Mamy ostatnie dni karnawału. Na kilka tygodni zapomnimy o balach i zabawach. - Ale o czym tu zapominać? Co to za zabawy dzisiaj? Kiedyś, to ludzie się bawili, spotykali, zrywali obcasy na parkietach. Teraz to już nie to. Poza tym żeby coś zorganizować, to trzeba wszystkie zezwolenia i formalności wyrobić. Kiedyś tego nie było, a ludzie bawili się całymi nocami - wspomina Adam Łybek, prawdopodobnie pierwszy didżej w historii barcińskiej rozrywki. Do tego akordeonista czy pianista, który sam rozkręcał i prowadził niejedną imprezę w Barcinie i okolicach w realiach Polski lokalnej lat 70-tych i 80-tych.
Jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w Barcinie i przy tym wyjątkowo pozytywnie nastawioną do świata. Zawsze przyjazny, wesoło odpowiadający na powitanie. Ma dystans do siebie i bardzo lubi ludzi. Uśmiecha się, pokazując nam swoje zdjęcie z dzieciństwa. - Taki byłem mały, i niewiele później urosłem - mówi. Kocha też muzykę i dobrą zabawę. Wielu mieszkańców gminy Barcin ma związane z jego osobą wspaniałe wspomnienia z czasów młodości, zabawy i pierwszych miłości, które się rodziły na potańcówkach. Często mówią o nim człowiek orkiestra. Nie tylko bowiem gra na instrumentach i śpiewa. W czasach swojej największej aktywności, jeśli chodzi o obsługę lokalnych wydarzeń rozrywkowych, także przygotowywał oświetlenie sal, nagrywał filmy na kasety VHS i fotografował.
![]() |
| Bracia Łybkowie. Stoi z koleżanką Bogdan Łybek, który później został księdzem. Obok Adama (ubrany w swój kostium sceniczny) siedzi jego brat Stefan, z którym zdarzało się im wspólnie grać na zabawach. fot. z archiwum Adama Łybka |
PIERWSZY DIDŻEJ W HISTORII MIASTA
To przy dźwiękach jego akordeonów, czy też organów elektrycznych albo w rytmie przebojów, które serwował jako prawdopodobnie pierwszy didżej w historii miasteczka, bawiły się na imprezach setki mieszkańców. Nie tylko zresztą barcinian. Na te zabawy przychodzili lub przyjeżdżali również mieszkańcy okolicznych miejscowości nie tylko z gminy Barcin. Chętnie też przyjeżdżali na nie np. pakoszczanie. Zwłaszcza że było to w czasach, gdy kursowały jeszcze pociągi pasażerskie między Inowrocławiem, Barcinem i Żninem. Przy wygrywanej przez niego muzyce rodziły się sympatie, ludzie łączyli się w pary. Obsługiwał muzycznie dziesiątki prywatnych imprez, zwłaszcza wesel, ale do legendy przeszły potańcówki publiczne, na których grał i śpiewał.
Adam Łybek, bo o nim tutaj mowa, to dzisiaj emeryt. Jest rodowitym barcinianinem. Urodził się w 1955 r. i dzieciństwo oraz młodość spędzał z rodzicami i rodzeństwem w mieszkaniu przy ul. Kościelnej (wtedy była to ul. Mariana Buczka). Mieszkanie sąsiadowało z wówczas funkcjonującą rzeźnią miejską. Mimo, a może wręcz przeciwnie - właśnie z powodu bliskości ubojni zwierząt - w młodym Adamie Łybku kształtowała się wrażliwość na muzykę i potrzeba szukania dzięki niej radości z życia oraz dawania tej radości innym.
![]() |
| Grupa młodzieży w "Klubie Spojrzeń". Za nimi piec kaflowy, który był źródłem ciepła w tym obiekcie oraz okno, przez które podczas imprez sprzedawano napoje. fot. z archiwum Adama Łybka |
ENERDOWSKA GITARA
W czasach, gdy był uczniem Szkoły Podstawowej na rynku w Barcinie, zapisał się do chóru i próbował gry na instrumentach pod kierunkiem nauczyciela, który w drugiej połowie XX w. odpowiadał za muzyczną edukację większej części młodzieży w mieście. Był nim wieloletni nauczyciel w najstarszej szkole w Barcinie, Bronisław Strach.
W tamtych czasach w Polsce zaczynał królować bigbit. Bronisław Strach miłośnikiem tego nurtu nie był, preferował starsze melodie. Natomiast kilka lat później, gdy Adam Łybek był już uczniem ówczesnej Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Piechcinie, wśród młodego pokolenia Polaków coraz popularniejszy stawał się rock alternatywny. W sumie nie trwało to szczególnie długo, bo świat powoli przygotowywał się na nadejście epoki disco. Oczywiście w siermiężnej, peerelowskiej rzeczywistości, a zwłaszcza w maleńkim Barcinie, era disco nie miała tak spektakularnego wymiaru, jaki można było podziwiać w amerykańskiej Gorączce sobotniej nocy, która nieco później królowała w kinach. Niemniej jednak okazało się, że to właśnie Adamowi Łybkowi przyszło przecierać lokalne, barcińskie szlaki, jeśli chodzi o organizację dyskotek.
Kilka lat przed erą disco Adam Łybek śpiewał w piechcińskim chórze szkolnym pod kierunkiem Tadeusza Pstrąga, innego zasłużonego pedagoga, w tym nauczyciela muzyki w historii szkolnictwa w gminie Barcin. Chór Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Piechcinie odnosił sukcesy na przeglądach, ale w nastoletnim Adamie niezmiennie dojrzewało marzenie o występach solowych lub kapeli grającej muzykę popularną. Chłopak kupił sobie pierwszy instrument za własne oszczędności. To była używana, niepełna perkusja, którą później doposażał we własnym zakresie. Także samodzielnie, bez instruktora gry, zaczynał wystukiwać na niej rytmy.
Inaczej było z kolejnymi instrumentami. Brat Adama, Stefan, mimo że był od niego młodszy, był chłopcem wyższym. Dlatego mama, Czesława, postanowiła kupić Stefanowi właśnie akordeon. Była to 80-basowa Victoria. Stefan zaczął brać lekcje u barcińskiego organisty, Tytusa Bulczyńskiego. Ten mieszkał na tej samej ulicy, co Łybkowie, bo w organistówce niedaleko kościoła pw. św. Jakuba Większego. Na lekcje gry więc Stefan nie miał daleko. Adam przypatrywał się postępom brata i trochę mu pozazdrościł. Gdy więc akordeon był akurat wolny, brał go z trudem na kolana i sam próbował wygrywać jakieś melodie. Ponieważ coś mu tam wychodziło, sam też zaczął pobierać lekcje u organisty. Przyznaje jednak, że w większości był samoukiem.
Później, jak wspomnieliśmy, Adam Łybek skończył ZSZ w Piechcinie i jako ślusarz - mechanik został zatrudniony w wybudowanej właśnie cementowni w Bielawach. Wkrótce został skierowany z cała brygadą w ramach wymiany na delegację do Rüdersdorfu koło Berlina. Działała w tym mieście, wówczas leżącym na terenie Niemieckiej Republiki Demokratycznej, cementownia. Jak wspomina Adam Łybek, zarobki w NRD były lepsze niż w Polsce. Z pieniędzy zaoszczędzonych podczas pobytu w delegacji kupił sobie w sklepie muzycznym w Berlinie Wschodnim swój pierwszy, własny akordeon firmy Weltmeister. Też 80-basowy. Dodatkowo kupił tam gitarę elektryczną, bo ten instrument również go interesował. Po powrocie do Barcina zakupił sobie jeszcze organy elektryczne Student, a po kilku latach organy B2. Na gitarze grać uczyli Adama Łybka miejscowi muzycy, Bronisław Lewandowski, Ryszard Światowy i jego ojciec, Tadeusz.
![]() |
| Adam Łybek na imprezie karnawałowej w otoczeniu młodzieży fot. z archiwum Adama Łybka |
Z MAMĄ NA IMPREZĘ
Wróćmy jednak do czasów szkolnych Adama Łybka, bo wtedy też zaczęła się jego przygoda z graniem na imprezach. Założył zespól ze swoim bratem Stefanem, z którym początkowo grali na akordeonach, a z czasem Adam zmienił instrument na organy. Towarzyszył im na gitarze basowej Damian Tomaszewski. Chłopcy zaczęli być zapraszani jako obsługa muzyczna potańcówek. Najczęściej gdzieś na wioskach, ale czasami też już w klubokawiarni, która w Barcinie znajdowała się w baraku na tyłach restauracji Noteć. Można było tam wchodzić zarówno z rynku przez podwórze, jak i z ul. Wioślarskiej, czyli z obecnego bulwaru nad rzeką.
Adam Łybek przypomina sobie szczególnie jedną z pierwszych potańcówek, na której grali w świetlicy wiejskiej w Kani. Byli niepełnoletni, więc - jak się śmieje dzisiaj Adam Łybek - dla przyzwoitości pojechała z nimi mama, Czesława.
- Ludzie się wybawili, na koniec sołtys ściągnął kapelusz, przeszedł się po sali mówiąc, że teraz płatność dla zespołu. Ludzie wrzucali pieniądze do kapelusza, a sołtys dał je nam, jako zapłatę za obsługę. Do domu w Barcinie nie było czym nam wtedy wrócić, więc wioskowi wezwali Milicję Obywatelską. Przyjechała milicyjna nyska, którą wróciliśmy do Barcina - wspomina tamtą potańcówkę w Kani nasz rozmówca.
I podobnie wyglądały wtedy potańcówki w innych wsiach. Po muzyków przyjeżdżał ktoś z danej miejscowości. Mógł to być woźnica z furmanką, ale też np. jakiś żuk z szoferem, który był do dyspozycji kółek rolniczych, czy spółdzielni produkcyjnych, działających na terenach wiejskich. Muzycy i sprzęt, którym dysponowali, byli zawożeni na imprezy, a po nich odwożeni do domów. Tak to funkcjonowało zarówno w latach 70-tych, jak i 80-tych. Popularne były zwłaszcza potańcówki na korcie przy plaży w Wolicach, w świetlicy w Sadłogoszczy, w Szczepanowie, czy na stadionie piłkarskim w Barcinie Wsi. Tam bowiem działał budynek klubowy Dębu, w którym był też bar, a za budynkiem był utwardzony plac, na którym można było tańczyć.
![]() |
| Na zdjęciu z didżejem jedna z uczestniczek zabawy fot. z archiwum Adama Łybka |
PRZED NIM GRAŁY ZIELONE GITARY I PAŁUCZANIE
Regularne, nie tylko w sezonie letnim, potańcówki odbywały się jednak we wspomnianej klubokawiarni w Barcinie. Pamięta ją bardzo dobrze Ewa Mazur, która jednak bawiła się tam jeszcze w czasach, nim didżejem został Adam Łybek. - Za moich czasów, a bywałam tam w połowie lat 60-tych, jeszcze przed maturą, którą zdawałam w 1967 r., mówiło się: "idziemy na ubaw". No i chodziliśmy na ten ubaw. Pamiętam, że grywali tam na pianinie pan Ryszard Barczyński, Jan Świtek. Bawiliśmy się też przy muzyce "Zielonych gitar" z Pakości. Co ciekawe, występowały w tej kapeli także siostry Dorota i Jadwiga Wojciechowskie. Później były związane artystycznie z zespołem wokalnym "Relax" w Barcinie i to właśnie przez tę działalność muzyczną są u nas dzisiaj bardziej kojarzone. Wracając do zabaw w klubie, który nazywał się "Klubem Spojrzeń" - taka była nazwa przy wejściu, za moich czasów grał dla nas jeszcze zespół ze Żnina, który nazywał się "Pałuczanie". Potańcówki przy bigbitowej muzyce były wspaniałe - wspomina Ewa Mazur.
Rzeczywiście, taki zespół istniał w Żninie. Pamięta go Zbigniew Napierała, też wtedy aktywny muzycznie, ale akurat nie we wspomnianej kapeli. Otóż w skład Pałuczan, którzy wbrew temu, co mogłaby sugerować nazwa, nie grali muzyki ludowej, a właśnie rozrywkową, wchodziło trzech instrumentalistów. Dzisiaj już nieżyjących. Byli to Józef Wollschlager na organach, Maciej Turostowski na gitarze basowej i Beniu Polsakiewicz na perkusji. W zespole była też wokalistka, której nazwiska Zbigniew Napierała nie pamięta.
![]() |
| Rok 1974 - zabawa, prawdopodobnie andrzejkowa, w "Klubie Spojrzeń". Adam Łybek jako didżej z magnetofonem szpulowym. W lewym rogu na stole widać też własnej roboty lampy oświetleniowe, wykorzystane podczas dyskoteki. fot. z archiwum Adama Łybka E |
DYSKOTEKI W KLUBIE SPOJRZEŃ
Zatem Adam Łybek ze swoimi organami w Klubie Spojrzeń zaczął królować dopiero po erze bigbitu. A sam klub miał - co trzeba zaznaczyć - także inne funkcje, nie tylko rozrywkowe. Prowadziła go pani Jadwiga Rucińska. Funkcjonował w strukturach Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska. W Klubie Spojrzeń była też tzw. Praktyczna Pani, z usługami m.in. krawieckimi czy dziewiarskimi. Nas jednak interesuje w tym miejscu przede wszystkim życie wieczorowe, w weekendy, zwłaszcza w karnawale. Choć, jak przypomina sobie Adam Łybek, tańce w klubie odbywały się praktycznie przez cały rok, poza postem i adwentem. Były też zabawy andrzejkowe i sylwestrowe. On sam występował tam ubrany w efektowny kostium, który uszyła mu na potrzeby występów scenicznych mama.
![]() |
| To już przełom lat 80/90. Impreza w świetlicy ogródków działkowych w Piechcinie fot. z archiwum Adama Łybka |
Grał nie tylko na swoich organach. Młoda publiczność oczekiwała też muzyki z taśmy. Adam Łybek zaopatrzył się w magnetofon szpulowy. Piosenki zgrywał z radia na taśmy i puszczał je na dyskotekach. Prawami autorskimi nikt się wówczas specjalnie nie przejmował. Dopiero w 1990 r. Adam Łybek zarejestrował się jako jednoosobowy zespół muzyczny w Stowarzyszeniu Muzyków Rozrywkowych w Polsce. Kilkanaście lat wcześniej, gdy obsługiwał pierwsze w barcinie dyskoteki, zaczął też wykorzystywać oświetlenie sali do wzmocnienia efektu. Lampy ze sterowanym światłem pomagali mu konstruować po godzinach koledzy elektrycy z KCW Kujawy. Takie oświetlenie nie miało oczywiście standardów znanych nie tylko ze współczesnych klubów, ale choćby klubów z lat siedemdziesiątych na Zachodzie, ale barcińskiej młodzieży musiały wtedy wystarczyć do wspaniałej zabawy.
Adam Łybek zaczynał od obsługi muzycznej publicznych potańcówek i dyskotek, ale wkrótce zaczął być wynajmowany na wesela, a także na tzw. domówki, czyli prywatne imprezy, np. z okazji imienin czy urodzin, które odbywały się w domach. Zresztą same wesela też w tamtych czasach nierzadko organizowano w mieszkaniach. Adam Łybek grał na setkach takich imprez, także w Inowrocławiu, a bywało, że w Poznaniu, Wrocławiu, Gorzowie Wielkopolskim i innych miastach.
![]() |
| Lata 80. XX w. W tamtych czasach Adam Łybek używał organów B2 fot. z archiwum Adama Łybka |
KONIEC ERY DISCO
- Teraz czasy się zmieniły. Kiedyś na potańcówce w klubie bawiła się cała młodzież z miasta. Były setki ludzi, ale się nie bili, nie było rzucania kuflami. A grałem też na zabawach strażackich, nie tylko na grzybku OSP przy remizie, gdy była ona jeszcze na ul. Wyzwolenia. Grałem też w samej remizie. Wtedy strażacy wyjeżdżali wozem bojowym z garażu i wpuszczali ludzi do środka, by tam tańczyli. Obecnie, niestety ludzie nie organizują już takich imprez. Z jednej strony się nie dziwię, bo dużo zachodu z tym jest. Jak ma być zabawa, to trzeba mieć zezwolenia, ochronę itd. Jak zaczynałem, to wszystko było robione po amatorsku, we własnym zakresie. Jak było poparcie zakładu pracy, władz sołeckich czy partyjnych, to ludzie po prostu ogłaszali imprezę, przychodzili i ona się odbywała - powiedział na koniec Adam Łybek.
![]() |
| Adam Łybek gra na organach, obok Damian Tomaszewski na gitarze fot. z archiwum Adama Łybka |
Współcześnie jeszcze zdarza mu się zagrać na jakimś spotkaniu seniorów, ale na potańcówkach już nie. W Barcinie Klubu Spojrzeń nie ma już od ponad 30 lat, a innych lokali, które przejęłyby jego rolę, w mieście brak. Adam Łybek lubi więc sobie pograć na organach co najwyżej dla własnej satysfakcji, w domu.
Karol Gapiński, 14 II 2023
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze