Reklama

Karnawałowe psikusy. Historie z przedwojennego Żnina

Cichy, prowincjonalny, małomiasteczkowy przedwojenny Żnin, ożywiał się w okresie karnawału. Lokalne stowarzyszenia i organizacje m. in. Towarzystwo Sokół, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, Ochotnicza Straż Pożarna organizowały publiczne zabawy. Odbywały się także bardziej ekskluzywne bale karnawałowe, na których bawili się zamożni kupcy, rzemieślnicy, lekarze, adwokaci, ziemianie, aptekarze i nauczyciele, jednym słowem - pałucki high life.

Karnawałowe szaleństwa najczęściej odbywały się w Domu Polskim przy ul. Pocztowej (dziś mieści się tam Żniński Dom Kultury) oraz w sali pani Woźniakowej przy Rynku, gdzie w drugiej połowie lat trzydziestych prowadził restaurację "Wielkopolanka" Jan Wilhelm, a obecnie po przebudowie znajduje się tam zakład usługowo-produkcyjny Spółdzielni Inwalidów im. J. Dąbrowskiego.

O niektórych karnawałowych szaleństwach wspominał nieżyjący już, śp. Wielki Łowczy Powiatowy - Leon Turostowski, myśliwy zapalony, a przed wojną młodzian nader urodziwy, który z przyjaciółmi i ze znajomymi dziewczętami, uczestniczył w licznych karnawałowych zabawach.

Reklama

Opowiedział mi, podczas naszych wspólnych, pieszych, łowieckich wędrówek wzdłuż brzegów jezior żnińskich, o zabawnym incydencie, który zdarzył się podczas karnawałowego balu maskowego (tak, tak, w przedwojennym Żninie odbywały się takie imprezy), zorganizowanym "dla wszystkich", we wspomnianej sali p. Woźniakowej.

Bawiono się doskonale, uczestnicy przybyli nie rozpoznawani w najróżniejszych kostiumach. Przygrywała amatorska orkiestra, w której prym wiedli (nieżyjący już dziś) - pianista Aleksander Mełkai skrzypek niezrównany Zdzisław Nowacki. Tańczono przede wszystkim walce, tanga, ale co odważniejsze pary, podrygiwały w takt modnego już wówczas w Żninie fokstrota i charlestona. Wesołość bawiących się wzbudzała frywolność pana Mełki, który rytmicznie uderzając palcami dłoni w klawiaturę instrumentu grał tzw. przerywniki, zwracał twarz w kierunku bawiących się i gromkim głosem przyśpiewywał: "hu, sa, sa, hu, sa, sa - wyciągnij k...a", a często widocznie nie zadowolony z menu serwowanego orkiestrze śpiewał żałośnie: "oj, laboga, siedem pyrków, sosu mało - ale sknera Woźniakowa". Około północy, tuż przed dekonspiracją bawiących się, pojawiła się na sali postać postury słusznej, przebrana za duży, kaflowy piec. W przerwach tańca, osobnik ów podchodził do stolików. Otwierały się dolne drzwiczki, z których wysuwała się odziana w białą rękawiczkę dłoń, częstująca na tacce czekoladowymi cukierkami. Oczywiście, że chętnych na łakocie nie brakowało. Opychano się do woli pomadkami. Skutki łakomstwa okazały się fatalne, gdyż czekoladki nadziane były silnie działającym środkiem na... przeczyszczenie żołądka. A wygódki niestety znajdowały się w odległym końcu podwórka. Nie każdy więc tam w porę zdążył. Można sobie tylko wyobrazić co się działo. Prysnął jak bańka mydlana urok balu maskowego. A dowcipniś ten zdołał wyskoczyć z pieca i salwując się udaną ucieczką umknął w ciemnościach nocy w siną dal. Został on niezidentyfikowany, choć o ten kawał posądzono jednego z synów dziedzica, właściciela majątku położonego na skraju powiatu żnińskiego.

Reklama

Tu mała dygresja nawiązując do tej opowieści, nieodżałowanego L. Turostowskiego. Wiele lat później, już po wojnie, w latach pięćdziesiątych, w ubogim Mięcierzynie odbywała się, jak to się wówczas określało, nie karnawałowa, ale ludowa zabawa. Do wiejskiej świetlicy przybył młody mieszkaniec wsi, nazwiskiem rozpoczynającym się na S (nota bene żyje on do dziś) i nawiązując widocznie do faktu wyżej opisanego, hojnie częstował dziewczęta cukierkami tzw. raczkami, z których uprzednio "wydmuchał" słodkie nadzienie, a w to miejsce wsypał proszek stosowany przez rolników na wzmożenie popędu płciowego u... macior. Żartowniś ten zawiódł się srodze, gdyż żadna z wiejskich dziewoi nie okazywała spodziewanego przez młodzieńca podniecenia. Natomiast niektóre dziewczęta, które zjadły z apetytem ten podstępnie spreparowany cukierek rozchorowały się. Sprawą zainteresowała się milicja i jej epilog nastąpił przed sądem, który skazał mięcierzyńskiego Don Juana na jeden rok więzienia.

Oczywiście szaleństwa karnawałowe w przedwojennym Żninie odbywały się nie tylko w salach zabawowych, ale także na wolnym powietrzu. W zasadzie w karnawale Małe Jezioro Żnińskie było zamarznięte, więc modna była ślizgawka. Na łyżwach jeździli wówczas starzy i młodzi. Byli naprawdę wśród nich doskonali łyżwiarze. Między innymi kręcąca wspaniałe piruety, figurowa łyżwiarka Janina Derechównaoraz holendrujący, rysujący na lodowej tafli kunsztowne ósemki - Leon Świtalski świetny panczenista p. Bocheński. A młodzież co bardziej uboga, ujeżdżała tylko na jednej łyżwie lub saneczkach, na których stojąc odpychało się zakończonym ostrzem kijem, tzw. kosturem. I była na lodzie fajna zabawa. Przy brzegu stali obserwatorzy, jak byśmy dziś określili podrywacze - przedstawiciele żnińskiej złotej młodzieży, z lokalnym elegantem i przystojniakiem p. Purczyńskim (synem tego "Purty" z ul. Bydgoskiej co handlował kozami) i wypatrywali dziewcząt. Miał on nowość na owe czasy, nakręcany korbką walizkowy patefon. Stawiał go na pryzmie zmarzniętego śniegu, z nabożeństwem nakręcał mechanizm, nakładał w membranę stalową igłę i z płyty gramofonowej polskiej firmy "Syrena", płynęła piękna, smętna melodia modnego wówczas tanga - "Milonga".

Reklama

A nad jeziorem z wolna zapadał zmrok. Zachodni horyzont rozjaśniała zorza, zachodzącego czerwono słońca, a p. Juchniewiczowa, która w lecie sprzedawała lody, a w zimie przybywała nad jezioro z ręcznie pchanym wózkiem z termosami - bawiącym się na lodzie serwowała gorącą herbatę nieraz tą mocniejszą, "z duchem"...

Ach - łza się w oku zakręci na wspomnienie tych zabaw. Nie ma już wśród żywych wielu głównych autorów opisanych wydarzeń. Nie ma też poczciwej, życzliwej wszystkim niewiasty, która w lecie ochładzała, a w zimie rozgrzewała mieszkańców miasteczka, popularnej "Juchniewiczki".

Reklama

Aby ma relacja była pełniejsza, dodam, że w okresie karnawału odbywały się także w Żninie liczne imprezy teatralne. Zachował się w mych zbiorach afisz sprzed ponad sześćdziesięciu lat, który zaprasza mieszkańców Żnina do sali p. Woźniakowej, do obejrzenia "Teatru Rewii", który 6 marca 1931 r. o ósmej wieczór zaprezentuje swój super program (jak widać z reprodukcji afiszu, zapowiadały się także mrożące w żyłach krew atrakcje).

Stanisław Czabański
Pałuki nr  53 (5/1993)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości