Historia tajnego współpracownika ps. „Danek”, zarejestrowanego w dzienniku rejestracyjnym sieci agenturalnej pod numerem ewidencyjnym 11.934, to dzieje wstydliwej i hańbiącej współpracy ze znienawidzoną przez Polaków komunistyczną bezpieką. To także dzieje burzliwego życia i licznych romansów księdza-kobieciarza.
Nikt nie przypuszczał, że syn Jana i Marianny, urodzony w Łopiennie, powiat gnieźnieński, zostanie uwikłany we współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Po zakończeniu edukacji na szczeblu podstawowym syn rolników kontynuował naukę w szkole średniej. Zakończenie tego beztroskiego etapu edukacji postawiło przed przyszłym delatorem o pseudonimie „Danek” dylemat. Rodzice bardzo pragnęli, aby został księdzem, do włożenia habitu namawiał go również lokalny ksiądz proboszcz, ale on sam nie czuł żaru powołania.
W tym miejscu spójrzmy na problem oczami komunistycznej bezpieki. Nie jest tajemnicą, że Służba Bezpieczeństwa była zbrojnym ramieniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Oznaczało to, że polska bezpieka była podporządkowana wytycznym jednej partii, partii rządzącej, komunistycznej, co jest cechą charakterystyczną systemów totalitarnych. SB jako narzędzie PZPR było wyspecjalizowanym organem państwowym, którego główne zadanie stanowiła ochrona i umacnianie hegemoni komunistycznej władzy. Partia komunistyczna stosownie do preferowanej ideologii marksistowsko-leninowskiej największego wroga upatrywała w Kościele katolickim. W zainicjowanej walce o dusze Polaków specyficzną rolę odgrywał Departament IV z jego odpowiednikami w postaci wydziałów (referatów) w terenie.

W żargonie resortowym jego zadanie określano jako przeciwdziałanie wrogiej ideologicznie, szkodliwej politycznie i społecznie działalności hierarchii i części kleru rzymskokatolickiego, świeckich organizacji katolickich i innych związków wyznaniowych. Nie będzie przesadą, że starano się zatrudniać w wywołanym pionie najzdolniejszych i najbardziej oddanych systemowi adeptów szkół resortowych. Wynikało to z faktu, że pozyskanie tajnego współpracownika ze środowiska kleru przychodziło bezpiece niezmiernie trudno. Środowisko kleru - o czym warto pamiętać - było niezwykle zintegrowane i lojalne wewnętrznie zarówno wobec siebie, jak i wobec hierarchii kościelnej, której składało ślubowanie. Niebagatelną rolę odgrywały też wysokie standardy etyczne, wynikające z chrześcijańskiej wiary. Nie dziwi zatem fakt, że bezpiece chodziło o dezintegrację tego środowiska, które skutecznie opierało się naciskom ideologicznym partii komunistycznej. Nie podlega dyskusji, że tajna policja polityczna, pozyskując duchownego do współpracy, wprowadzała do analizowanego środowiska chaos.
Przyszły sygnalista ps. „Danek” został namierzony przez bezpiekę jako kandydat, dzięki informacjom uzyskanym od innych osobowych źródeł informacji. Bezpieka wytypowała go jako kandydata na donosiciela. 6 kwietnia 1962 roku oficer operacyjny SB Tadeusz Lisiecki z Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Gnieźnie zwrócił się do swoich przełożonym na szczeblu wojewódzkim o możliwość zwerbowania w charakterze delatora w osobie „KK”. Przełożony z Wydziału IV wyraził zgodę, radząc zachować daleko idącą ostrożność. Funkcjonariusz Tadeusz Lisiecki poprzez inne osobowe źródła informacji, wywiady w miejscu zamieszkania i szkole, Wydział Paszportów i informacje zebrane w USC opracował dane dotyczące kandydata i jego rodziny.
W celu lepszego poznania osobowości kandydata na TW funkcjonariusz postanowił doprowadzić do spotkania sondażowego, aby dokładniej go poznać. Cel tego kontaktu zakładał ocenę zachowania kandydata i jego charakteru w trakcie bezpośredniej rozmowy. Kolejnym założeniem było zapoznanie się i oswojenie rozmówcy z funkcjonariuszem. Efektem bezpośredniego spotkania było także zdobycie dokładniejszych danych o nim. W streszczeniu opracowania jego sylwetki odnotowano: „Kandydat jest na przeciętnym poziomie intelektualnym. Charakter ma towarzyski, przez co jest lubiany w otoczeniu. Nałogów specjalnych nie stwierdzono”. Na podstawie dokumentów „W” ustalono, że kleryk „KK” przejawia zainteresowania kobietami. Ponadto z posiadanych informacji wynikało, że „kandydat zamierza kombinować, aby nie odbywać zasadniczej służby wojskowej”. Z przeglądania jego korespondencji tajna policja polityczna dowiedziała się, że w tej kwestii radził się swojego kolegi studiującego na Politechnice Wrocławskiej. Na podstawie tej informacji bezpieka też ustaliła, że „w stosunku do PRL wrogiej działalności nie przejawia”.
Rodzina uchodziła za głęboko wierzącą, spokojną i ułożoną. Oczekiwania Służby Bezpieczeństwa w przypadku udanego pozyskania były niezwykle szerokie, o czym funkcjonariusz bezpieki informował swoich przełożonych: „Kandydata zamierzam pozyskać w celu obserwacji figurantów spraw operacyjnej obserwacji wywodzących się z grona kadry profesorskiej ASD w Gnieźnie”. Ponadto po zwerbowaniu adept miał „meliorować” (drążyć) środowisko kleryków i wykładowców seminarium, zaś w perspektywie miał zostać działaczem dywersyjno-politycznym na terenie KUL. Bezpieka wtedy prowadziła obserwację i inwigilację wielu księży, będących na stanowiskach, wśród których byli: zastępca rektora Archidiecezjalnego Seminarium Duchownego w Gnieźnie ks. Felicjan Kłoniecki (sprawa o kryptonimie „Pedagog”), były rektor KUL ks. Antoni Słomkowski (krypt. „Parasol”), wykładowca w seminarium (pod koniec życia rezydent parafii Mariackiej w Żninie) ks. Kazimierz Warda (krypt. „Czarny”). Policja polityczna wiedziała, że są porządnymi ludźmi, którzy patrzyli na totalitarny ustrój niechętnie i chciała wiedzieć, co robią, co myślą i jak utrudnić im życie.
Warto tu wspomnieć, że urodzony w Ryszewku w 1900 roku ks. Antoni Słomkowski, pierwszy po wojnie rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego po aresztowaniu w kwietniu 1949 roku został skazany za nieprawomyślność polityczną, gdyż nie chciał zezwolić na założenie w murach KUL Związku Młodzieży Polskiej i komórki PZPR. Wyszedł zza krat w listopadzie 1954 roku, w 1957 roku wznowił wykłady na Wydziale Teologicznym KUL, ale od 1960 roku Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego zakazało prowadzenia mu zajęć uniwersyteckich i wykładał w gnieźnieńskim seminarium duchownym.
Zamierzano, by kleryka pozyskać do współpracy dobrowolnie. Za taką strategią pozyskania przemawiał fakt, że według wiedzy tajnej policji politycznej do wstąpienia w progi seminarium namówiła go matka oraz miejscowy ksiądz, nie bez znaczenia była też chęć uniknięcia służby wojskowej, w czym mogłaby się okazać pomocna bezpieka. Drugi wariant zakładał: „W przypadku wysondowania, że na pozyskanie ww. nie wyrazi zgody, będę zmierzał do nakłonienia go pod kątem rezygnacji ze studiów filozoficzno-teologicznych, wykorzystując jego wątpliwości”.
Pozwalając sobie w tym miejscu na dygresję, warto zauważyć, jak ogromne znaczenie w celu powodzenia werbunku miał dobór motywacji i strategii. Naturalnie wymagało to znacznej wiedzy o kandydacie i zindywidualizowanego dopasowywania argumentów, perswazji, strategii czy nawet form nacisku. Przestrzegano jednocześnie, że nie o sam werbunek chodzi, ale o wybór takiej podstawy pozyskania, która nie tylko skłoni kandydata do wyrażenia dobrowolnej zgody na współpracę, ale będzie przez to istotnym czynnikiem trwałej więzi tajnego współpracownika ze Służbą Bezpieczeństwa na długie lata.
Zanim przystąpiono do werbunku właściwego, esbek opracowujący dane kandydata, przedstawiał do akceptacji swojemu przełożonemu stenogram werbunku z kilkoma jego wariantami. Według zaakceptowanego przez przełożonego na szczeblu wojewódzkim scenariusza podporucznik Tadeusz Lisiecki zaplanował rozmowę w celu „pozyskania kandydata” na 26 kwietnia 1962 roku.
Rozmowa odbyła się w Łopiennie, w domu rodzinnym kandydata, gdzie wspomniany funkcjonariusz odwiedził go. „KK” przedstawił gościa rodzinie jako kolegę z gimnazjum (tak mu poradził esbek). W osobnym pokoju, gdzie można było swobodnie rozmawiać, oficer operacyjny zaproponował współpracę z SB. Zameldował później: „Po chwili namysłu wyraził zgodę, wobec czego pobrałem od niego zobowiązanie na piśmie, wybierając sobie samowolnie pseudonim „Danek”. W toku dalszej rozmowy pouczyłem pozyskanego i wyjaśniłem mu, na czym powyższa współpraca będzie polegać”. Ustalono, że denuncjacje będzie przesyłał listownie na ustaloną skrytkę pocztową. W takich oto okolicznościach został pozyskany do współpracy z SB przyszły duchowny, który współpracował gorliwie z komunistycznym aparatem terroru i bezprawia kilkanaście lat, otrzymując za ten fakt wynagrodzenie.
Niezwykle ważnym dokumentem, dającym pogląd na obraz i charakter współpracy była charakterystyka delatora, która określała stopień zaprzedania się bezpiece, wiarygodność, lojalność, systematyczność, punktualność, umiejętność przestrzegania konspiracji. W przypadku tajnego współpracownika ps. „Danek” dysponujemy wyczerpującą charakterystyką ze względu na długoletni fakt współpracy z komunistyczną tajną policją polityczną. Już w trakcie swoich studiów w Seminarium Duchownym był cennym osobowym źródłem informacji, które bez skrupułów przekazywało informacje dotyczące nastrojów i sytuacji w środowisku kleryków oraz wyczerpująco charakteryzował alumnów i profesorów, którymi interesowała się SB.
Po ukończeniu seminarium duchownego w Gnieźnie, już jako wikariusz na kolejnych placówkach województwa bydgoskiego i wielkopolskiego, kontynuował systematyczną współpracę ze służbą bezpieczeństwa.
Na podstawie zgromadzonych dokumentów w jego teczce personalnej, możemy się dowiedzieć, że duchowny „utrzymywał szereg kontaktów z kobietami, doprowadzając do wnoszenia na niego skarg ze strony mężów, których żony utrzymywały z TW intymne kontakty”. Na tle tych skarg dochodziło do wielu zatargów z proboszczami parafii w których był wikariuszem. Aby uniknąć skandali, przełożeni często przenosili go do innych parafii, położonych na Kujawach i na Pałukach. Ubocznym skutkiem jego słabości do płci pięknej i skarg z tym związanych był brak awansu w hierarchii kościelnej, a co za tym idzie - brak możliwości uzyskania samodzielnego probostwa. To z kolei owocowało chęcią wzięcia odwetu na hierarchach i przekładało się na intensyfikację współpracy, do której był niezwykle chętny i za którą był wielokrotnie wynagradzany. W latach 1962-1969 otrzymał od komunistycznej bezpieki 24.600 złotych. W późniejszych latach również był sowicie wynagradzany.
Nagrody pieniężne, załatwianie spraw osobistych i inne przywileje dla konfidentów były formą wiązania ich z komunistycznym aparatem terroru. Za otrzymane srebrniki przekazywał znienawidzonej przez ludzi bezpiece cenne informacje o kapłanach na poszczególnych placówkach w których pełnił posługę kapłańską, podając ich charakterystyki, stosunek do przełożonych, ich przyzwyczajenia i słabości. Pisał przede wszystkim donosy na tych kapłanów, którzy wyrażali z ambony swój wrogi stosunek do komunistycznego reżimu.
W sierpniu 1973 r. „Danek” został przeniesiony do parafii Słupy w powiecie szubińskim i w listopadzie został przejęty na kontakt przez pierwszego zastępcę Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej do spraw SB w Szubinie. Prowadzenie konfidenta przez szefa lokalnej bezpieki świadczyło o fakcie przydatności, ważności i gorliwości osobowego źródła informacji dla resortu. W marcu 1975 r. delatorowi urodził się syn i w związku z konfliktem między nim a biskupem Michalskim „Danek” zrezygnował ostentacyjnie ze stanu kapłańskiego.
Konfidentom szczególnie zasłużonym, przez długie lata wysługującym się komunistycznemu reżimowi, bezpieka spieszyła z pomocą. W tym przypadku SB pomogła znaleźć pracę kochance księdza oraz załatwić jej mieszkanie. Rezygnacja ze stanu kapłańskiego była przyczyną zakończenia współpracy, ponieważ tajny współpracownik „utracił możliwości operacyjne po linii Wydziału IV”. Zakończenie w 1975 roku współpracy z tajnym współpracownikiem polegało na „wyprowadzeniu go ze sprawy”, i złożeniu dokumentów w archiwum. Dokumenty donosiciela ps. „Danek” w postaci teczki personalnej i teczki pracy liczącej 128 kart w postaci donosów złożono w archiwum Wydziału „C” KWMO w Bydgoszczy pod numerem archiwalnym 33659.
Nie oznaczało to bynajmniej, że w wyłaniającej się przyszłości, po zdobyciu pracy SB nie skorzystała ponownie z jego usług w celu inwigilowania innych grup zawodowych. Po powstaniu ruchu „Solidarności” takie przypadki były częste, ale czy z TW „Dankiem” odnowiono współpracę - nie wiadomo. Dokumentów na to nie znalazłem.
Po 1975 roku były konfident bezpieki, donoszący na swoich braci kapłanów, zaszył się w Barcinie przy ul. Mogileńskiej.
Adam Węsierski
* Dla osób, chcących się skontaktować z autorem publikacji, podajemy telefon: 697-363-181.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze