Reklama

Kulisy pierwszych w Żninie wyborów samorządowych

Po pierwszych wolnych wyborach samorządowych w 1990 r. karty w żnińskiej Radzie Miejskiej i władzach samorządowych rozdawane były w Sobiejuchach, na spotkaniach u Bernarda Hoppego. To tutaj Henryk Tokarz robił, co mógł, aby burmistrzem Żnina nie został kandydat Komitetu Obywatelskiego, czyli namawiał radnych swojej koalicji do głosowania na Leszka Jakubowskiego. Przypominamy archiwalny tekst.

    MIEJSKA RADA NARODOWA
    Ostatnie w PRL wybory do Miejskiej Rady Narodowej w Żninie odbyły się w 1988 roku. W Żninie Miejska Rada Narodowa liczyła 62 radnych. Na jej czele stał przewodniczący i tzw. Prezydium MRN. Nie było burmistrza. Władza wykonawcza należała do Naczelnika Miasta i Gminy. Wówczas był nim Zbigniew Jaszczuk. Przewodniczącym Prezydium MRN był Zdzisław Małecki, który jednocześnie pełnił funkcję I Sekretarza Komitetu Miejsko-Gminnego PZPR w Żninie. - Jako I sekretarz nie miałem instrumentów prawnego wpływania  na radnych. Podwójna funkcja dawała legitymację do kierowania życiem gospodarczym gminy, co zresztą gminie na złe nie wyszło. Dużo się wtedy działo i dużo się budowało - ocenia dziś Zdzisław Małecki.
    W skład Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wchodzili przewodniczący, wiceprzewodniczący oraz przewodniczący komisji resortowych (m.in. rolnictwa, zdrowia, przemysłu, handlu i drobnej wytwórczości, bezpieczeństwa). Było to 7-8 osób.
    Na początku 1990 roku wiceprzewodniczącym MRN był Franciszek Szafrański (ZSL): - Miejska Rada Narodowa była to dość liczna reprezentacja, która odzwierciedlała skład demograficzny i przekrój społeczeństwa. Prawie każda wieś miała swojego przedstawiciela w radzie - wyjaśnia Zdzisław Małecki.
     Jerzy Kowalski, który jest radnym nieprzerwanie od 1988 roku, wspomina: - W tamtej radzie radni jedynie podnosili rękę. Ustalało wszystko prezydium, a Małecki był jego przewodniczącym. Zbieraliśmy się w komisjach. Ja pracowałem w komisji budżetowej, której szefem był Balski. Tamta rada zmieniała naczelnika. Odwołaliśmy Tadeusza Nowickiego i wszedł Zbigniew Jaszczuk. Dyskusje były tylko w ścisłym kierownictwie - mówi Jerzy Kowalski.
    Nieco inaczej widział pracę MRN Franciszek Szafrański: - Nie można mówić, że rada nie miała nic do gadania. Przewodniczącym był I sekretarz. Tak nie powinno być, ale wtedy były takie czasy. Nie było też tak, że I sekretarz wskazywał palcem i mówił wszystkim, co mają robić i jak głosować. Decyzje podejmowane były kolegialnie. System, systemem, ale to ludzie decydowali, jak trzeba robić. Takim radnym, który działał dla dobra Żnina, był Ryszard Fałszewicz. Człowiek wysokiej kultury, patriota, pasjonat. Polityka była odłożona w kąt.  Każdy z nas wygłaszał swoje zdanie i bywało tak, że Małecki musiał ustąpić.
    W lutym 1990 roku Zdzisław Małecki zrezygnował z przewodniczenia MRN. - Zaskoczyłem wszystkich. Nie widziałem możliwości wpływania na bieg wypadków i zrezygnowałem. W 1990 roku tamta rada tak naprawdę dogorywała. To wszystko straciło sens. W wyborach samorządowych 1990 roku nie chciałem już kandydować. Ruch lewicowy był w rozsypce. Powstawała dopiero SdRP (Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej). Nie miałem złudzeń, że w tej atmosferze, jako były pierwszy sekretarz, nie miałbym szans.
    PIERWSZE WOLNE
    W wyborach z 27 maja 1990 r. Żnin został podzielony na 28 okręgów. Wybory były jednomandatowe, tzn. że z każdego okręgu wybory wygrywał ten kandydat, który otrzymał największą liczbę głosów. Na miesiąc przed wyborami zgłoszonych zostało 114 kandydatów.
    Wspomina Jacek Jachimowski, w 1990 r. świeżo upieczony absolwent prawa, który znalazł pracę w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy i robił aplikację sędziowską: - Zgłosił się do mnie Aleksander Kmiećkowiak. Wiedział, że nie uczestniczę w życiu społeczno-politycznym Żnina. Interesowałem się polityką, ale aktywnie nigdzie nie działałem. Aleksander Kmiećkowiak po rozmowie ze mną stwierdził, że jestem do działalności politycznej dobrze przygotowany. Zapytał, czy chciałbym być kandydatem na radnego z ramienia Komitetu Obywatelskiego. Szybko się zdecydowałem. Potem były wewnętrzne wybory kandydatów na radnych w łonie Komitetu Obywatelskiego - mówi Jacek Joachimowski.
    Stanisław Woźny też kandydował z ramienia Komitetu Obywatelskiego. Pracował w Spomaszu. Był głównym technologiem: - Wieczorem po mszy w kościele św. Floriana podszedł do mnie Andrzej Krzyżaniak. Powiedział, że jest grupa osób w Komitecie Obywatelskim, które chcą, abym wziął udział w wyborach. Od razu się zgodziłem.
    - Mnie do kandydowania wysunęli solidarnościowcy. Sam zebrałem wymaganych 15 podpisów. Nie miałem własnego komitetu wyborczego. Wszyscy myśleli, że przegram, a wygrałem i to z samym dyrektorem PGR Żnin Józefem Jurkiewiczem - mówi Jan Rogosz, ówczesny zastępca dyrektora PGR w Cerekwicy.
    - Przed wyborami kandydaci KO spotkali się na zebraniu w „ekonomiku”. Nikt z nich tak naprawdę nie wiedział, czym jest samorząd, na czym polega reforma samorządowa. Wyborców była garstka. W KO uzgodniliśmy, że każdy sam wyda sobie ulotki wyborcze. Mieliśmy umowę z Pocztą. Listonosze roznieśli 200 moich ulotek - dodał Jacek Joachimowski.
    Przewodniczącą Komisji Wyborczej Miasta i Gminy Żnina  była Irena Starczewska, prezes Banku Spółdzielczego w Żninie. Jej zastępcą był Bronisław Zacharko. Sekretarzem komisji wyborczej została Maria Jarmuż. Członkami byli: Tadeusz Wysocki, Wacław Żeglarski, Adam Imbierowicz, Krzysztof Płażewski, Józef Marciniak, Aleksandra Stypczyńska, Zygmunt Koziełek, Jan Kopterski, Lech Nowak, Krystyna Krzemińska, Krzysztof Gąsiorowski i Bartłomiej Ziemba.
    Najwięcej głosów w wyborach samorządowych otrzymał Ryszard Wiechetek. Zaufało mu 222 wyborców. W mieście zwyciężył Jacek Joachimowski, który dostał 216 głosów. Frekwencja wyniosła 54%. W dwudziestoośmioosobowej radzie znalazło się 8 osób, których nie popierała żadna organizacja, 6 reprezentantów wprowadził Komitet Obywatelski, 6 - PSL, 4 - Stronnictwo Demokratyczne, 3 - Solidarność Rolników Indywidualnych (jeden z radnych był reprezentantem i PSL i  Solidarności RI), 2 - Chrześcijańsko-Demokratyczne Stronnictwo Pracy.
    Radnymi zostali wybrani: Janusz Chudzik, Teofil Dudziak, Jan Erdman (PSL), Stanisław Głogowski (KO), Fabian Heinich (PSL), Bernard Hoppe (PSL), Edward Janowiak (PSL), Maciej Jarmuż (S Rolników Indywidualnych), Jacek Joachimowski (KO), Józef Kaczmarek (KO), Jerzy Kowalski, Andrzej Krzyżaniak (KO), Sławomir Kuberacki (Chrześcijańsko-Demokratyczne Stronnictwo Pracy), Zbigniew Linda (SD), Ryszard Lorczyk, Feliks Malinowski (SD), Bernard Marosz (SD), Włodzimierz Mazany (SD i Cech Rzemiosł Różnych), Henryk Pawlaczyk, Jan Rogosz, Zygmunt Rzeźnik, Anna Siadak (PSL), Franciszek Szafrański (KO), Henryk Tokarz (Ch-DSP), Andrzej Turzyński, Ryszard Wiechetek (PSL i S RI), Stanisław Woźny (KO), Janusz Wujkowski (S RI).
    TOKARZ PRZECIW KO
    Środowisko solidarnościowe było podzielone. Wynikało to z zapoczątkowanego wiosną 1989 roku konfliktu między Andrzejem Wybrańskim a Henrykiem Tokarzem. Rozejście się dróg obu najważniejszych w działalności podziemnej Żnina osób spowodowane było wyborami ideowymi i środowiskowymi: Wybrański był (ówcześnie) po prawej stronie Komitetu Obywatelskiego (Tokarczuk, Kaczyńscy), Tokarz - wśród osób działających poza KO (Rulewski, Pastuszewski).
    - Stworzyliśmy koalicję z radnymi z innych bloków wyborczych - Polskim Stronnictwem Ludowym, „Solidarnością” Rolników Indywidualnych i z częścią radnych bezpartyjnych, skierowaną przeciw KO. Pozostało jeszcze dwóch niezależnych radnych: Ryszard Lorczyk i Jerzy Kowalski. Ci nie przystąpili do żadnej z dwóch koalicji - wyjaśnia Henryk Tokarz.
    Pierwsze po wyborach spotkanie koalicji SP-PSL-S RI i częścią radnych bezpartyjnych  odbyło się w budynku dzisiejszego MOPS. Prowadzącym zebranie był Bernard Hoppe. Później został kandydatem na stanowisko przewodniczącego Rady Miejskiej. Kandydatami na wiceprzewodniczących byli Henryk Tokarz (SP) i Feliks Malinowski (SD).
    - Zostawiliśmy jedno stanowisko wiceprzewodniczącego dla Komitetu Obywatelskiego i trzecim wiceprzewodniczącym został Stanisław Woźny - mówi Henryk Tokarz.
    Andrzej Turzyński startował w wyborach do Rady Miejskiej w 1990 r. pod szyldem samorządu mieszkańców zrzeszonego przy Spółdzielni Mieszkaniowej jako kandydat niezależny. Do dziś podkreśla swoją apolityczność. Jego kandydaturze towarzyszyła nowoczesna, jak na owe czasy, kampania wyborcza. Na całej witrynie dzisiejszych delikatesów Lusia widniało jego zdjęcie z programem wyborczym. Przyniosło to zamierzony skutek - znalazł się w  gronie 28 radnych. Kierował komisją socjalno-bytową i służby zdrowia. Wystąpił z wnioskiem o ustalenie odpłatności radnych za udział w pracach komisji i sesjach. Z przeciwnym wnioskiem wystąpił Franciszek Szafrański, który przekonywał, że radni reprezentują społeczeństwo i powinni pracować bez diet. Pracodawca miał obowiązek zwolnić pracownika, kiedy odbywały się sesje i komisje, ale dni te były w pracy bezpłatne. Wniosek Andrzeja Turzyńskiego został poparty głosami 4:3. Pozostali radni wstrzymali się od głosu. I w taki sposób ustalono (co obowiązuje do dziś), że wszyscy radni otrzymują diety.
    Fabian Heinich zadebiutował jako radny w 1988 r. Po dwóch latach skutecznie ubiegał się w pierwszych wolnych wyborach do Rady Miejskiej o mandat. Wspomina, że Bernard Hoppe był w 1990 roku szefem ludowców w gminie Żnin. Radni, którzy nie byli związani z ruchem ludowym, postanowili, że poprą Bernarda Hoppego w wyborach na przewodniczącego Rady Miejskiej pod jednym warunkiem - musiał zrezygnować z kierownictwa w PSL (jeszcze starym, nieodnowionym). Tak też się stało. Stery w PSL przejął po Bernardzie Hoppe Ryszard Wiechetek.
    Później Bernarda Hoppego na stanowisku przewodniczącego Rady Miejskiej zastąpił Fabian Heinich. Zarówno Bernard Hoppe, jak i Stanisław Woźny kierowali spółkami Skarbu Państwa, dlatego nie mogli pełnić zajmowanych funkcji przewodniczącego i wiceprzewodniczącego. Najpierw Fabian Heinich został wiceprzewodniczącym w miejsce Stanisława Woźnego, a następnie radni powierzyli mu funkcję przewodniczącego.

Marek Pacho był kandydatem KO w starciu z Ryszardem Wiechetkiem fot. Dominik Księski

Reklama

    WIECHETEK KONTRA PACHO
    Po wyborze przewodniczącego Rady na kolejnej sesji miało dojść do wyboru burmistrza Żnina.
     Zbigniew Jaszczuk, obecnie starosta żniński, w 1990 roku naczelnik miasta i gminy Żnin wspomina: - Przed pierwszą sesją na temat kandydowania rozmawiał ze mną Ryszard Lorczyk. Nie wyraziłem wówczas zgody na kandydowanie. Na pierwszej sesji nie udało się wybrać burmistrza. Dlatego przed drugą sesją Ryszard Lorczyk z Jerzym Kowalskim ponownie przekonywali mnie, bym zgodził się kandydować. Ponownie odmówiłem, moje miejsce bowiem widziałem w administracji rządowej, w tworzonych wówczas urzędach rejonowych. Nie chciałem też kandydować na burmistrza wiedząc, że niektórzy radni gotowi byli do różnych rzeczy. Niepotrzebna mi była szarpanina z radnymi.
    Ryszard Lorczyk, radny skróconej kadencji Miejskiej Rady Narodowej w latach 1988-1990, wyjaśnia: - Powiedziałem mu, że zna się na tej pracy. On w ogóle nie zgodził się na kandydowanie.
Kandydatami na stanowisko burmistrza Żnina zostali Ryszard Wiechetek (kandydat koalicji ludowców) i Marek Pacho (kandydat Komitetu Obywatelskiego).
    Henryk Tokarz wspomina, że na jednym ze spotkań koalicyjnych radni koalicji zaproponowali Markowi Pacho start w wyborach na stanowisko burmistrza. Marek Pacho odmówił radnym koalicji. - Ale jak go poprosił Andrzej Wybrański, to nie odmówił. Można było uzgodnić i wystawić jednego kandydata na burmistrza. Wtedy wspólnym kandydatem byłby Marek Pacho, ale my nie znaliśmy planów KO i wszyscy to źle rozegraliśmy taktycznie - mówi Henryk Tokarz.
    - Tamtej koalicji nie łączyło nic, ani względy ideologiczne ani treści programowe. Jej zasadniczym celem było to, aby nie dopuścić do wygranej kandydata Komitetu Obywatelskiego - ocenia Jacek Joachimowski.
    - Przystąpiłem do grupy wiejskiej. Pierwsze skrzypce grał w niej Henryk Tokarz. Doszło do dwóch spotkań w Sobiejuchach u dr. Hoppego. Cieszył się wówczas dużym autorytetem, bo jako pierwszy wygrał konkurs na dyrektora SHR. Na początku każdy z radnych o sobie coś powiedział. Potem Wiechetek sam siebie zaproponował jako kandydata na burmistrza. Nastąpiła dość niezręczna sytuacja, bo nie leżała wszystkim jego kandydatura, a nie mogliśmy odmówić, bo potrzebowaliśmy burmistrza ze wsi. Były głosy, żeby podzielić gminę na wiejską i miejską. Chcieliśmy mieć człowieka, który broniłby interesu wsi. Cieszyliśmy się, że ktoś jest i jednocześnie się nie cieszyliśmy. Ryszard Wiechetek był dla części osób nieznany - relacjonuje Jan Rogosz.

Ryszard Wiechetek - kandydat na pierwszego burmistrza Żnina, jeszcze w pierwszym podejściu fot. Arkadiusz Majszak

Reklama

    Ryszard Wiechetek z Dochanowa tak wspomina spotkania i ustalenia w Sobiejuchach: - Zaproponowali: „Może ty będziesz burmistrzem” i ja się wtedy zgodziłem. W to wszystko zamierzał się włączyć Jaszczuk, ale zrezygnował. Potem mówiło się, że kandydatem na burmistrza miał być Józef Kaczmarek. Ale i on odpadł, więc w jego miejsce wskoczył Marek Pacho - kandydat spoza rady.
Ryszarda Wiechetka w wyborach nie poparli radni SD. Ryszard Wiechetek i Marek Pacho dostali po 13 głosów. Kandydat, aby zostać burmistrzem, musiał otrzymać w głosowaniu tajnym głosów 15. Każdemu zabrakło więc 2 głosów. - SD o tym, że nie poprze Wiechetka oświadczyło tuż przed sesją. Trzy tury głosowania nie przyniosły rozstrzygnięcia. W związku z tym sesja została przerwana - mówi Henryk Tokarz.
    Po pierwszym patowym głosowaniu Ryszard Wiechetek, jak teraz opowiada, wyszedł z inicjatywą, by przekonać 4 radnych z przeciwnego obozu do poparcia jego kandydatury. Tyle głosów dzieliło Ryszarda Wiechetka od funkcji pierwszego po obaleniu komunizmu burmistrza grodu Śniadeckich. Rozmowy zakończyły się niepowodzeniem. Kompromisu nie osiągnięto. Ryszard Wiechetek przyznaje, że szczególnie przeciwni jego kandydaturze były: Stronnictwo Demokratyczne, Komitet Obywatelski i radni niezależni. W tej sytuacji - widząc, że szanse maleją do zera - Ryszard Wiechetek postanowił zrezygnować z dalszej walki o fotel burmistrza.  Był osobą mało znaną. Spoza środowiska. Dopiero co przyjechał z lubelskiego, skąd pochodzi. Stąd m.in. wynikał opór wobec jego osoby. Dodaje, że był jeszcze jeden powód. Opowiada, że odwiedzili go panowie, których nazwisk nie chce zdradzać, i ostrzegli, iż zrobią wszystko, by nie został burmistrzem. Zapowiadali również, że nawet gdyby Ryszard Wiechetek został burmistrzem, to będzie napotykał na ciągłe uprzykrzanie życia, rzucanie kłód pod nogi i stosowanie innych chwytów, które zmuszą go do abdykacji. Nie odebrał tego jako dobre rady, tylko zastraszanie. I owe naciski również przyczyniły się do ostatecznej decyzji kandydata. Do definitywnej rezygnacji z kandydowania.
    - Wiechetek był samozwańcem. Optował za tym, by podzielić miasto i wieś i stworzyć stanowisko wójta oraz burmistrza. Ta koncepcja nie zyskała akceptacji.Radziłem mu wówczas: „Odpuść sobie, bo nikt tutaj ciebie nie zna”. Potem wycofał  swoją kandydaturę. Propozycję składano również Jaszczukowi. On był jednak zainteresowany pracą w Urzędzie Rejonowym - opowiada Andrzej Turzyński.
     Obydwa obozy rozpoczęły gorączkowe poszukiwania kandydatów, którzy mogliby zdobyć większość podczas głosowania w wyborach na burmistrza Żnina.
    - Terenowe organy administracji państwowej, czyli naczelnicy, mogli sprawować swoją funkcję do 1 lipca. Gdyby radni nie wybrali burmistrza do tego czasu, to  groziło to ustanowieniem „namiestnika” - przypomina Zbigniew Jaszczuk.
    JAKUBOWSKI CZEKAŁ POD LIPĄ
    Henryk Tokarz ze Sławomirem Kuberackim (obaj Stronnictwo Pracy) starali się znaleźć odpowiedniego człowieka do pełnienia funkcji burmistrza: - Była brana pod uwagę Barbara Walczak z centrali nasiennej oraz inż. Jarmuż z Murczyna. Obydwie osoby nie chciały być kandydatami w wyborach na burmistrza. Jedną z kandydatur była osoba Leszka Jakubowskiego, którego znałem z zebrań „Solidarności” GS Żnin. Wiedziałem, że jest kierownikiem rolnym w Urzędzie Gminy w Gąsawie. Dzień przed drugą sesją w południe pojechałem do Gąsawy na rozmowę z Leszkiem Jakubowskim. Był zaskoczony propozycją. Oświadczyłem Jakubowskiemu, że ma się zastanowić. Jak wyrazi zgodę, to dwadzieścia minut przed 1900 miał przyjechać do mnie, bo o siódmej wieczorem zaczynaliśmy spotkanie koalicyjne w Sobiejuchach, na którym ustalaliśmy strategię przed decydującą sesją. Na tym nasza rozmowa się skończyła. Leszek Jakubowski pojawił się o umówionej godzinie. Usiadł na ławce pod lipą i czekał, aż zostanie poproszony na zebranie - opowiada Henryk Tokarz.
    Jak wspomina Fabian Heinich, każde spotkanie w Sobiejuchach trwało wiele godzin. Najdłuższe zakończyło się o 4 nad ranem. Radni zaczynali spotkanie, kiedy zapadał zmrok, a skończyli o poranku, kiedy się rozjaśniało.
    WYPROWADZIĆ ZIemBĘ NA SPACER
    - Zaczęło się rozliczanie z tego, że Wiechetek nie został wybrany burmistrzem. Aktywny był Bartłomiej Ziemba, który próbował rozliczyć poszczególnych radnych, mimo że głosowanie było tajne. Spory trwały dość długo, a Jakubowski siedział już pod lipą kilka godzin. W końcu udało mi się przekonać zebranych, żeby zastanowili się nad inną kandydaturą. W pewnym momencie Ziemba oświadczył, że należy poprzeć kandydata KO, że jest w kontakcie telefonicznym z przedstawicielem KO. Sytuacja była dość trudna, ale  udało się Januszowi Wujkowskiemu wyjść z Ziembą na spacer. Po chwili na salę wrócił sam Wujkowski. Udało się przekonać zebranych do tego, aby Jakubowski mógł się przedstawić. Zebrani, w większości rolnicy, nie znali go. Przez 17 lat pracował w GS w wydziale plantacyjnym. Po wystąpieniu Jakubowskiego każdy z zebranych miał prawo zadawać pytania. Każdy też publicznie musiał oświadczyć, czy będzie głosował za kandydaturą Leszka Jakubowskiego. Było 14 radnych. Powiedziałem wtedy też, że jeśli wszyscy go poprą, to mam 2 głosy w zanadrzu - wspomina Tokarz.
    Leszek Jakubowski przyznaje, że propozycję kandydowania złożył mu Henryk Tokarz. Przyjechał do Urzędu Gminy w Gąsawie o 10:00 lub 11:00. Dał mu czas na zastanowienie się do 16:00.
    - Pracowałem wtedy w Gąsawie, gdzie naczelnikiem był Kazimierz Janus. On powiedział wtedy do mnie, że mam swoje pięć minut. Pojechałem do Tokarza i powiedziałem, że się zgadzam. Potem pojechałem do Sobiejuch. Tam mnie trochę przepytali. Chcieli mnie poznać, bo ci co chcieli na mnie głosować, to mnie wcześniej nie znali. Tam się zebrała ta grupa, która chciała mnie poprzeć. Kandydatem drugiej grupy był Jacek Joachimowski. Na drugi dzień koło 1100 było rozstrzygnięcie. Wynik pamiętam: 15:12 - wspomina burmistrz.
    Leszek Jakubowski zgodził się przed 20 laty kandydować, ponieważ nie miał obaw, że nie poradzi sobie na stanowisku burmistrza. Wcześniej poznał funkcjonowanie Urzędu Gminy w Gąsawie. Zdawał sobie sprawę, że Żnin ma inną specyfikę i jest większy od Gąsawy. Wiedział jednak, na czym polega administracja.
    Zanim Leszek Jakubowski zgodził się kandydować na burmistrza, wybrał się do Urzędu Miejskiego w Żninie do swojego znajomego Janusza Biegańskiego, który pracował wówczas w żnińskim magistracie i dobrze znał teren gminy oraz wiedział, jakie inwestycje należy w pierwszej kolejności wykonać. Zapytał go, czy zostanie jego zastępcą. Janusz Biegański wyraził zgodę.
    - Jakubowskiego przywiózł Tokarz. Ja nie głosowałem na Jakubowskiego, bo dowiedziałem się, że był członkiem PZPR. To dyskredytowało go w moich oczach. Szanowałem jednak potem ten wybór i dobrze nam się współpracowało - wspomina Andrzej Turzyński.
    - Kandydowanie na stanowisko burmistrza proponowałem Januszowi Biegańskiemu, kierownikowi wydziału budownictwa w urzędzie. Powiedział, że może się zgodzić na zastępcę. W wyniku tej decyzji został zaproszony przez Leszka Jakubowskiego do objęcia stanowiska wiceburmistrza - mówi Henryk Tokarz.
    KO NIE CHCIAŁ RYZYKOWAĆ
    Komitet Obywatelski również zmienił kandydata na stanowisko burmistrza.
    - Początkowo naszym kandydatem był Marek Pacho. Wydawało nam się, że jest kandydatem możliwym do zaakceptowania przez radnych okręgów wiejskich,  ponieważ w okręgach miejskich mieliśmy zdecydowaną większość. Padł jednak remis 13:13. Języczkiem u wagi było dwóch radnych: Jerzy Kowalski i Ryszard Lorczyk. Ta dwójka, jak przypuszczam, najprawdopodobniej wstrzymała się od głosu. Po tej sesji mieliśmy spotkanie. Marek Pacho wycofał się z dalszego kandydowania. Nie pamiętam dlaczego. W trakcie kilkugodzinnej dyskusji przekonano mnie do wzięcia udziału w wyborach. Gdyby KO miał większość w radzie, to przypuszczam, że nie zaproponowano by mi kandydowania na stanowisko burmistrza. W KO byli ludzie z przeszłością w „Solidarności” i długim stażem działalności w opozycji. Przy większości w radzie kandydatem mógłby być Józef Kaczmarek. Być może nie chciano ryzykować. Ja zaś byłem młodym sympatykiem KO i ewentualna moja przegrana w wyborach na burmistrza byłaby dla KO mniej bolesna. Przy mojej kandydaturze była też szansa pozyskania głosów dwóch radnych niezależnych. Sądzę, iż ze strony KO nie wykorzystano wtedy wszystkich możliwości w tej mierze  - wspomina Jacek Joachimowski.
    - Mieliśmy nadzieję, że kandydatura Marka Pacho połączy te dwa bloki - wspomina Stanisław Głogowski. Tak się jednak nie stało. Radni z terenów wiejskich mieli uraz do Marka Pacho, że nie przyjął ich propozycji kandydowania na burmistrza. Przyjął za to propozycję radnych miejskich. I to miało swoje przełożenie w głosowaniu. Radni wiejscy nie poparli Marka Pacho. Ryszard Wiechetek też otrzymał za mało głosów. Sytuacja patowa trwała dalej. I wtedy pojawiła się kandydatura Leszka Jakubowskiego. Głównym promotorem Leszka Jakubowskiego był Henryk Tokarz.
    Dlaczego Jacek Joachimowski został kandydatem KO na burmistrza? - Bo nikt nie chciał kandydować. Joachimowski zaczął pojawiać się na zebraniach, uczestniczył w dyskusjach i pewnie dlatego został wytypowany. Uważaliśmy, że jako żninianin ma większe szanse. Kandydatura Marka Pacho była niepewna, bo nie pochodził stąd. Joachimowski wcale nie był gorszym kandydatem od Jakubowskiego. Ale po spotkaniu, a przed sesją, wszystko było przesądzone - mówi Franciszek Szafrański.
    - Nie pamiętam szczegółów tego wyboru. Pamiętam tylko, że moim kandydatem, i to kandydatem idealnym, był Marek Pacho. Jacek Joachimowski miał być naszym atutem zapasowym - mówi dziś Aleksander Kmiećkowiak.
    KARTY ROZDANE
      W środku nocy poprzedzającej wybory na burmistrza wszyscy już wynik znali, choć do głosowania miało dojść dopiero rano.
    - Po długich rozmowach na stole pojawił się alkohol. Zrobiło się bardzo towarzysko i w pewnym momencie podszedł do mnie chyba Janusz Wujkowski i powiedział, że mam wyjść. Zaprowadził mnie do jakiegoś domu w Sobiejuchach. Okazało się, że jest tam obecny przedstawiciel KO Aleksander Kmiećkowiak, który - nota bene -  o naszych ustaleniach wszystko wiedział - wspomina Henryk Tokarz. Doszło do wymiany zdań między Kmiećkowiakiem a Tokarzem, ale żadnych ustaleń nie było.
    - Byłem już po zebraniu, kiedy zapadł już ten zgniły kompromis, niby godzący strony. Nie miałem na tę decyzję żadnego wpływu. Myślę, że Marek Pacho przegrał, bo był to facet z własnym zdaniem, był stanowczy i miał wizję działania. Nie takiego burmistrza oczekiwała jednak większość radnych.Wybrali tzw. swego chłopa. Mimo wszystko uważam, że ten pierwszy samorząd był najlepszy z wszystkich dotychczasowych - twierdzi Aleksander Kmiećkowiak.
    - W niedzielę wieczorem, tuż przed wyborami burmistrza, zadzwonił Aleksander Kmiećkowiak. Powiedział, że wszystkie karty zostały już rozdane. Dał mi do zrozumienia, iż w tej sytuacji mogę zrezygnować z kandydowania, ale wybór w tej kwestii pozostawił mi. Dodał, że nikt nie będzie miał pretensji do mnie, jeśli się wycofam. Na 99,9% wiedział, że przegram. Nie namawiał mnie jednak do rezygnacji. Myślę, że Olkowi chodziło wtedy o to, by dać mi swego rodzaju komfort psychiczny. Przemyślałem to i stwierdziłem, że rezygnować nie będę. Dlaczego się nie wycofałem? Chyba uznałem, że nie wypada się wycofywać - przypomina Jacek Joachimowski.
    - Zdzwoniłem, ale nie po to, aby go namawiać do rezygnacji, ale po to, żeby na sesji nie był zaskoczony obrotem sprawy. Przecież to ja namówiłem Jacka do kandydowania na radnego i pobił wszystkich na głowę. Zdobył 216 głosów - dodaje Aleksander Kmiećkowiak.
    TOKARZ PYTA JASZCZUKA: DOBRY BĘDZIE?
    - Było pół godziny przed sesją. Heniu Tokarz wszedł i powiedział: „Panie naczelniku, mamy kandydata na burmistrza”. Odpowiedziałem mu wówczas: „Najwyższy czas”. O nic więcej nie pytałem. Wówczas Heniu, nie czekając aż zapytam o nazwisko, powiedział, że kandydatem jest Leszek Jakubowski z Urzędu Gminy w Gąsawie. I zapytał, czy dobry będzie. Jak rozmawiałem wtedy z Heniem, to nie wiedziałem, że kandydatem na burmistrza był członek PZPR. Dowiedziałem się o tym później. Wiem, że jakaś draka później z tego powodu była. W potocznej wersji krążyła później po Żninie opinia, że ja byłem naczelnikiem, a nie byłem w partii, natomiast za „Solidarności” wybrali burmistrza, który był członkiem partii - opowiada Zbigniew Jaszczuk.
    Mówi Jerzy Kowalski: - Nam dwóm (drugim był Ryszard Lorczyk) Jakubowskiego przedstawił Jaszczuk. „Czy wiecie, kto to jest?” - pyta. Nie wiem. Pamiętacie turniej miast z Gąsawą? To jest ten, którego było tam widać. Zbigniew Jaszczuk powiedział też, że trzeba teraz wybrać burmistrza, bo w przeciwnym razie wojewoda go nam narzuci. 
    - Na drugim spotkaniu Heniu zaproponował Jakubowskiego. Przedstawił go jako byłego pracownika GS i urzędnika z Gąsawy. Znałem Kazia Janusa jako sprawnego administratora i przeczuwałem, że jak przez 4 lata Jakubowski pracował pod jego ręką, to może być dobry. Znałem też Tokarza, jeszcze z czasów naszej wspólnej pracy w PGR i mogłem mu zaufać. Wiedziałem, że to, co mówi o kandydacie, to prawda. No i się sprawdziło. Zgłosiłem się na ochotnika do tego, aby wysunąć na sesji kandydaturę Leszka Jakubowskiego na burmistrza - przyznaje Jan Rogosz.
    I tak też się stało. Na sesji obaj kandydaci przedstawili się radnym. Leszek Jakubowski musiał wytłumaczyć się przede wszystkim ze swojej przynależności do PZPR. Jacek Joachimowski musiał udowodnić, że mimo młodego wieku (był przed trzydziestką) jest wartościowym kandydatem.
    - Dlaczego Jakubowski? Szukałem kandydatów wśród osób, które przewijały się w „Solidarności” przed stanem wojennym. Zapamiętałem go z „Solidarności” z GS. Tam odbywały się zebrania w świetlicy. W wyborze Jakubowskiego przeważyła jego działalność w „Solidarności” nad przynależnością do PZPR - wyjaśnia Henryk Tokarz.
    Leszek Jakubowski wiele razy i wtedy, i potem opowiadał o swojej przynależności do PZPR. Najpierw zrzekł się legitymacji partyjnej i wstąpił do Solidarności. Później ponownie został członkiem PZPR. - Takie to były czasy, że przymuszali wręcz do członkostwa w partii. W tamtych czasach trzeba było gdzieś należeć, żeby mieć pracę. Od 1989 roku nigdy nigdzie nie należałem. Uważam, że burmistrz nie powinien nigdzie należeć. Starosta z kolei zrobił odwrotnie - podkreśla Leszek Jakubowski.
     JAKUBOWSKI : JOACHIMOWSKI - 15:13
    - Szczegółów swojego programu nie pamiętam. Była to wizja rozwoju Żnina. Twierdziłem, że Żnin był traktowany w minionym okresie po macoszemu. Przykładem tego mogło być przeniesienie w przeszłości sądu ze Żnina do Szubina. W swoim wystąpieniu twierdziłem, że można to zmienić. Szczegółowego programu wyborczego, w dzisiejszym tego słowa rozumieniu nie miałem. Wydaje mi się, że moje wystąpienie było bardziej merytoryczne. Podzieliłem je na grupy. Mówiłem o rozwoju turystyki. Myśleliśmy, że Żnin się stanie perłą turystyczną, a nie stał się. Mówiłem o ściągnięciu nowych inwestorów, a także o wspieraniu rolnictwa i rzemiosła. Żeby się rozwijać, trzeba mieć śmiałe i nowatorskie pomysły, ale także pieniądze. Do tego, aby zachęcić firmy, wskazywałem na stosowanie ulg podatkowych. Mówiłem również o konieczności stwarzania korzystnych warunków do nowych miejsc pracy - przypomina Jacek Joachimowski.
    - Trzeba przyznać, że Jakubowskiego od początku nie opuszczała trema, która pojawia się do dziś przy okazji publicznych wystąpień. Wypadł nie najgorzej. Sprawa wyboru burmistrza rozstrzygnęła się w pierwszej turze. Jakubowski dostał 15 głosów, a Joachimowski 13 głosów - wspomina Henryk Tokarz.
    - Ja głosowałem na Jakubowskiego. Teraz po latach mogę mieć jedynie satysfakcję, że jako jedyny kandydat miałem program. Jakubowski nie miał programu. Mówił jedynie, że ma doświadczenie - opowiada Ryszard Wiechetek.
    - Podczas prezentacji Leszek Jakubowski był bardzo szczery. Przyznał, że dzień przed sesją został poproszony o to, aby wystartować w wyborach na burmistrza. Szczerość też była od niego wymagana. Padło też pytanie o jego przynależność polityczną. W tej kwestii również otwarcie przyznał, że wstąpił do PZPR, ale nie ze względów ideowych - stwierdził Jacek Joachimowski.
    Wybory wygrał Leszek Jakubowski stosunkiem głosów 15:13. - Po wyborach w  oknie siedziby NSZZ „Solidarność” przy Śniadeckich 15 „Wulkan” obwieścił, że burmistrzem Żnina został Leszek Jakubowski, członek PZPR w latach 1986-1990. I nic więcej - zauważa Henryk Tokarz.
    W opinii Ryszarda Lorczyka, burmistrzem został Leszek Jakubowski, ponieważ Jacek Joachimowski wydawał się radnym za młody na tak odpowiedzialne stanowisko. Nie miał wtedy skończonych 28 lat.
    - To był wtedy dobry wybór. Pan Jakubowski przynajmniej nie konfliktował rady. Wszyscy go później zaakceptowali i współpracowali z nim - zaznacza Ryszard Lorczyk, który w pierwszej kadencji był przewodniczącym komisji działalności gospodarczej i członkiem zarządu miasta. Po zakończeniu pierwszej kadencji został sekretarzem gminy.

    Bernard Hoppe w 1990 roku był dyrektorem Stacji Hodowli Roślin w Sobiejuchach i członkiem odradzającego się po obaleniu komunizmu Polskiego Stronnictwa Ludowego. Zwraca uwagę, że w pierwszej kadencji żnińskiej Rady Miejskiej znaczącą liczbę mandatów uzyskali mieszkańcy wsi. Dlatego został pierwszym przewodniczącym rady.  - Trudno mi dziś stwierdzić, jakim burmistrzem byłby Ryszard czy Marek. Myślę, że z Markiem rada miałaby większe kłopoty, bo był indywidualistą. Jakubowski chciał współpracować z radą i cieszył się, że miał aprobatę rady dla swoich poczynań. Z kolei pan Joachimowski był popierany przez radnych miejskich - opowiada Bernard Hoppe.
    - Przegrałem, bo część radnych mnie nie znała. W życiu społecznym przez wiele lat uczestniczył mój ojciec. Ludzie kojarzyli moją osobę przez niego. Mnie przez 8 lat nie było w Żninie. Nie znałem tych ludzi, ani oni nie znali mnie. Kojarzyli jedynie nazwisko - uważa Jacek Joachimowski.
    Jacek Joachimowski na tej samej sesji został wybrany delegatem gminy Żnin do sejmiku województwa bydgoskiego. -  Wybieranych było dwóch delegatów. Grupa radnych skupiona wokół burmistrza również miała swoich kandydatów. Jednak ja uzyskałem największą liczbę głosów. Głosowała na mnie także znaczna część radnych z obozu przeciwnego, myślę, iż w ten sposób wyrazili swoje uznanie dla mojej postawy podczas wyboru na stanowisko burmistrza. Następnie zostałem wybrany na stanowisko wicemarszałka sejmiku województwa bydgoskiego. Była to funkcja etatowa. Odszedłem z sądu i zacząłem pracę właśnie tam. Byłem jedynym wicemarszałkiem i członkiem prezydium z wykształceniem prawniczym. Miałem więc sporo pracy. Po dwudziestu latach widzę, że przez ten jeden dzień zmieniło się praktycznie całe moje życie zawodowe. Do 1999 roku pracowałem w sejmiku. Po reformie administracyjnej 11 lat temu zostałem prezesem Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Bydgoszczy, którą to funkcję pełnię do dzisiaj - mówi Jacek Joachimowski.
    PORAŻKA, NIE KLĘSKA
    Ówczesny poseł ze Żnina Andrzej Wybrański, człowiek numer jeden żnińskiej Solidarności przed 89 r., opowiada, że propozycja kandydatury Jacka Joachimowskiego wypłynęła od grupy ludzi, którzy później utworzyli Unię Wolności.
    - Ja uczyłem Joachimowskich. Z mojej wiedzy wynikało, że rodzina państwa Joachimowskich to znani i zasiedziali żniniacy - mówi Andrzej Wybrański. Poseł pamiętał Jacka Joachimowskiego z czasów liceum jako spokojnego i uważnego chłopca. Przyłączył się zatem do grupy, która popierała jego kandydaturę na burmistrza.
    Andrzej Wybrański poznał Leszka Jakubowskiego kiedy był on członkiem Solidarności w żnińskiej Gminnej Spółdzielni. Nie pytał go, czy był wcześniej członkiem PZPR. Podkreśla, iż tworząc w Żninie Solidarność jej działacze nie zaglądali potencjalnym członkom w ich legitymacje. I dodaje: - Grupę popierającą obecnego burmistrza Leszka Jakubowskiego stworzyła część radnych powstała z inicjatywy Henryka Tokarza. Chociaż był wtedy z nami w pewnym konflikcie, to jednak wiedziałem, że kierunek działań tej grupy będzie prawicowy. Nie byłem zadowolony z porażki, ale zwycięstwo Henryka Tokarza i Leszka Jakubowskiego nie było też klęską. Wpływ na działalność w Żninie i okolicy mieliśmy też poprzez nieżyjącego już mojego przyjaciela Józefa Kaczmarka. Był wówczas kierownikiem Urzędu Rejonowego. Przyszłość widziałem pomyślnie - przekonuje Andrzej Wybrański.
    SAMORZĄD OD ZERA
      - W Radzie Miejskiej zaczynaliśmy pracę od zera. Nie było żadnych wzorów. Sami tworzyliśmy pierwszy statut gminy, pierwsze regulaminy, w tym regulamin przetargów, pierwszy statut straży miejskiej. Wszyscy starali się uczyć demokracji na szczeblu lokalnym. Pierwsza kadencja to był okres, gdzie trzeba było tworzyć podstawy prawne funkcjonowania gminy. Musieliśmy zreorganizować Urząd Miejski, ułożyć współpracę z samorządami wiejskimi, powołać straż miejską, zmienić nazwy kilku ulicom i rozdzielić zadania, jakie gminie stawiała nowa ustawa - mówi Henryk Tokarz.
    - W pierwszych latach udało się zrobić dokumentację na kanalizację na osiedlu. W finansowaniu partycypowała ludność. W drugiej kadencji wykonaliśmy społecznie gaz na osiedlu górskim - powiedział Jerzy Kowalski.
    - Problemem pierwszej kolejności był kolektor sanitarny na ul. Szpitalnej. Były obawy ze strony Urzędu, czy uda nam się sfinansować budowę kolektora. Powiedziałem wtedy, że jak tego nie zrobimy, to nie istniejemy. Odwaga wzięła górę. Robiły to dwie firmy. Jedna od strony Szpitalnej, a droga od strony Aliantów. Budowa była konieczna, bo szpital wrzucał ścieki wprost do Małego Jeziora. Innym problemem było utrzymanie zieleni i sprawa dróg. Udało się wyremontować jedną część ul. Szkolnej. Trudnym problemem były też sprawy mieszkaniowe - przypomina Stanisław Woźny.
    - To co udało nam się zrobić, to wyłączyć wodociągi spod zarządu Tucholi. Dzięki Jakubowskiemu i Biegańskiemu wodociągi na wsi i w mieście przeszły na własność gminy. Udało się przeprowadzić telefonizację. Toczyliśmy też wojnę o oświatę. Gmina jako ostatnia w województwie bydgoskim przejęła na swoje barki szkolnictwo. Przeprowadziliśmy też restrukturyzacją PGR, POM i PBRol - powiedział Jan Rogosz.
    Stanisław Głogowski bardzo dobrze ocenia pierwszą kadencję żnińskiego samorządu w wolnej Polsce. Jego zdaniem, burmistrz doskonale dopasował się do ówczesnej atmosfery. Dodaje, iż wybór Leszka Jakubowskiego na burmistrza był zupełnie przypadkowy. A przez kolejne 20 lat był osobą, która w znacznym stopniu decydowała o rozwoju samorządu. Jednak nie na Leszka Jakubowskiego stawiał Komitet Obywatelski, z którego startował Stanisław Głogowski. Kandydatem KO był Jacek Joachimowski. - Ja miałem zgłosić na sesji jego kandydaturę. I tę kandydaturę zgłosiłem - mówi Stanisław Głogowski.
    Stanisław Głogowski podkreśla, że w pierwszej kadencji racjonalne argumenty przekonywały radnych. Później żaden racjonalny argument nie był w stanie radnych przekonać. Główną rolę zaczęła odgrywać polityka. Dlatego nasz rozmówca tak miło wspomina pierwszą kadencję Rady Miejskiej w Żninie.
    16 LAT NA STANOWISKU
    - Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wybór Leszka Jakubowskiego na stanowisko burmistrza był dobry. W 1990 roku przywiozłem jego kandydaturę w teczce z Gąsawy i pomimo różnych ocen, w tym również po poddaniu jego osoby ocenie wyborców, oprócz jednej kadencji sprawuje tę funkcję do dziś. I prawdopodobnie będzie ją sprawował przez najbliższe cztery lata. Jakubowski ze swoich zadań wywiązywał się w miarę dobrze. Na sesji nigdy nie padł wniosek o jego odwołanie. Oczekiwania radnych, wyborców i moje może i były większe, ale póki co burmistrzem jest Leszek Jakubowski - ocenia Henryk Tokarz.
    - Wybór Leszka Jakubowskiego na burmistrza w roku 1990  miał znaczący wpływ na dalsze losy i rozwój naszej gminy. Żnin nie jest miastem, w którym łatwo sprawuje się władzę. Nie mogą powiedzieć, czy gdybym ja został burmistrzem, to byłoby lepiej czy gorzej dla naszej gminy. Z mojej osobistej perspektywy jestem zadowolony, że nie zostałem wtedy burmistrzem. Jednakże cała moja kariera zawodowa, zarówno wcześniej w wojewódzkiej administracji samorządowej, jak i obecnie gdy kieruję organem sprawującym funkcje kontrolne wobec administracji samorządowej, bierze swój początek w wydarzeniach tamtej wiosny roku 1990. Dlatego z dużym sentymentem wspominam tamten okres - tak swoją przygodę z wyborami podsumował Jacek Joachimowski.
    Na początku pierwszej kadencji Leszek Jakubowski musiał się zmierzyć się z kilkoma trudnymi tematami. Pierwszym społecznym problemem był brak telefonów w

Reklama

     - Była blokada w zakresie telefonizacji, ale poszło to szybko. Żnin dostał rozbudowaną centralę o 1.000 numerów. To była wystarczająca ilość. Na wsiach: w Gorzycach, Jadownikach i Brzyskorzystewku rozbudowaliśmy centralę telefoniczną. Na wsiach sprawę ułatwił nam „El-Net”. Szybko to się wszystko rozbudowało - uważa burmistrz.
    Drugi problem stanowiło składowisko odpadów znajdujące się wówczas na Powstańców Wielkopolskich w Żninie. - Było wiadomo, że to trzeba natychmiast zabrać i szukać innego miejsca - mówi burmistrz. Wybór padł na Wawrzynki. Mieszkańcy wsi po negocjacjach wyrazili zgodę. W ten sposób powstało tam składowisko odpadów. Właściciel firmy, który wygrał przetarg na budowę składowiska odpadów w Wawrzynkach, pierwotnie proponował wykonanie usługi za 20 mld starych złotych. Po negocjacjach cenę udało się zbić niemal dziesięciokrotnie i ostatecznie budowa składowiska kosztowała gminę 2,5 mld starych złotych.
    Kolejny problem, który trzeba było rozwiązać, stanowił brak wody na wsi i kanalizacji. W 1990 roku wody nie miała znaczna liczba gospodarstw w każdej wsi z terenu gminy Żnin. Woda z miejscowych ujęć w studniach była w złym stanie. Dlatego trzeba było jak najszybciej doprowadzić wodę do mieszkań na wsiach. Podobnie rzecz się miała z budową kanalizacji. To w opinii burmistrza było zadanie bardzo trudne, niewidoczne dla mieszkańców. Pogarszało też sytuację władz, ponieważ wiele ulic było wtedy rozkopanych.
    - Później budowaliśmy oczyszczalnię i cały czas były remontowane ulice w mieście i na wsi. Nie na wszystko starczyło pieniędzy. Najlepszy przykład, że ulice remontujemy do dziś. Inwestowaliśmy również w sieć gazowniczą, ciepłowniczą i energetyczną. Na początku pierwszej kadencji również w niektórych miejscach nie było prądu - zaznacza burmistrz.
    - Tokarz miał nosa, proponując nam tego kandydata. Za to Heniu powinien zostać Honorowym Obywatelem Żnina. Jakubowski miał nosa do pracowników. Zawsze spokojnie wysłuchał, wytłumaczył i umiejętnie zarządzał. Do każdej rozmowy był przygotowany. Z perspektywy 20 lat szacun, jak to mówi młodzież - stwierdził Jan Rogosz.

Arkadiusz Majszak
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 954 (21/2010)

Reklama

 

 

SO24LI

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 10/12/2024 14:46
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości