Były przewodniczący rady nadzorczej, były p.o. prezes spółki komunalnej WiK, jedna z tych osób, które pracowały przy audycie przeprowadzonym w WiK na przełomie 2015/2016 roku miał być pierwszym świadkiem przesłuchanym przez sąd w sprawie, która jest następstwem tego audytu. Michał N. jednak nie pojawił się w zeszłą środę w sądzie w Żninie. Za to sędzia mógł przesłuchać innych świadków.
Andrzej T. - były kierownik działu wody w Zakładzie Wodociągów i Kanalizacji WiK w Żninie oraz Bogdan C. i Ryszard G. - nadal pracownicy tej firmy, zasiadają na ławie oskarżonych w sprawie, która toczy się przed Sądem Rejonowym w Żninie. Prokurator Wojciech Jabłoński oskarżył ich o wspólne i w porozumieniu działanie na szkodę spółki, która poniosła w wyniku tego straty w wysokości 91.720 zł. Oskarżeni za wykonane poza obiegiem WiK przyłącza przyjmować mieli według prokuratury nie mniej niż 1.000 zł korzyści majątkowych. Zlecenia te mieli też realizować według oskarżenia w godzinach pracy oraz przy użyciu sprzętu i materiałów należących do WiK. Ponadto Andrzejowi T. został przedstawiony zarzut przywłaszczenia 4 służbowych telefonów komórkowych o wartości 4.797 zł i fałszowania dokumentów.
W zeszłym tygodniu w Sądzie Rejonowym w Żninie odbyło się drugie posiedzenie w tej sprawie. Tym razem zeznania składali pierwsi ze świadków, których powołała prokuratura. Zabrakło jednak pierwszego na liście Michała N. To były przewodniczący rady nadzorczej spółki WiK, który po odwołaniu 2 lata temu z funkcji prezesa zarządu spółki Małgorzaty Stawickiej, pełnił obowiązki tegoż prezesa. Był również zaangażowany w prace nad audytem, który zlecił wtedy w spółce włodarz gminy (Michał N. wówczas był także radcą prawnym Urzędu Miejskiego w Żninie), a który stał się punktem wyjścia dla postawienia zarzutów karnych trójce dzisiejszych oskarżonych. Przy czym początkowo prokuratura szacowała na podstawie posiadanych materiałów, że straty WiK w aferze nielegalnych przyłączy wod.-kan. sięgają nawet 1.250.000 zł,
a w jej zainteresowaniu było ponad 700 przypadków od 2007 r.
Rafał M., monter sieci wod.-kan. i operator koparki w WiK zeznał, że zakład wykonywał legalne przyłącza. Dodał, że istniała także możliwość, iż klient zleci wykonanie takiej usługi prywatnej firmie. Przyznał także, że i on sam, jako specjalista w tym zakresie czasami doradzał, a nawet pomagał wykonywać przyłącza rodzinie, albo znajomym, ale nie było to działanie w ramach firmy.
Kamila Ł. w WiK jest specjalistą do spraw technicznych. Przyznała ona, że w niektórych przypadkach warunki techniczne były określane bez obecności zamawiającego, ale odbywało się to na zasadzie komunikacji z nim telefonicznej, i były podpisywane przez kierownika. W tym miejscu przypomnijmy, że fałszowanie podpisów jest jednym z zarzutów ciążących na Andrzeju T. Świadek Kamila Ł. nie potrafi określić teraz, ile takich przypadków mogło w firmie być.
Dodała, że od momentu, gdy był GPS w pojazdach firmowych, zajmowała się odczytami i sprawdzaniem zgodności z kartą pojazdu. W tym zakresie nie było nieprawidłowości. Kamila Ł. prowadziła także karty pracowników, ale w rzeczywistości nie weryfikowała, co który z nich wykonywał, gdyż ona nie jeździła za nimi w teren. Przyjmowała tylko i umieszczała na karcie rzeczony zakres zadań pracowników, który przekazywał jej kierownik.
Z zeznań specjalistki do spraw technicznych wynika, że zakład WiK przedstawiał potencjalnym klientom w zakresie instalacji przyłączy kalkulacje kosztów, które przedstawiały się drożej, aniżeli oferty prywatnych firm. Wynikało to z tego, iż WiK w tych kalkulacjach opierał się na Krajowym Rejestrze Nakładów Rzeczowych. Ten jest opracowywany na podstawie średnich cen w kraju. Tymczasem średnie w kraju z reguły są wyższe, aniżeli ceny w lokalnych warunkach w Żninie. Dlatego oferta WiK mogła być wyższa, aniżeli oferty prywatnych firm.
- Ja zaczynając pracę w WiK spotkałam się z opiniami, że pracownicy popołudniami wykonują zlecenia. Nie informowałam nikogo o nieprawidłowościach. Wychodziłam z założenia, że kierownik jest uprawniony do takich działań - powiedziała Kamila Ł. Dodała, że na wcześniejszym przesłuchaniu w tej sprawie na policji mówiła o wiele więcej, niż jest w protokole - przesłuchanie trwało według niej dłużej, niżby to wynikało z zapisu zeznań.
Kamila Ł. przypomniała, że jeszcze przed wykryciem nieprawidłowości w WiK były zbierane oświadczenia od pracowników, że nie prowadzą działalności konkurencyjnej wobec WiK i że w godzinach pracy nie będą wykonywali innych zleceń. Kamila Ł. nie wie, kto wpadł na pomysł tych oświadczeń. W tym miejscu przypomnijmy, że zbierane one były w połowie 2015 r., na kilka miesięcy przed wybuchem afery. Informowała na naszych łamach o zbieraniu tych oświadczeń od pracowników ówczesna prezes spółki WiK Małgorzata Stawicka.
Kamila Ł. jest natomiast w stanie określić w przybliżeniu, od kiedy pojazdy w WiK są wyposażone w system GPS, który pozwala rejestrować czas i trasę przejazdu. Było to w marcu 2013 r. Dzięki systemowi GPS można też było opracować lepiej trasy przejazdów. Tak, aby nie powielać kilku przejazdów w ten sam rejon miasta, czy gminy. Po marcu 2013 r. Kamila Ł. nie słyszała już opinii, że pracownicy WiK wykonują prywatne zlecenia w godzinach pracy lub po pracy. Świadek dodała, że usługi w zakresie przyłączy wod.-kan. to niewielki ułamek usług świadczonych przez WiK w ujęciu całościowym. Większość zadań zakładu sprowadza się do dostarczania wody i odbierania ścieków.
Oskarżony Andrzej T. sam potrafił odpowiedzieć, kto był inicjatorem założenia GPS. Otóż byli to ówcześni prezesi: Eugeniusz Dobaczewski i jego zastępca Janusz Biegański oraz Andrzej T. jako kierownik. Podjęli taką decyzję dlatego, że za każdym razem, gdy byli wzywani do Urzędu Miejskiego w Żninie, słyszeli od włodarzy gminnych uwagi na temat tego, iż samochody należące do WiK jeżdżą sobie jak chcą i kiedy chcą po mieście. Zarząd spółki na te uwagi się zirytował i zakupił system GPS na pojazdy.
Świadek Anna R.-J. była potencjalną klientką WiK. Przed sądem podkreśliła jednak, że sprawami organizacyjnymi i finansowymi przy zamówieniu usługi zajmował się bezpośrednio jej mąż. Zeznała, że ktoś im polecił Ryszarda G. jako super fachowca od przyłączy. Warunki techniczne uzgodniła w biurze obsługi klienta w WiK. Rozliczeniem zajął się mąż Anny R.-J.
Świadek Wojciech R. także był klientem, kiedy w 2012 r. budował dom. Zeznał, że na etapie wykonawstwa zgłosił się do WiK o określenie warunków technicznych przyłącza. Usługę samego wykonawstwa zrealizowała na jego zlecenie inna firma, a on później zgłosił tylko swą instalację w WiK do dopuszczenia do użytkowania. Pod wydanymi warunkami technicznymi nie znajdował się autentyczny podpis Wojciecha R., ale jest on - według oceny samego zainteresowanego - pod protokołem z zeznań na policji. W treści jednak - zdaniem świadka - jest ujęta kwota 1.200 zł, która w kontekście całości może być interpretowana jako wręczona Andrzejowi T. Tymczasem według Wojciecha R. to raczej kwota całkowita za zrealizowane przyłącze (też na rzecz firmy to wykonującej), natomiast 120 zł Wojciech R. łącznie zapłacił WiK (za wydane warunki i odbiory).
Świadek Dariusz K. to były operator koparki w WiK i kierowca pojazdu asenizacyjnego. Nie pracuje tam od 2013 r., kiedy został zwolniony, gdyż utracił prawo jazdy w wyniku kontroli policyjnej, stwierdzającej, że prowadził będąc pod wpływem alkoholu.
- Brałem udział w pracach przy przyłączach. Ja kopałem, inni pracownicy podłączali, ale to było w godzinach pracy. Chyba, że coś się przedłużyło, to trzeba było zostać i dokończyć. Nadzorował te prace kierownik. Polecenia robót też wydawali kierownik oraz C. Tzw. fuchy były robione po godzinach pracy i w soboty. Nie wiem, jak to było rozliczane. Nie widziałem, żeby kierownik za to brał pieniądze, a jeśli brał, to dla siebie, czy dla WiK. Przyłączy było kilkanaście lub kilkadziesiąt w roku robionych - mówił Dariusz K.
Mecenas Henryk Biniek, obrońca Andrzeja T. odnalazł w zeznaniach Dariusza K. złożonych na policji sformułowanie o przechwytywaniu klientów, co sugerowało, że oskarżeni podejmowali działania mające na celu skłonienie potencjalnych klientów WiK, aby zlecali tę samą usługę do zrealizowania im prywatnie. Mecenas chciał wiedzieć, skąd się wzięło to sformułowanie w zeznaniach świadka. Dariusz K. kategorycznie zaprzeczył, aby używał takiego sformułowania.
Między innymi z tego powodu, że w zeznaniach z policji mogą być inne sformułowania, niż używali to świadkowie oraz z tego powodu, że część policyjnych protokołów jest słabo czytelna, sędzia Robert Tuchciński na następnym posiedzeniu chce mieć wgląd w czytelne zapisy tych przesłuchań. Prawdopodobnie będzie też wezwany policjant przesłuchujący świadków, a także mają być przedstawione faktury i inne dokumenty zebrane na etapie śledztwa.
Złożone w sierpniu na pierwszej rozprawie wnioski pełnomocników oskarżonych o zdjęcie przez sąd ciążących na nich zabezpieczeń majtkowych nie zostały pozytywnie rozpatrzone przez sędziego. Na drugiej rozprawie pełnomocnicy Ryszarda G. i Bogdana C. wnieśli już tylko o uchylenie ciążącego na nich dozoru policyjnego. Natomiast Henryk Biniek nadal wnioskuje, że Andrzej T. powinien mieć uchylony nie tylko dozór policyjny, ale też ciążące na nim zabezpieczenie majątkowe. Prokurator Wojciech Jabłoński przychylił się do wniosków o uchylenie dozorów policyjnych, ale wniosku o uchylenie zabezpieczenia majątkowego nie poparł.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1342 (44/2017)
Inne teksty na ten temat:
Za przyłącza do prywatnej kasy
Prezes wydłuża abolicję dla legalizujących przyłącza
Majątki podejrzanych zabezpieczone
Straty wyliczają na 1,35 mln zł
Akt oskarżenia najwcześniej w sierpniu
Do przesłuchania jeszcze 400 świadków
Brali za przyłącza od 1.000 zł w górę
Kilka podpisów - tak, ale o korzyściach nie ma mowy
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze