Reklama

Ksiądz Edmund Ruta w służbie Bogu i ludziom. Komu darmo dano, niech darmo daje

- Jak chodziłem po kolędzie, to nie mogłem dojść do końca. Każdy się pytał od razu o badanie - o swoich zdolnościach radiestezyjnych, życiu w czasie wojny, służbie Bożej w Inowrocławiu, Wylatowie, Żninie - opowiada ks. kanonik Edmund Ruta.

Ks. Edmund Ruta z chłopcami, którzy przystąpili do I Komunii Świętej 24 maja 1987 roku fot. arch. autora

 

     19 lutego 2010 roku ks. kanonik Edmund Ruta obchodzić będzie sześćdziesięciolecie święceń kapłańskich. Postanowiłem spotkać się z księdzem i poprosić, aby opowiedział o swojej długiej posłudze kapłańskiej. W tych 60 latach kapłaństwa przez rok ks. Edmund przygotowywał mnie do przyjęcia sakramentu I Komunii Świętej. Nie mogłem nie zapytać o dar księdza Ruty, o którym tak wiele i tyle dobrego mówią parafianie, czyli o promieniowanie pozytywną energią. Za tę bezinteresowną pomoc otrzymał tytuł Zasłużonego dla Gminy Żnin. Spotkaliśmy się w mieszkaniu byłego proboszcza żnińskiej fary.

Reklama

      DZIECIŃSTWO I WOJNA
      Remigiusz Konieczka: - Gdzie się ksiądz urodził?
      Ksiądz Edmund Ruta: - Urodziłem się 16 listopada 1922 roku w Krostkowie, miejscowości położonej na trasie linii kolejowej Bydgoszcz - Piła. W tych latach proboszczem był tam błogosławiony Michał Kozal. I on też udzielił mi sakramentu chrztu świętego. Ojciec mój był kolejarzem. W związku z tym urzędowo zostaliśmy przeniesieni do Białośliwia. Stamtąd dojeżdżałem do gimnazjum do Nakła. W 1939 roku ukończyłem gimnazjum. Było to gimnazjum czteroklasowe, bo przed wojną były cztery lata gimnazjum i dwa licealne. Liceum matematyczno-przyrodnicze, ogólnokształcące i klasyczne. W klasycznym był język grecki, łacina i język obcy. My w gimnazjum każdego tygodnia mieliśmy dwie lekcje łaciny.
      - A do szkoły powszechnej gdzie ksiądz chodził?
      - Do powszechnej chodziłem w Białośliwiu. Stamtąd po szóstej klasie przeszliśmy do gimnazjum. Proszę sobie wyobrazić, że z Białośliwia, które miało około 3.000 mieszkańców, to sześciu z nas mogło uczęszczać do gimnazjum.
      - A dlaczego tylko tylu?
      - Bo nie było możliwości. Tylko dlatego, że ojciec był kolejarzem miałem wolny bilet. Jako dzieci urzędników mieliśmy dopłaty ze strony państwa, bo gimnazjum było płatne. Trzeba było płacić miesięczne czesne.
      - A jak liczne było księdza rodzeństwo?
      - Sześcioro nas było. Miałem dwie siostry i trzech braci. Łatwo też nie było. Ojciec kolejarz, to wiadomo...
      - Czyli do liceum nie zdążył ksiądz pójść?
      - Nie zdążyłem. 1 września byliśmy w kościele w Osieku nad Notecią. W czasie mszy świętej o 7:00 rano słyszymy strzały armatnie. Proboszcz się odwraca do nas i mówi, że chyba wojna wybuchła. I powiada: idźcie szybko do domu. I jak przyszliśmy, już stał pociąg podstawiony. Dlaczego? Dlatego, że mieliśmy jechać na  wschód. Polacy chcieli mieć fachowców swoich też na wschodzie. Nikt z nas wtedy nie przypuszczał, że Rosjanie nam wbiją w plecy nóż.
      - Ojciec jako kolejarz był zagrożony ze strony Niemców?
      - Też. Musiał się potem ukrywać, bo brał udział w...
      - Powstaniu Wielkopolskim?
      - Nie, nie. Nasi ojcowie byli w wojsku niemieckim na I wojnie światowej. Ale w 1939 roku, gdy pociąg specjalny jechał z kierunku Piły do Bydgoszczy i rozrywał szyny, żeby utrudnić przemarsz wojskom niemieckim, to ojciec jechał w nim. Z tego powodu był poszukiwany i musiał zaraz uciekać. Później Niemcy go zabrali do prac przymusowych na torach w Düsseldorfie, ale się do rozrywania torów nie przyznał.

BADANIE POD WAHADŁEM
- Zaraz. Muszę się skupić. Zaraz możemy u pana zobaczyć, jak to wygląda. To nic złego. Spróbujemy tylko.
Jeśli chodzi o żołądek, to mamy nadkwasotę. Dlatego lubi pan słodycze. Dwa dni była zgaga. Instynktownie sięga pan po słodycze, aby nadmiar kwasu usunąć. Woreczek nie. Wątroba też - wszystko w porządku. Lewa nerka nie, tu nie.
Na żyle wodnej pan śpi. Trzy razy w nocy się pan budził. Zaraz powiem, o której godzinie. O wpół do trzeciej pierwszy raz, o wpół do piątej i potem szósta dziesięć wstał pan. Jak jest coś niewłaściwego, to zaraz odczuwam. Na szkło, czy na gwóźdź, jak miał pan cztery lata, nadepnął pan stopą na coś ostrego. Jest mała blizna.
- A w tej chwili odczuwam bardzo ostry ból.
- W krzyżach pana boli.
- Kręgosłup.
- No mówię, że śpi pan na cieku wodnym. Z tego są te bóle właśnie. Ja zaraz na odległość narysuję, gdzie ta żyła przechodzi. Ten pokój, w którym pan śpi, to jest prostokąt czy kwadrat? Nie, nie. Ja sam sobie narysuję. Jak się wchodzi do pokoju, to gdzie są drzwi? Tu po lewej? A okno jest naprzeciw? Na całej długości? A tapczan? Tu?
- Tak.
- A głowa gdzie jest? Niech pan da krzesło, ja usiądę. Dlatego pana krzyże bolą. Jak po kolędzie chodziłem, to nie mogłem dać sobie rady, bo wszyscy pytali. W tym wypadku musiałbym mieć mniejsze wahadełko, ale pokażę mniej więcej. Proszę zrobić kropkę tu. I tutaj. I pan nogi ma podciągnięte i wysuwa na zewnątrz. Nigdy nie ma pan ich pod ścianą, tylko zawsze podkurczone i wysunięte. I wystarczy, że zmieni pan miejsce. W którym miejscu mógłby stać tapczan? Tu można postawić?
- Tak.
- I będzie pan spokojnie dziś w nocy spał. To aż nie chce się wierzyć. Dlaczego w kuli ziemskiej są ogromne cieki wodne? Bo są to rzeki. Jak kula ziemska się obraca, to ta woda ociera się o skały, minerały i promieniuje prosto do góry. Jak ktoś znajdzie się w obrębie oddziaływania, to jest bardzo szkodliwe. Dlaczego bocian przynosi szczęście? Bo on nigdy gniazda na żyle wodnej nie buduje i tam piorun nie uderzy. Teraz niech pan usiądzie, a ja pana napromieniuję. Ja tylko odprowadzę ujemne prądy. Jezu ufam Tobie.
- Jezu ufam Tobie.
- Teraz dodatnie wprowadzam. A teraz poprzez ręce. W kształcie piramidalnym trzymam. Nie, pan nie. Ja tylko trzymam. Czuje ciepło w głowie?
- Czuję.
- Schodzi do szyi teraz. Czuje mrowienie w szyi? W której ręce teraz?
- W prawej.
- Ciepło się robi. Potem w lewej.
- Tak.
- Potem w brzuchu. I w plecach. Robi się ciepło? Teraz w nogach. W której nodze?
- W lewej.
- A potem prawa. I robi się tak ciepło, jakby miał nogi pod pierzyną. Ciepło?
- Ciepło.
- Jak od rąk biją fale.
- Rzeczywiście czuję ciepło na twarzy.
- Teraz niech pan wstanie. Na plecach położę ręce. Muszę wyszukać to miejsce, gdzie pana boli.
- Mógłbym pokazać, to byłoby szybciej.
- Nie, to ja sam. Tylko dotknę. Jakby żelazko przyłożył. Czuje ciepło?
- Tak.
- No, jakby żelazko. Jeszcze czuje? Przestanie zaraz boleć.
- Jeszcze wyżej.
- Zaraz zobaczę. Pierwszy, drugi, trzeci krąg z góry.
- Tak.
- Robi się ciepło? Mija już?
- Ale ciepło. Czuję jakbym opierał się o piec kaflowy.
- Teraz muszę się odpromienić, aby te ujemne prądy nie przeszły na mnie. Jak to wytłumaczyć, że 5-kilogramowe żelazko od prasowania i to dawne, przyłożę do piersi, chodzę i nie spadnie? Taka siła jest tego.
- A odpromieniowanie na czym polega?
- Wystarczy jak dotknę się wody.
Niech pan zaraz dzisiaj zmieni spanie. Najlepszy dowód, że w krzyżach boli.

Reklama

      A wracając do tej sytuacji z 1 września. Wróciliśmy do domu. Pociąg był podstawiony. Każdy miał z sobą to, co mógł zabrać. Jedną pierzynę, czy coś innego. Jechaliśmy tym pociągiem do Bydgoszczy i później w stronę Torunia. I wtedy nadlatywały samoloty i nasz pociąg pasażerski ostrzeliwały. Dojechaliśmy do Lublina. Nie mieliśmy nic do jedzenia. Jak stawaliśmy po drodze, to okoliczna ludność wychodziła z domów, szła przez pola i przynosiła nam jedzenie do pociągu. Podziwialiśmy ofiarność tych ludzi, że bezinteresownie nam pomagali. Nas później umieścili w jednej wiosce. W Terespolu. Mieszkaliśmy u gospodarza, który miał tylko 2 hektary ziemi. I nas utrzymywał. Sześcioro dzieci, matka, a potem i mój wujek z rodziną. Siedzieliśmy przy jednym kociołku, z którego jedliśmy. W jednym pokoju wszyscy spali na podłodze. Byłem naocznym świadkiem tego, jak spotkały się wojska niemieckie, które tam już były i wojska radzieckie. Na naszych oczach żołnierze padali sobie w ramiona i całowali się. Mówiliśmy, że już po Polsce, że to już koniec. Matka podsłuchała rozmowę dwóch oficerów niemieckich. Mówili między sobą, że rzeka San będzie granicą między Niemcami a Ruskami. Jak to usłyszała, a my byliśmy po stronie rosyjskiej, podeszła do nich i zapytała, czy przewiozą nas na drugą stronę Sanu. Niemcy nas przewieźli, dali nam przepustkę i dojechaliśmy do Wrocławia. Potem do Poznania, a stamtąd do miejsca zamieszkania, czyli do Osieka nad Notecią. Wtedy zaraz przyszedł żandarm niemiecki i zabrał mnie do pracy przymusowej. Miałem ukończone 18 lat. Przydzielili mnie do pracy w gospodarstwie niemieckim w Wyciągu koło Osieka, a ten gospodarz był esesmanem. Jego zabrali na front. Została jego żona i dwoje starszych jej rodziców. Ja, będąc na tym gospodarstwie 15-hektarowym, sam musiałem je prowadzić. Ja, syn kolejarza, który w ogóle się na tym nie znał. Musiałem się wszystkiego nauczyć. Codziennie wstawałem o wpół do szóstej rano. Musiałem konie nakarmić, krowy wydoić, obornik wywieźć. To wszystko było na mojej głowie. Przez pięć lat nie miałem ani jednego dnia wolnego. Nawet na jeden dzień nie mogłem odejść od inwentarza. Spałem w korytarzyku małym, nieogrzewanym. Drzwi prowadziły wprost do ogrodu. Ciepłej wody nie było. Myłem się pod pompą.
      W 1945 roku wkroczyły do nas wojska radziecko-polskie. To było 28 stycznia. Mróz powyżej 20 stopni Celsjusza. I nas Polaków zabrali wozami na front. To znaczy nie jako żołnierzy, ale do taborów. Naładowali nam na wozy amunicję. Wojska posuwały się do przodu, a my za nimi jechaliśmy. Nie mieliśmy żadnego przyodziewku. Ja miałem tylko czapkę, na nogach drewniane dybki, a w nich trochę siana. Dojechaliśmy do Piły. Byłem na tyle zorientowany (miałem wtedy już 23 lata), że zdziwiło mnie to, że działa były skierowane na wschód, a nie na zachód. Dopiero później się dowiedzieliśmy, że tam wtedy wojska niemieckie były w kotle. Nocowaliśmy za Piłą w domach opuszczonych przez Niemców. Nikt ich nie wypędzał. Oni sami uciekali. Mieszkania były nieogrzewane. Ruski to zawsze pchali się na szafy do góry. Razem z nimi spaliśmy. Kłopotów z jedzeniem nie było, bo świniaka wyprowadzili, zastrzelili, wypruli wnętrzności, ognisko rozpalili i zaraz było coś do jedzenia.
      - Daleko dojechaliście z taborami?
      - Nie, dalej już nie jechaliśmy. Z tym, że później zabrali mi konie i przez pola oraz lasy wróciłem do domu.
     Żołnierzem przecież nie byłem i nie miałem żadnego obowiązku. Wróciłem do Osieka i zostałem zatrudniony w odcinku drogowym. Pracowałem w biurze, ale nie długo, bo pół roku i w 1945 roku wstąpiłem do seminarium.

      POWOŁANIE
      - Kiedy ksiądz po raz pierwszy poczuł powołanie?
      - Już jako chłopiec. Miałem dziesięć, dwanaście lat. Zrodziła się świadomość, że chce się poświęcić dla służby Bożej.
      - Czy ksiądz się długo zastanawiał nad kapłaństwem? Czy był to wybór świadomy?
      - Tak, świadomy. Ale jak byłem parobkiem u Niemca, w czasie wojny, to miałem taką świadomość, że przez całe życie będę robotnikiem. Niemcy w tym czasie zajęli całą Europę. Wszyscy byli po ich stronie: Francuzi, Rumuni, Włosi i Węgrzy. Byli pod Stalingradem i koniec z nami. Myślałem wtedy, że przez całe życie będę na ich usługach. Sama świadomość tego była przygnębiająca.
      Jak wstąpiliśmy do seminarium w 1945 roku, to nie było nic do jedzenia. A było nas 220 kleryków. Ksiądz rektor wysłał nas do domów rodzinnych, żebyśmy przywieźli trochę smalcu i mąki.
     Jadąc pociągiem lub na miejscu, bo chodziliśmy do łaźni miejskiej, zaraziłem się tyfusem plamistym. Temperatura 41 stopni. Nie było żadnych antybiotyków. Przez te skoki temperatury uchroniłem się przed śmiercią. Przez pół roku leżałem w szpitalu w Gnieźnie. Opiekowały się mną też siostry zakonne. Zaopatrywał mnie na okoliczność śmierci wujek naszego proboszcza ksiądz Reiter, który był tam kapelanem. Ja już miałem wtedy wysięg opłucnej. Jak leżałem, to byłem taki słaby, że nie mogłem się ruszać. Po dziś dzień noszę jeszcze ślady tej straszliwej choroby.
      - Tyfus w czasie wojny był często spotykaną chorobą. Z czego wynikał? Z niedożywienia?
      - Chorobę roznosiły wszy. Było nas 220, a tylko ja sam zachorowałem. Jeszcze muszę dodać, że wtedy nie miałem matury, bo przecież moją edukację przerwała wojna. Dlatego będąc w Gnieźnie w seminarium, równocześnie uczęszczałam do gimnazjum Chrobrego w Gnieźnie. Wtedy dwa lata filozofii były w Gnieźnie, a pozostałe cztery lata teologii były w Poznaniu. Jak byliśmy w Poznaniu, to mieliśmy możliwość zdawania matury eksternistycznie. Zgłosiliśmy się - dwunastu kolegów - do gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu. I tam zdawaliśmy egzamin eksternistyczny z wszystkich przedmiotów. Nawet z religii. Było nas 12, a 7 nas tę maturę zdało.
      - 220 kleryków było w jednym roczniku, czy w całym seminarium?
      - W całym seminarium.
      - A w roczniku?
      - W moim było 28. Z tym, że teraz tylko dwóch żyje z tego rocznika.
      - A kto żyje jeszcze?
      - Ksiądz Marian Drapikowski. Dawniejszy proboszcz z Orchowa. Jest teraz w domu emeryta w Gnieźnie.
      Święcenia otrzymałem w lutym 1950 roku i udzielił mi ich sam ksiądz kardynał Stefan Wyszyński w katedrze gnieźnieńskiej.
      - Który był metropolitą gnieźnieńsko-warszawskim.
      - Tak, a koledzy z Poznania mieli święcenia w poznańskiej katedrze, bo dwa lata filozofii były w Gnieźnie, a cztery lata teologii w seminarium w Poznaniu. Normalnie święcenia udzielane są w maju lub czerwcu. A nasz kurs wyjątkowo miał święcenia 19 lutego. I dziwna rzecz. Ten biskup Michał Kozal, który mnie chrzcił, też miał święcenia w lutym. I tego samego dnia - 19 lutego. On miał po I wojnie światowej, a ja po II wojnie. I on zachorował na tyfus w obozie i ja również, ale będąc już w seminarium. Jak był chory, to przyszedł do niego esesman i dał mu zastrzyk. Powiedział mu wtedy, że teraz będzie mu łatwiej pójść do nieba.
      Matka zawsze mi przypominała, że bł. Michał Kozal mnie chrzcił. Przy tych wszystkich chorobach, jakie przechodziłem, jego wstawiennictwo pomogło mi z nich wyjść.
      - Dlaczego ksiądz miał święcenia w lutym?
      - Nie wiem. Było mało księży, którzy byli potrzebni. Tak można to wytłumaczyć, chociaż roczniki wcześniejsze i późniejsze miały święcenia w czerwcu. Tylko nasz kurs wyjątkowo.

Reklama

      KAPŁAŃSTWO
      - Która parafia była pierwsza?
      - To była parafia św. Mikołaja w Inowrocławiu. Wtedy ta parafia liczyła 13.000 dusz. Był tylko proboszcz i nas dwóch wikariuszy, bo było mało księży. Proboszcz był starszy i w ogóle już nie pracował. Przebywał tylko u siebie. Musieliśmy całą pracę sami wykonać. Jak byłem wikariuszem u  św. Mikołaja, to moim ministrantem był ks. Franciszek Misiewicz [emerytowany proboszcz parafii pw. Narodzenia NMP w Wenecji - przyp. rk]. I przychodził kardynał Józef Glemp, bo on był wtedy jeszcze klerykiem. Później obydwaj przychodzili do mnie na wikariat. Na kawę.
      - Jak długo był ksiądz w Inowrocławiu?
      - Cztery lata. Po tym wikariacie zaraz zostałem proboszczem w Ostrowie nad Gopłem.
      - To szybko. Teraz wikariusze nie otrzymują po tak krótkim czasie probostw.
      - Teraz wikariusz zostaje proboszczem jak ma 16-18 lat kapłaństwa.
      - Pod jakim wezwaniem to była parafia?
      - Świętego Mateusza. Wtedy, po wojnie, parafie były zaniedbane. Niemcy nie dbali o kościoły. Dlatego było dużo pracy do wykonania. Trzeba było dachy naprawiać i wszystko inne. Dzięki moim zabiegom Ostrowo dostało linię elektryczną. W tej miejscowości był też dom opieki dla dorosłych. Staraliśmy się wspólnie i jeździliśmy do Inowrocławia. I wtedy nam wcześniej założyli linię elektryczną. Z tym, że sami musieliśmy postarać się o słupy do kabli. Linię zakładaliśmy przy pomocy parafian, bo oni wykonali najcięższe prace fizyczne. Początkowo nie chcieli. Mówili, że jak tyle lat byli przy lampie naftowej, to dalej będą. A później jak mieli światło, to dopiero im się oczy otworzyły.
      - Duża to była parafia?
      - Mała - 850 dusz. Przy parafii było duże gospodarstwo proboszczowskie. 160 hektarów. Potem państwo zabrało tę ziemię. Zostawili mi 4 hektary. Nie było dużo możliwości związanych z pozyskaniem środków na utrzymanie domu, to siałem tam i cebulę sadziłem. A potem przychodzili parafianie i pomagali. Sporysz na życie uprawialiśmy. To są te czarne ziarenka, których się używa do tamowania krwi. Zakażaliśmy kłosy, a potem dzieci je zbierały i odstawialiśmy do Herbapolu. Sialiśmy też kminek. Było tego dwie morgi. Bardzo to było wrażliwe na wiatr. Miałem krowę swoją, a poza tym świniaki i inny inwentarz: kury oraz kaczki. Trzeba było sobie samemu byt zapewnić.
      - Jak długo ksiądz był proboszczem w Ostrowie?
      - Osiem lat. I potem władza kościelna przeniosła mnie do Wylatowa do parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Tam objąłem parafię po proboszczu ks. kanoniku Jagodzińskim, który w tej parafii urzędował przez 51 lat. I on w tej plebanii zmarł. Proboszczem był do końca swoich dni. Miał też do pomocy wikariusza. Był tam wikariuszem m.in. ks. Kazimierz Śmigiel, późniejszy profesor historii w seminarium. Tam też kościół był zaniedbany. Trzeba było cały odmalować. Wszystkie okna pozakładałem wraz z witrażami. Wszystkie ławki w kościele, a później nowy ołtarz soborowy. I ogrodzenie na cmentarzu. Metalowe słupki na długości 700 metrów.
      - Wspomniał ksiądz o ołtarzu soborowym. Trudno było się wiernym i duchownym przyzwyczaić do nowego sposobu odprawiania mszy, to znaczy całość w języku polskim i przodem do wiernych?
      - Nie, chociaż ja mszę prymicyjną odprawiałem w języku łacińskim. Zmiana liturgii na język ojczysty odbyła się w roku 1962. Oporów żadnych nie było. Zresztą ewangelia czytana była w języku polskim i pieśni były po polsku śpiewane.
      I właśnie w Wylatowie w listopadzie - już teraz nie pamiętam który to rok był, gdzieś 1978 - miałem zawał serca. Przy ołtarzu się przewróciłem. Przyjechało pogotowie z Mogilna. Przeprowadzili na plebanię. Później przez pół roku leczyłem się w sanatorium w Inowrocławiu. Ten lekarz, który mnie przyjął, przejechał palcem po piersi i powiedział, żebym przygotował się na najgorsze, bo już nie ma dokrwienia serca. I wyszedłem z tego. Powróciłem i nadal pracowałem.
      - A jak ksiądz trafił do Żnina?
      - W 1982 roku otrzymałem wiadomość z Kurii, że mam przyjechać do Gniezna, do biskupa Jana Czerniaka. Nie wiedziałem, w jakiej sprawie. Byłem trochę przestraszony i zastanawiałem się, co mnie czeka. Usłyszałem: - Co się tak boisz? Ksiądz prymas widzi cię w Żninie.
      - To prymasem był już ksiądz Glemp?
      - Tak. Ja się tłumaczę: Księże biskupie, ja miałem zawał serca, mam niewidomą siostrę przy sobie, więc jak ja tam pójdę do miasta. - A nie przejmuj się, tam masz szpital.
      I co się potem stało? Bez mojej zgody pojechali parafianie do Gniezna.
      Prosili, żeby ksiądz biskup mnie jeszcze tam zachował, bo tyle lat pracowałem. A biskup Czerniak mówi do nich: - Słuchajcie, wy jak te konie macie klapy na oczach. Tylko przed siebie patrzycie, a prymas ma na uwadze całą diecezję i ksiądz musi iść czy chce, czy nie chce.
I potem ci radni padli na kolana i powiedzieli, że jeśli jest taka wola księdza prymasa, to niech ksiądz biskup pobłogosławi. I poszli spokojnie do domu, bo przeważnie takie delegacje, to tam nie ustępują.
      - A do Wylatowa kto później przyszedł?
      - Ksiądz Józef Frąckowiak, który był tutaj proboszczem. Myśmy się wymienili. On poszedł do Wylatowa, a ja przyszedłem na jego miejsce.
      - Czy ksiądz wcześniej znał Żnin?
      - Nie znałem w ogóle. Raz tylko byłem. Tu był proboszczem ksiądz Mielcarek. On był ze mną wikariuszem dwa lata w Inowrocławiu. I go tutaj odwiedziłem. I w Żninie też trzeba było kilka rzeczy zorganizować. Nie było kaplicy. Kiedyś pogrzeby odbywały się w kaplicy szpitalnej. Jak zostałem proboszczem, zaraz przyszła do mnie pani doktor Malinowska i poprosiła, abym postarał się o to, aby wybudować osobną kaplicę i poszerzyć cmentarz, bo nie było przecież miejsca. Tam dawniej strzelnica była. Władze miejskie zgodziły się oddać Kościołowi tę ziemię pod wieczystą dzierżawę. Miałem już projekt zatwierdzony przez architekta w Inowrocławiu. A władze państwowe myślały, że chcę nową parafię utworzyć i nie chciały się zgodzić.
      W końcu zezwolili na to, żeby lokatorów z budynku, który był przy cmentarzu (dwie rodziny)przenieść do bloków i zezwolili przebudować ten dom na kaplicę. Musieliśmy podcinać mury z uwagi na to, że były zawilgocone. Trzeba było założyć nowy strop i dach.
      Przyprowadziliśmy inżynierów, którzy zbadali na jakiej głębokości jest woda. Okazało się, że musieliśmy podnieść teren, żeby nie było wody w grobach. Cukrownia nam bardzo pomogła. Zastępcą dyrektora był Jerzy Ludwiczak i dzięki jego pomocy nawieziono 1.600 kamazów ziemi. Nie mieliśmy również chłodni. I teraz co? U nas w Żninie w kaplicy to była pierwsza chłodnia w okolicy. Nawet w Gnieźnie nie było chłodni. W jedną uroczystość wszystkich świętych byli goście z Poznania. I ja im powiedziałem, że nie możemy dostać agregatu. A jeden z nich powiedział, że ma ten dział pod sobą. Zatelefonował do Inowrocławia i tam mogliśmy dostać chłodnię. Fabryki dostarczyły blachę na komorę.
      - Jak byłem dzieckiem, to kondukty żałobne szły z kaplicy szpitalnej na cmentarz.
      - Pamiętam jeden taki pogrzeb. Konie szły powolutku, bo to miało wyglądać majestatycznie. Zimno, a oni przez to miasto bardzo powoli jechali. Deszcz padał. Doszliśmy do cmentarza. Oni biorą trumnę na plecy, a tam nie była utwierdzona alejka, a oni: Niech ksiądz idzie szybciej. No tak, teraz jak ciężar, to ksiądz miał się spieszyć, a wcześniej to oni szli wolno.

      DAR
      - Jak powinno się mówić na dar, którym ksiądz dysponuje? Jak fachowo nazwać to co ksiądz robi? Czy to można po prostu nazwać radiestezją?
      - Tak. To jest radiestezja.
      - I kiedy ksiądz po raz pierwszy poczuł w sobie ten dar?
      - Jak byłem wikariuszem w Inowrocławiu, razem z kolegą, który trochę chorował, pojechaliśmy do Izbicy Kujawskiej.
      Tam był dziekan o nazwisku Góra, do którego ludzie ze wszystkich stron Polski przyjeżdżali. I on ich leczył. Jak ja podszedłem do niego i jak mnie dotknął, to krzyknął: Ale ksiądz jest napromieniowany.
      Powiedział mi, że ja też mam te właściwości co on, bo tak bym nie wiedział. Skoro zorientowałem się, że mam ten dar, to zacząłem interesować się tą dziedziną nauki. I teraz jak sobie to tłumaczę? Czytamy w Piśmie Świętym, że różne dary człowiek otrzymuje. Dar prorokowania, dar mówienia różnymi językami, dar rzeźbienia, malowania, ale też dar leczenia. Pan Jezus, jak wysyłał apostołów w świat, to mówił im: Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, a na chorych kładźcie ręce. Ten dar miał Ojciec Pio, czy Jan Paweł II. To nałożenie rąk ma miejsce we wszystkich sakramentach w kościele. Na przykład podczas wyświęcania biskupi wyciągają ręce nad głową kandydata do kapłaństwa.
     Przy ślubie ksiądz wyciąga ręce nad głowami nowożeńców. Jak rodzice przynoszą dziecko do chrztu, to też kapłan kładzie mu rękę na czole. Dar leczenia mają rodzice wobec swoich dzieci.
Kiedy dziecko jest chore, ojciec czy matka przytulają je do siebie i zaraz się uspokaja. Ja sam wobec siebie też mam ten dar. Jak się oparzę, to zaraz instynktownie przykładam rękę do tego chorego miejsca. Instynktownie.
      Mogę zbadać ilość energii uzdrawiającej. Jak przeciętnie ludzie mają po 50, 100%, czy nawet 150-200% energii, to ja mam 3.000%.
      - Czy zanim dziekan Góra powiedział księdzu o posiadaniu energii, to wcześniej nie czuł ksiądz jej w sobie?
      - Specjalnie nie zwracałem na to uwagi.
      - A potem?
      - Zacząłem czytać książki na ten temat. Wypowiedzi niektórych lekarzy, którzy też tą energią leczyli.
      To działa jak rezonans magnetyczny. Wkłada się chorego do tego urządzenia. Ono wysyła promienie w kierunku pacjenta, a na ekranie widać, że miejsca chore mają inną barwę. Można określić, które miejsce jest chore.
      - I tak jest podobnie z księdza właściwościami?
      - Tak. Muszę mieć antenę przy sobie - tak zwane wahadło.
      Wszystkie nasze dane zawarte są w komputerze światowym naszego życia.
      Na przykład, skąd taki bocian, który jest w Afryce wie, że może przylecieć tu, bo jest już ciepło.  Zwierzęta, ptaki mają to. Więc ja muszę mieć antenę przy sobie. I teraz pytam się w moim komputerze, umyśle, mózgu, jaka tam choroba jest. Wtedy otrzymuję odpowiedź. Amerykanie takich ludzi uzdolnionych wykorzystują w służbie wojskowej. Tacy ludzie wysyłają swoją energię cieplną do łodzi podwodnej. Otrzymuje sygnały długie lub krótkie i dzięki temu porozumiewa się z załogą.
      - Jak już ksiądz dowiedział się o darze, poczytał na ten temat, to w jaki sposób zaczął ksiądz wykorzystywać swój dar?
      - Jak ktoś przyszedł chory, to badałem.
      - A ludzie skąd się dowiedzieli?
      - To się zaraz rozniosło. Jak komuś powiedziałem, to jeden drugiemu przekazywał. Ja tam specjalnie tego nie rozgłaszałem.
      - Ile ksiądz miał  wtedy lat?
      - Wtedy miałem 32 lata. Z tym, że ja święcenia miałem w późniejszym okresie, z uwagi na wojnę, bo w 1950 roku. Miałem 28 lat. Potem byłem 4 lata wikariuszem w Inowrocławiu i to właśnie wtedy z tym chorym kolegą pojechaliśmy do księdza dziekana w Izbicy. Byłem więc na początku swojej drogi kapłańskiej.
      - I ludzie do księdza przychodzili?
      - Nieraz ktoś pytał, przychodził. Ja specjalnie nie przyjmowałem. Oficjalnie nie. Ja zresztą nie miałem możliwości, bo miałem na głowie własne obowiązki. Tylko przypadkowo, jak ktoś się pytał.
Jeśli chodzi o tę energię uzdrawiającą, to potrafię działać na odległość. Kiedyś do mnie telefonował kuzyn z Bydgoszczy i powiedział, że jego żona leży i nie może się ruszać, bo dostała jakiś atak, nie mogła wstać. Powiedziałem przez telefon: Niech spokojnie leży. Powiedz jej, niech się teraz skupi i ja jej prześlę energię uzdrawiającą. Po pewnym czasie telefonuje i mówi, że może chodzić i że wstaje.
      - W Żninie, w latach 80. wiedza o księdza darze była już dość powszechna.
      - Przychodzili nieraz na plebanię. Podam taki przypadek. Idę z kina tutaj na plebanię. Idzie pewna pani, z tym, że sprawia jej to trudność, kuleje. I mówi: Proszę księdza, ja nie mogę iść. Mówię do niej: Niech pani przyjdzie. Przyszła do biura i ja ją napromieniowałem. Przyłożyłem ręce do biodra i nagle podnosi nogę do góry i mówi: Proszę, już mogę iść.  Zwierzęta też odbierają tę energię. Taki przykład. Jedna z pań szła z pieskiem na ręku. Obok niej dzieci. Pytam się, dlaczego niesie tego pieska na ręku. Okazało się, że on nie może chodzić. Powiedziała, że była u weterynarza, pies dostał zastrzyki i nic nie pomogło. Poprosiłem, żeby go przytrzymała. Położyłem ręce na nim, przytrzymałem i kazałem jej go postawić. Nie chciała, twierdziła, że pies nie może chodzić, że jutro idzie z nim do drugiego zastrzyku. Nalegałem i jak tylko to zrobiła, to pies ruszył tak, że dzieci nie mogły go dogonić.
      - Czy pamięta ksiądz trudne przypadki? Takie, w których nie udało się pomóc, czy też takie, w których ta pomoc nadeszła w ostatniej chwili?
      - Tak szczerze mówiąc, to ja urodziłem około dziesiątkę dzieci. Bo o co chodzi? Każdy człowiek ma różne stopnie promieniowania. Zerowe, minusowe albo plusowe. Jeśli mąż i żona mają minus i minus, to nie dojdzie do zapłodnienia. Wtedy trzeba przestawić promieniowanie jednej osoby na przeciwstawny biegun. W ten sposób w Żninie urodziłem już 10 dzieci. Kiedyś szedłem na ul. Szpitalnej. Biega dziewczynka, a jej matka mówi: Proszę księdza, to księdza dziecko (śmiech). 
     - A jak się przestawia bieguny?
     - Kładę ręce na głowę. Nastawiam się na przeciwstawny biegun. Najpierw odpromieniuję wahadłem ujemne promieniowanie i nastawiam się na dodatnie.
      - Czy wielu osobom udało się księdzu pomóc?
      - Nie liczę tego, ale bardzo wielu. Przecież to było jeszcze w poprzedniej parafii w Wylatowie i tutaj tyle lat. Nieraz idę na ulicy i każdy zatrzymuje mnie i pyta o choroby. Albo jak wychodzę z kościoła, to ludzie czekają, żeby się tylko ze mną przywitać.
      Albo taka sprawa, kiedyś przyszedł do mnie sierżant ze straży pożarnej. Ukradli mu samochód. Mówi mi: Proszę księdza, co ja teraz zrobię bez samochodu. Czy ksiądz może mi wskazać miejsce, gdzie jest?. Kazałem mu przynieść mapę. Biorę swoje wahadło i droga prowadzi mnie do Jaroszewa i potem w pole gdzieś, gdzie jakaś stodoła stała, czy coś. I mówię, że w tym miejscu jest. Poszedł i znalazł swój samochód. Później już tego nie próbowałem, bo ci złodzieje głowę by mi ucięli. A ilu przychodziło. Odpowiadałem, że nie będę się tym trudnił.
      - Okazał się ksiądz lepszy niż policja.
      - No tak. Inny przykład - utonął mieszkaniec Bożejewiczek. Rodzina przyszła do mnie z pytaniem, gdzie może znajdować się topielec. Była straż pożarna, były psy, z Bydgoszczy przyjechali nurkowie. A ja mówiłem, że jak się schodzi z kierunku ich domu do jeziora. Powiedziałem, że po lewej stronie jeziora w szuwarach leży. Oni nie mówili policji. I następnego roku wypłynął w tym miejscu.
      A żyły wyznaczam na odległość. Wystarczy, że ja zrobię sobie rysunek pokoju, zarys ścian z  wejściem, oknem i w którym miejscu tapczan stoi. I wtedy określę, w którym miejscu jest ta żyła. Nie potrzebuję chodzić po pokoju. Ale jeszcze jest jedna rzecz. Najważniejsza. Ja na odległość mogę wyznaczyć żyłę wodną.
      Otrzymuję telefony np. z Ameryki, czy z innego kraju. Raz jeden gość dzwonił i się przedstawił, że jest na Florydzie. I po kolei mu mówię, gdzie i na co chorował, gdzie ma bliznę i w pewnej chwili umilkł. Pytam go, co się stało, że przestał, a on powiedział: Proszę księdza ja jestem profesorem uniwersytetu i nie mogę pojąć tego, że ksiądz mnie nie widzi, a może wszystko powiedzieć, jakie miałem choroby i w którym miejscu mam blizny.
      - Ksiądz wspomniał św. Ojca Pio i jego dary, charyzmaty, które były dla niego fizycznym ciężarem. Odczuwał ból. Chociaż trudno to porównywać, ale ciekawi mnie, czy ksiądz również odczuwa jakiś fizyczny ból, dolegliwości?
      - Ojciec Pio miał rany Chrystusa. Ja niczego nie odczuwam.
      - Jak do takich darów, jakim jest radiestezja, odnoszą się przełożeni kościelni? Czy miał ksiądz przez to jakieś problemy?
      - Ależ skąd. Nawet sami korzystali. Nie miałem problemów. Żadnych. A to dlatego, że ile razy spieszyłem komuś z pomocą, to nie wziąłem żadnej ofiary. I z tego też tytułu zostałem honorowym obywatelem Żnina. Nie czerpałem korzyści materialnych. Komu darmo dano, niech darmo daje.
      - Czy druga osoba musi być otwarta na to działanie?
      - Pan Jezus jak uzdrawiał, czy apostołowie, zawsze pytali: Czy chcesz być zdrowy. Jak powiedział tak, to wtedy Pan Jezus uzdrawiał. Człowiek musi być pozytywnie nastawiony, bo jak nie jest pozytywnie, to nie odbiera. Zanim zacznę, zawsze mówię: pomyśl sobie Jezu ufam Tobie. I wtedy tylko z pomocą Bożą działam.
      - Czy były przypadki, w których lekarze mówili, że osoba jest trudna do uzdrowienia albo praktycznie wyleczenie jest niemożliwe, a księdzu udało się pomóc?
      - Mogę powiedzieć, że lekarze miejscowi przysyłają matki z dziećmi, bo oni nie mogą określić, na co to małe dziecko jest chore, bo przecież nie można się z nim porozumiewać. Przyszła kiedyś żona jednego z lekarzy z dzieckiem. Nie wiedzieli na co ich dziecko było chore. Zbadałem na swój sposób i okazało się, że śpi na cieku wodnym. Na żyle, bo wtedy człowiek jest niewyspany i to wszystko inne. I jeszcze jaki pokarm potrzebuje, bo są różne rodzaje mleka. I lekarz też nie wie, jakie mleko można zastosować wobec dziecka. Musi zgadywać. Wymienia mi rodzaje mleka, a je wtedy mówię, że to mleko jest właściwe dla tego dziecka. Po pół roku przychodzi żona tego lekarza, też z wyższym wykształceniem i powiedziała, że jej dziecko normalnie rośnie, że przytyło. 
     - Ludzie powinni najpierw korzystać z konwencjonalnych metod?
     - Oczywiście. Na przykład zmarły doktor Piotrowski, który zginął w wypadku, przychodził do mnie i pytał jakie lekarstwo ma dzieciom przepisać, bo jak lekarz może zbadać niemowlę?
Jak chodziłem po kolędzie, to nie mogłem dojść do końca. Każdy się pytał od razu o badanie.
W 1990 roku miałem nagłe bule brzucha i w szpitalu się znalazłem. Przyjechał do mnie arcybiskup Muszyński i lekarze powiedzieli mu: Niech biskup nowego księdza przyśle. My nie możemy go operować, bo nie damy rady. Przesłali mnie do Biziela do Bydgoszczy. Tam nie mogłem być operowany pod narkozą, tylko pod znieczuleniem miejscowym. Ja wszystko słyszałem, co oni między sobą mówili.
      Leżę umierający. Oczu nie otwieram. Bratowa biegnie do dyżurki do jednego lekarza, a on machnął ręką i nie ruszył się. Idą drugi raz. Przyszedł, popatrzył i wcale mnie nie badał. Potem, po dwóch miesiącach idzie do lekarza, który mnie operował. Pyta się o stan mego zdrowia. A kim pani jest dla księdza? Bratową. To mogę prawdę powiedzieć. Będzie żył tylko trzy miesiące. Chemii mu nie damy, bo nie warto. Ja też po operacji leżałem z chorymi. Jeden szedł na chemię, drugi, a mnie omijali. No i żyję. Później zostałem zaproszony do Bydgoszczy na 25-lecie kapłaństwa mojego pierwszego wikariusza. Ten lekarz też tam był. Przedstawiam się - ksiądz Ruta. A on zdziwiony zapytał: To ksiądz żyje?
      JESZCZE JEDNO WSPOMNIENIE
     - Czy trudno było podjąć decyzję o rezygnacji z probostwa?
     - Nie. Byłem już w starszym wieku. Po tylu chorobach, które przeszedłem. Pod tym względem nie ociągałem się, bo wiedziałem, że jestem schorowany. Miałem przecież 75 lat, a po 75 latach idzie się na emeryturę kapłańską czy się chce, czy nie chce.
      - Czy od początku ksiądz wiedział, że na emeryturze zamieszka ksiądz w Żninie?
      - Wiedziałem. Najpierw chciałem zamieszkać w Sufraganii. Pytam się arcybiskupa, w Brzyskorzystwi akurat był, a on mówi: Proszę księdza, teraz nie odpowiem, ale jak będę wracał, to obejrzę tę Sufraganię. I potem powiedział, że to niemożliwe, abym ja tam zamieszkał, bo w Sufraganii musi powstać muzeum. Musiałem poszukać innego lokum. Potem poszedłem do burmistrza. Tutaj w kinie była biblioteka. I burmistrz postarał się o to, że bibliotekę przenieśli do...
      - Dawnej partii.
      - Tak. Do czerwonej plebanii.
      Chciałem jeszcze powiedzieć o jednej bardzo ważnej rzeczy. W Wylatowie byłem przez władzę ukarany. Ale zaraz wszystko wyjaśnię. Jak wiadomo władza działała tak, żeby księża nie nauczali religii. Początkowo religia była w szkołach. Potem ją ze szkół wyrzucono, z tym, że władze umożliwiły nauczanie religii, ale w prywatnym obiekcie. W Wylatowie był taki budynek gospodarczy, w którym mieściła się mała salka katechetyczna. Władze nalegały, abym zgłosił nauczanie religii w urzędzie powiatowym w Mogilnie. Gdyby tak się stało, to władze miały płacić miesięczną pensję i opłacać ubezpieczenie. Trzeba było to tylko zgłosić. Ale ksiądz prymas tłumaczył: Jeśli się zgodzicie, to w każdej chwili wizytator będzie mógł przyjść, że sala jest nie taka lub ksiądz źle wykłada i da nakaz zakończenia nauki. W wielu państwach tak władze postępowały, m.in. w Czechosłowacji. W dekanacie trzemeszeńskim dwóch księży nie zgłosiło nauczania i otrzymało karę pieniężną. Między innymi ja. Kary nie zapłaciłem, więc w każdej chwili mógł przyjść zielony i skonfiskować to, co miałem w plebanii. Dlatego takie rzeczy, jak meble i sprzęt wydałem na przechowanie parafianom. Gdyby przyszedł zielony, to nie miałby czego konfiskować. To trwało dwa lata. Nie miałam radia ani telewizji. Parafianie w tej sprawie postanowili się zwrócić do urzędu. Gospodarze pojechali do powiatu do Mogilna i pytają: Gdzie się płaci karę za nauczanie religii?. Jak inspektor się dowiedział, to kazał im nie rozgłaszać tej sprawy. Oni mu powiedzieli: Skoro ksiądz nie ma tylu pieniędzy, to my zapłacimy. Nie pamiętam w tej chwili ile, ale była to znaczna suma. I oni podchodzili do kasy i każdy z nich po kolei płacił po kilka złotych.
      A tu w kinie była jedna sala. Zrobiłem sobie pokoje. Przedzieliłem wszystko ścianami. Sufit jest obniżony. Podłogi, nowe drzwi, łazienki. Ja miałem siostrę niewidomą. Nie mogłem jej zostawić, no bo gdzie pójdzie. Z uwagi na tę siostrę, chciałem się nią opiekować. I stąd też arcybiskup zgodził się na to, żebym tu zamieszkał. W kinie.
      - A teraz jak ksiądz spędza dzień?
      - Latem chodzę do kościoła i odprawiam mszę o 18:00. Teraz to siedzę cały czas w domu ze względu na zimno. W kościele jest zbyt chłodno, abym mógł tam odprawiać nabożeństwo. Nie wiadomo jak to będzie z jubileuszem. Czy nie będzie konieczności przesunięcia go na wiosnę, jak zrobi się cieplej. Zobaczymy. Zależy od tego, jak zdrowie i Bóg pozwoli.
      - Dziękuję księdzu za wszystko.

Reklama

Remigiusz  Konieczka
Pałuki nr 932 951/2009)
S2UFLADA

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 06/06/2024 12:03
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości