkowie się namawiają
Groził dyrektorowi muzeum
Uciąć jaja: jedno to powiedzieć, drugie - zrobić
Kluczowy świadek znów wezwany
Jacek S. skazany
Zamiast zawieszenia - grzywna
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze