Urodzony w Posługowie koło Janowca Wlkp. ks. Tadeusz Hoppe, z własnego wyboru wyjechał do sowieckiej Odessy, gdzie komunistyczny, bezwzględny reżim metodycznie walczył z Bogiem, kościołem i religią. Tam, jako jedyny kapłan katolicki prowadzący jedyną w promieniu setek kilometrów parafię, na przekór wszystkim i wszystkiemu, każdego dnia realizował misję, krzewił gorliwą wiarę, udzielał sakramentów, był oparciem dla parafian i wymagającym od siebie i innych nauczycielem. Dla Ukraińców stał się legendą jeszcze za życia.
Ks. Tadeusz Hoppe przyszedł na świat we wsi Posługowo w gm. Janowiec Wlkp. 27 czerwca 1913 r. jako najmłodszy z dziesięciorga potomstwa Wojciecha i Marianny (z domu Szczodrowskiej).
Pierwszym miejscem, do którego udaliśmy się w poszukiwaniu jego śladów była parafia pw. św. Jana Chrzciciela w Kołdrąbiu. Nowonarodzony Tadeusz został w niej ochrzczony najprawdopodobniej już w pierwszych dniach swojego życia. Oprócz zabytkowego filaru chrzcielnicy, nad którą polany przez kapłana wodą święconą przyjął sakrament inicjacji chrześcijańskiej, nie zachowało się nic, co mogłoby przybliżyć nam jego postać. Proboszcz ks. Jan Brończyk przyznał, że niedługo po objęciu parafii musiał przekazać archiwalne księgi chrzcielne do Kurii.
Na lekcjach katechezy, które prowadzi w pobliskiej szkole, wyświetla natomiast swoim uczniom ponad dwudziestominutowy film dokumentalny włoskiej produkcji Don Hoppe, chcąc aby mieli świadomość, że tak ważna osobowość pochodzi z ich regionu.
Z Kołdrąbia udaliśmy się do położonego zaledwie kilka kilometrów dalej Posługowa i domu rodzinnego ks. Tadeusza, gdzie od wielu lat mieszka jeden z jego ostatnich najbliższych krewnych - bratanek Romuald Hoppe. Niestety, również w tym miejscu pamięć nieuchronnie zatarł czas. Romuald Hoppe urodził się, kiedy jego wuj był już poza granicami kraju i wie o jego dokonaniach głównie z opowieści nieżyjących rodziców.
Cennym źródłem informacji okazali się księża z Ukrainy, a mianowicie biskup rzymskokatolickiej diecezji kijowsko-żytomierskiej Vitalii Kryvytskyi, który pomógł nam poznać ks. Tadeusza, zarówno jako duchownego, ale przede wszystkim człowieka. Człowieka, który - co należy podkreślić - na Ukrainie stał się postacią historyczną oraz księdzem, który przeszedł do legendy.
Biskup Kryvytskyi w wieku nastoletnim został ochrzczony przez ks. Hoppe, który następnie udzielił mu sakramentu I Komunii Św. Potajemnie odbywał u niego nowicjat do Zgromadzenia Salezjańskiego i na jego ręce składał pierwsze śluby zakonne. - Jestem z nim bardzo związany. Znałem go od 1988 r. do samej śmierci. Najbardziej wychowywał mnie swoją postawą, swoją reakcją na niektóre rzeczy. Jego oddanie się Bogu, kościołowi było dla mnie bardzo budujące i ważne w kształtowaniu powołania - przyznał w rozmowie z Pałukami.
Dzięki Michałowi Werkowskiemu - zastępcy burmistrza Janowca Wlkp., który mieszka w Kołdrąbiu i interesuje się historią regionu, udało nam się ponadto dotrzeć do siostrzenicy księdza Tadeusza - Lidii Kierzkowskiej z Gdańska. Jest córką jednej z sióstr prałata - Czesławy. Kontakt z ukochanym wujciem utrzymywała regularnie do ostatniego dnia jego ziemskiej drogi. Wielokrotnie odwiedzała go w Odessie w towarzystwie synów i zmarłej w ubiegłym roku siostry Barbary.
Dzieciństwo w Posługowie
Powróćmy do czasów młodości bohatera naszego artykułu. Uczęszczał do szkoły podstawowej w Janowcu. - Wiem, że interesowała go motoryzacja i fizyka. W Wilnie najprawdopodobniej studiował fizykę, ale nie ukończył jej z powodu wybuchu wojny. Jego starszy brat Julian od małego chciał zostać księdzem i tak też się stało, natomiast wujcio od dzieciństwa był bardzo rozmodlony, jednak decyzję o kapłaństwie podjął później - usłyszeliśmy od Lidii Kierzkowskiej.
Młody Tadeusz (wspólnie z bratem) służył jako ministrant w kościele w Kołdąbiu. Jego rodzina była oczytana, szczególnie wierząca i praktykująca. Szanowano ją w całej okolicy. Z wiedzy pani Lidii wynika, że ojciec przyszłego prałata pełnił funkcję sołtysa Posługowa i był dobrze prosperującym gospodarzem. Miał mieć duży wkład w odbudowę kołdrąbskiej świątyni po jej spaleniu (doszło do tego w 1889 r.). Angażował się w zbieranie datków na jej ponowne wzniesienie.

Jego najmłodszy syn również nie miał problemów ze wzbudzaniem autorytetu wśród rówieśników, nawet we wczesnych latach dzieciństwa. Podczas jednej z katechez, które odbywały się w kościele, ówczesny proboszcz musiał na chwilę wyjść, zostawiając uczniów samych. - Chłopcy, jak to chłopcy zaczęli rozrabiać. Wujcio wszedł na ambonę i zaczął do nich prawić. Zapanowała cisza, słuchali go zupełnie się nie odzywając. W tym czasie wrócił proboszcz i wszystko to zauważył. Po kilku dniach odwiedził rodziców Tadeusza i opowiedział im o tej zabawnej sytuacji, nie dowierzając, że miał aż taki posłuch wśród kolegów, którzy stali się potulni jak baranki - przekazała nam pani Lidia, bazując na opowiadaniach mamy.
Z Wielkopolski na Wileńszczyznę
Jako nastolatek (krótko przed osiągnięciem pełnoletności) Tadeusz postanowił związać swoje życie z kościołem, podobnie jak jego starszy brat Julian. W 1930 r. rozpoczął naukę w Małym Seminarium Synów Maryi w miejscowości Ląd nad Wartą. Trzy lata później wstąpił do nowicjatu salezjańskiego w Czerwińsku nad Wisłą. Jego zwieńczeniem było złożenie pierwszych ślubów zakonnych. Studia filozoficzne odbył w Marszałkach, zaś praktykę duszpastersko-wychowawczą w Jaciążku. Zakończył ją w 1939 r.

Kilka kolejnych lat życia spędził w Wilnie. Jego domem stał się dom salezjański, a kierunkiem studiów teologia. 24 stycznia 1943 r. w bazylice archikatedralnej św. Stanisława Biskupa i św. Władysława w Wilnie przyjął święcenia kapłańskie z rąk arcybiskupa Miečislovasa Reinysa. Mszę św. prymicyjną odprawił nazajutrz w kaplicy Cudownego Obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej.
Posługę duszpasterską zainaugurował w kościele salezjańskim pw. Opatrzności Bożej, z którego (z powodu braków kadrowych) bardzo szybko skierowano go do parafii w Rudnikach. W latach 1947-1958 jego parafiami były kolejno: Soleczniki Wielkie, Kalwaria Wileńska i Ławaryszki.
W paszczę lwa
Grudzień 1958 r. był przełomowym momentem w życiu czterdziestokilkuletniego ks. Hoppe. Na własną prośbę został skierowany w paszczę lwa - do Odessy. Co prawda od 1944 r. Wileńszczyzna także znajdowała się pod bolszewickim panowaniem, zamykano kościoły, prześladowano księży i katolików, jednak kilkanaście lat represji społecznych to co innego, niż kilkadziesiąt - a przez tyle czasu w Odessie eliminowano kościół, religię i wszystko to, co świadczyło o istnieniu Boga.
W tym miejscu rozpoczęła się jego 45-letnia misja, która trwała nieprzerwanie aż do śmierci. Młody salezjanin zajął miejsce ks. Witolda Bronickiego. Jako jedyny w półmilionowym, portowym mieście kapłan katolicki objął maleńką świątynię pod wezwaniem św. Piotra i stworzył w niej wielopokoleniową wspólnotę parafialną opartą o wiarę katolicką, podtrzymującą tradycje chrześcijańskie. Już podczas pierwszego odprawionego nabożeństwa oświadczył wiernym, że zamierza zostać w Odessie na stałe.
Był po wielokroć inwigilowany i stosowano wobec niego represje. Pomimo tego dążył do celu, wykazując się sprytem i zręcznością. - Donoszono na niego wiele razy. Musiał tak przepowiadać Ewangelię, tak służyć Bogu, żeby nie sprowokować władzy sowieckiej. Mógł w każdej chwili zostać deportowany na Syberię albo zginąć na miejscu. Potrafił być ustępliwy w stosunku do rządzących, bo wiedział, że w ten sposób wygra więcej - wygra wolność religijną. Przez cały czas wygłaszał kazania po polsku (twarzą zawsze zwrócony do ołtarza). To była jedna z jego taktyk. Sam osobiście mówił mi o tym, że zna księży, którzy przepowiadali po ukraińsku lub po rosyjsku i bardzo szybko kończyli na Syberii. Niezwykle dużo czytał. Dostarczano mu materiały homiletyczne w okładkach od innych książek, np. Puszkina, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Był też przebiegły - w dobrym tego słowa znaczeniu. Kiedy służby pytały się go skąd czerpie wątki w swoich kazaniach, odpowiadał, że z gazety „Republika”, którą kupuje w radzieckim kiosku. Była to jedyna gazeta komunistyczna, posiadająca na ostatniej stronie komentarz do niedzielnej Ewangelii. Pokazywał całą stertę tych gazet i zawsze mu się udawało - wspomina biskup Vitalii Kryvytskyi.
Zapamiętał ponadto sięgającą zaledwie do pasa sutannę ks. Tadeusza. Ubierał ją zawsze wtedy, kiedy musiał dostać się z posługą do wiernych poza teren kościoła. W długiej szacie duchownego nie mógł nawet na krok wyjść przed kościelne ogrodzenie - byłoby to traktowane jak propaganda religijna. Dla niepoznaki okrywał się płaszczem. Komunikanty dla chorych przenosił w papierośnicy. Chował ją do górnej kieszeni przy sercu. - Kiedyś wziąłem ją ze sobą na rekolekcje do Polski i pokazałem ludziom. Widziałem jak płakali i byli wzruszeni, kiedy ją zobaczyli i dowiedzieli się w jaki sposób Chrystus Eucharystyczny docierał do wiernych w czasie prześladowań - kontynuował biskup.
Oprócz posługi w kościele pw. św. Piotra dojeżdżał do Kijowa i Kiszyniowa w Mołdawii, a dodatkowo latał na Kaukaz i Syberię, pokonując ogromne dystanse (nawet 2.000 km w jedną stronę). - Ksiądz Hoppe w latach 70. zakładał pierwszą parafię katolicką w Kijowie - to przecież odległość ponad 400 km. Tutaj w Kijowie, gdzie teraz jestem wiele starszych osób nadal pamięta księdza, jako tego, który chrzcił, spowiadał i przyjeżdżał do nich w co drugą niedzielę - podkreślił nasz rozmówca. Z opowiadań wie, że ks. Tadeusz nabożeństwa odprawiał na peryferiach miasta, w małej chatce. Wiernych regularnie przybywało, i z czasem nie mieszcząc się już w jej wnętrzu, musieli stać na dworze. Postanowił w związku z tym dobudować osłaniającą od deszczu, wiatru, śniegu lub palącego słońca werandę. Kiedy dowiedziały się o tym służby KGB, kazały mu ją niezwłocznie rozebrać, co też uczynił. Wiedział, że jeżeli tego nie zrobi, zagrożona będzie cała parafia. Działał więc strategicznie - podporządkowywał się administracyjnym poleceniom władzy, aby nie zaszkodzić trwaniu wspólnoty. Opiekował się kijowską parafią niemal do końca lat 80.
Był bardzo zapracowany. I bardzo wymagający. Wymagał zarówno od siebie, jak i od innych. - Był człowiekiem stanowczym i jednocześnie bardzo miłosiernym. Bardzo dużo wymagał, ale też jako ojciec przyjmował tak zwanego syna marnotrawnego zawsze z powrotem. Robił to z wielką miłością. Był człowiekiem, który nauczył się pracować w bardzo trudnych warunkach. Był też człowiekiem rozmodlonym - kontynuował biskup.

Izba pamięci
Od początku swojego pobytu w Odessie zamieszkał w przykościelnym pokoju w piwnicy, który po jego śmierci stał się miniaturowym muzeum, pełnym namacalnych wspomnień. Zostało oficjalnie otwarte i poświęcone przez ks. Bronisława Biernackiego w pierwszą rocznicę śmierci ks. Hoppe, 10 listopada 2004 r. Funkcjonuje do tej pory, nienaruszone trwającą wojną. Znajduje się tam m.in. kielich, patena i relikwie św. Hieronima - unikalny dar papieża Pawła VI, nagrody, medale, korespondencja czy fotografie. - W pokoiku wszystko pozostało tak, jak było. Jego rzeczy rozłożone na półkach, maszyna do pisania, biurko i wiele innych. Słyszałem niestety, że podczas jednych z odwiedzin przez grupę z Polski, zniknął Krzyż Komandorski wręczony księdzu przez Prezydenta RP - nie ukrywał duchowny. Odznaczenie za wybitne zasługi w działalności polonijnej pochodziło z 1992 r.
Biskup wspomina, że zgodnie z panującymi wówczas zasadami ks. Hoppe nie powinien mieszkać w podziemiach świątyni. Otrzymał mieszkanie od władz niedaleko kościoła, jednak uznał, że nie będzie z niego korzystał - chciał być dostępny dla parafian o każdej porze dnia i nocy. W pokoju w piwnicy trzymał klatkę z ptakami - oprócz tego, że lubił zwierzęta, stanowiła zasłonę dla KGB. Gdyby został przyłapany, że nie mieszka tam, gdzie mu nakazano, mógłby dla dobra sprawy wyjaśnić, że właśnie przyszedł nakarmić i napoić ptaszki. - Ziemia mogła się zatrzymać, meteoryt spaść, a sakramenty musiały być udzielone. To było dla niego najważniejsze - podkreślił biskup Vitalii Kryvytskyi.
Z wizytą w kraju
W 1965 r. ksiądz Tadeusz, po wielu latach pobytu za granicą, po raz pierwszy i ostatni, na krótki czas przyjechał do Polski. Zatrzymał się w Sarbinowie Drugim, gdzie mieszkała jego siostra Zofia. Z tej okazji zorganizowano radosne spotkanie z najbliższą rodziną i rodzeństwem. Jego rodzice - Marianna i Wojciech - już nie żyli. Matka zmarła w 1949 r., a ojciec w 1957 r. Spoczywają na kołdrąbskim cmentarzu. - Kiedy przebywał jeszcze na wileńszczyźnie tamtejsze władze nie pozwoliły mu przyjechać do Polski pożegnać rodziców, pomimo wielu słanych tam telegramów. Nie dostał zezwolenia i nie uczestniczył w ich pogrzebach - wspomina Lidia Kierzkowska.
Oprócz rodziny odwiedził wówczas Częstochowę, Kraków, Gdańsk, ale też prymasa Polski ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego, który doceniał jego działalność duszpasterską w Odessie i podziwiał prezentowaną postawę. W 1970 r. kardynał obdarzył go godnością prałata.
Jaki był
Ks. Tadeusz Hoppe cieszył się wielkim autorytetem wśród ukraińskich wiernych - bardzo liczyli się z jego zdaniem i z namaszczeniem traktowali indywidualne błogosławieństwa. Był poważany przez duchownych prawosławnych i ormiańskich, dbał o poprawne relacje z Cerkwią. - Kiedy spotkałem się z jednym z duchownych prawosławnych usłyszałem takie zdanie: „Dla nas ksiądz Hoppe zawsze był wysoką klasą z wyczyszczonymi butami” - zacytował biskup. Był ogólnie znany w całej Odessie. - Proszę sobie wyobrazić miasto, które ma milion mieszkańców. A kiedyś do kościoła przyniesiono list, na którym napisano tylko „Odessa. Księdzu Hoppe”. To wiele mówi. Nie potrzebny był nawet adres - dodał.
Lubił ludzi. W kontaktach z młodzieżą wykazywał się salezjańską charyzmą. Co ciekawe - do końca lat 80. nie zdradził nikomu, że jest salezjaninem. Robił to rzecz jasna z ostrożności przed sowieckim reżimem. Pierwszy raz w pełni otworzył się na prawdę w 1988 r. podczas 100-lecia śmierci św. Jana Bosko. - Od tego czasu zaczęły się nabożeństwa do księdza Bosko, modlono się za młodzież. Już pachniało wiosną, wtedy odczuliśmy odwilż - podkreślił biskup.
Zapamiętał, że dzieci i młodzież spowiadający się u ks. Hoppe zawsze odchodzili od konfesjonału z podarunkami w postaci medalika, różańca, obrazka lub choćby cukierka. Jego konfesjonał odrobinę przypominał kiosk - na ścianach znajdowały się kieszonki z płótna, gdzie przechowywał wszystkie te drobiazgi. - Odczuwało się w tym wielką miłość. Wczuwał się w życie każdego, wiedział co jest komu potrzebne - ocenił nasz rozmówca.
Nieodłącznym elementem konfesjonału był też ciepły koc. Okrywał nim obolałe nogi. W czasach wileńskich jedna z nich ucierpiała w wypadku - miało dojść do amputacji kończyny. Nie zgodził się na to, uznając, że kaleki ksiądz będzie niewystarczający w realizowaniu bożego planu. Na szczęście wyzdrowiał, choć przewlekłe bóle towarzyszyły mu już do końca życia. - Był wtedy najprawdopodobniej klerykiem. Dostał się w szpony Niemców podczas okupacji, którzy wywieźli go do fabryki amunicji. Niefortunnie na jego nogę spadła olbrzymia skrzynia, miażdżąc ją. Nie wyobrażał sobie, że zostanie księdzem bez nogi. Ponieważ nigdy nie rozstawał się z różańcem, odmawiał kolejne dziesiątki modląc się o łaskę uzdrowienia. Różaniec schował pod poduszkę i przypadkiem odnalazła go niemiecka lekarka. Wyznał jej wtedy, że jest księdzem. Pomogła mu dojść do siebie, podając antybiotyki. Wystawiła również skierowanie na rehabilitację, doradzając ucieczkę. W przeciwnym razie zostałby ponownie zamknięty w fabryce - doprecyzowała pani Lidia.
Każda rozmowa z księdzem prowadziła do Boga, obojętnie jak bardzo odległego tematu dotyczyła. Biskup rzymskokatolickiej diecezji kijowsko-żytomierskiej podkreśla jednak, że w żadnym wypadku nie należy tego utożsamiać z dewocją. Przekazywane mądrości były zawsze wartościowe i nad wyraz głębokie. Był dobrym doradcą, dyplomatą, spowiednikiem i ojcem - tak go nazywano.
Dla ks. Hoppe liczyły się wszelkie religijne symbole, a także ornaty, które dobierał niezwykle starannie, dopasowując je nawet do kazania. - Jako ministranci byliśmy w niego po prostu wpatrzeni i zastanawialiśmy się, co dzisiaj wymyśli, co zrobi, jakiego gestu użyje. Bywał też bardzo rygorystyczny. Kiedy odbywałem u niego nowicjat, pamiętam, że czasem przychodziłem do domu i płakałem. Jeśli z jakiegoś powodu spóźniłem się rano, demonstracyjnie spojrzał na zegarek i już wtedy wiedziałem, że będę miał trudny dzień. Wiedział od kogo może wymagać, a komu powinien pobłażać. Bardzo dbał o porządek - wspomina ukraiński biskup.
Wyzwolenie i kres
W Odessie ks. Tadeusz doświadczył upadku Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, odzyskania wolności Ukrainy i wolności kościoła. Ogromnym sukcesem było zwrócenie w 1991 r. przez rząd ukraiński zamienionej na salę gimnastyczną katedry pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, o co usilnie zabiegał wspólnie z wiernymi.
Pomimo sędziwego wieku był cały czas aktywny, stawiając duszpasterstwo na pierwszym miejscu. - „Wujciu, ty już jesteś po osiemdziesiątce, a tak ciężko pracujesz”, mówiłam do niego. Odpowiadał: „Dziecko, dostaję wezwanie, że ktoś umiera w szpitalu i muszę jechać. To moje zadanie” - podobnych stwierdzeń pani Lidia usłyszała znacznie więcej. Po dziesiątkach lat samotnej działalności doczekał się jednak momentu, kiedy dołączyli do niego inni salezjanie. Stanowiło to dla niego duże wsparcie.
Ks. Tadeusz Hoppe zmarł 10 listopada 2003 r. w Odessie po sześćdziesięciu latach kapłaństwa. Przeżył 90 lat. Żegnało go pięciu biskupów oraz siedemdziesięciu księży. Zgodnie ze swoim życzeniem został pochowany w kwaterze księży katolików na polskiej nekropolii. - Byłyśmy wspólnie z siostrą na jego niezwykle uroczystym pogrzebie. Informowała o nim nawet tamtejsza telewizja. Olbrzymi pochód przeszedł ulicami miasta, żegnały go tłumy. Był kapłanem bardzo lubianym, pogodnym, wiarygodnym. Był też polskim patriotą, bardzo kochał Polskę i bardzo za nią tęsknił - podkreśliła w rozmowie z gazetą siostrzenica prałata.
Justyna Kulpińska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze