Reklama

Leczył i malował sercem (fotogaleria)

MAR12

Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Żninie godz: 17:00

12 marca 2025 r. w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie odbyła się wystawa malarstwa Ignacego Goca połączona z prelekcją jego kuzyna Bogdana Goca o historii rodu.

W gościnnych progach biblioteki rodzinę, przyjaciół i wszystkich, którzy w tym niezwykłym wydarzeniu zechcieli uczestniczyć, w tym starostę Żnińskiego Zbigniewa Jaszczuka, powitała dyrektorka biblioteki Beata Czaczyk, która powiedziała: - W tym roku właśnie mija równo pięć lat od kiedy pana doktora Ignacego Goca nie ma wśród nas, ale cały czas żywo go pamiętamy jako lekarza medycyny, specjalistę chorób wewnętrznych, którego prawie całe życie było związane ze Szpitalem Powiatowym w Żninie. (…)W pamięci swoich pacjentów pozostanie przede wszystkim, jako dobry człowiek, troskliwy i skuteczny lekarz – usłyszano.

Ignacy Goc ze żnińskim szpitalem związał się w 1977 roku po ukończeniu Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Przez wiele lat był ordynatorem oddziału wewnętrznego, następnie jego wicedyrektorem i dyrektorem. Jako lekarza znali go wszyscy mieszkańcy Żnina i Pałuk, ale o tym, że w wolnych chwilach maluje obrazy i pisze wiersze wiedzieli tylko nieliczni, najbliżej z nim związani, a więc rodzina i przyjaciele.

Reklama

Żona doktora, pani Lidia Goc, pasją męża postanowiła podzielić się na spotkaniu w żnińskiej książnicy, gdzie zaprezentowano obrazy przez niego namalowane. Towarzyszyły temu niezwykłe opowieści o artyście - nie tylko żony, ale też jego przyjaciół. Między te opowieści wpleciono wiersze doktora nawiązujące tematyką do szczęścia, ojczyzny, szpitala oraz rodzinnego domu, a przeczytali je dyrektorka książnicy Beata Czaczyk oraz pracownicy - Ewa Malak, Ewa Dąbrowska-Goclik i Barbara Filipiak.

O tym, jaki był tak naprawdę Ignacy Goc opowiedziała jego żona Lidia Goc. - Cieszę się bardzo, że jest nas tak dużo i wiem, że wszyscy tutaj jesteście moimi dobrymi znajomymi. Nie ma osoby chyba obcej. Ponieważ są też moje dzieci, chciałabym wykorzystać ten moment i powiedzieć trochę o życiu Ignaca. To było normalne życie, takie jak każdy z nas prowadzi. Było parę śmiesznych momentów, które chciałam tutaj tak zaznaczyć – powiedziała na wstępie pani Lidia. Dowiedziano się, że Ignacy Goc jako zodiakalny Koziorożec był zdyscyplinowany, trwały i dążący do celu. Wychowywał się w pełnej rodzinie razem z rodzicami i dziadkami i to właśnie przy dziadku, który był powstańcem wielkopolskim, uczył się sztuk walki. Jako dziecko na ulicy Moniuszki, gdzie w latach 50. XX wieku było jeszcze pusto i tylko sama przyroda wokół, mały Ignacy wypasał gęsi. - Do przedszkola chodził tutaj przy ulicy Sienkiewicza. Wychowawczynią jego była pani Czaczyk, którą bardzo mile zawsze wspominał.  – powiedziała Lidia Goc i dodała, że jej mąż chodził do Szkoły Podstawowej nr 2 w Żninie, która najpierw mieściła się przy małym kościele, a następnie już do nowo wybudowanej przy ulicy Wandy Pieniężnej. Do żnińskiego liceum przyszły lekarz nie dostał się, gdyż wówczas przyjmowano mniej chłopców i jego akurat odrzucono. Zamierzał kontynuować edukację w szkole misjonarzy przy Seminarium Duchownym w Markowicach, ale kiedy zobaczył wraz z rodzicami jak tam jest (wielkie mury, kraty w oknach), to złożył podanie do Liceum Ogólnokształcącego nr 1 w Bydgoszczy. - Tam się uczył, ale to było ciężko, dlatego, że bardzo wcześnie musiał wstawać na pociąg, późno wracał, nie było czasu na naukę więc tak właściwie zastanawiali się co zrobić, żeby przejść do Żnina. Wtedy ojciec Iwusia zapisał się do Stronnictwa Demokratycznego, takie były czasy, i z panem Maroszem pojechali do Warszawy. Tam zabrali jego pracę, którą miał tutaj w liceum i po sprawdzeniu tej pracy się okazało, że podjęli decyzję, że jednak ma być przyjęty w Żninie. To było wielkie szczęście, bo wtedy już mógł normalnie tutaj chodzić z szkoły – powiedziała pani Lidia, której życiowe drogi z przyszłym mężem zeszły się właśnie w żnińskim liceum. Po dobrze zdanej maturze, do której z biologii pana Ignacego przygotowywał pan Kolonko, przyszedł czas na studia. - Do egzaminu wstępnego przygotowaliśmy się z profesor Woźną z chemii, której jestem bardzo wdzięczna, bo wszystko przedstawiła jak trzeba. Ponadto z rosyjskiego pani Kozłowska nas też nauczała, a z biologii byliśmy dobrze przygotowani. Wybraliśmy Pomorską Akademię Medyczną w Szczecinie, dlatego że tam studiowało część naszych wcześniejszych kolegów. To był doktor Woźny, doktor Zdrojewski i doktor Pawlicki. Więc tak myśleliśmy sobie, że skoro tam się im udało, to może nam też się uda – usłyszano.

Reklama

Czas studiów to także praca w spółdzielni Bratniak, gdzie Ignacy Goc przenosił pięćdziesięciokilogramowe worki z ziarnem kakaowym. - Wiadomo, miasto portowe, więc tam to przychodziło. Razem z kolegą nosił te worki, ale zawsze narzekał, że on jest wysoki, a kolega taki niziutki. Mówił: „cały ciężar na mnie spadał, ale co zrobić, inaczej nie można” – usłyszano.

Po ukończeniu studiów medycznych Ignacy Goc rozpoczął pracę w żnińskim szpitalu, gdzie przeszedł wszystkie szczeble swojej pracy, od stażysty aż po asystenta. - Po sześciu latach pracy został nawet zastępcą ordynatora doktora Hillemanna. Przyjaźnił się z doktorem Hillemannem do końca życia właściwie, bo przynajmniej raz w roku się widywali, składali sobie życzenia. To było bardzo miłe, bo właśnie mieli jakieś takie wspólne zdanie o wszystkim – powiedziała Lidia Goc i dodała, że jej mąż w 2001 roku pełnił też funkcję koordynatora staży podyplomowych lekarzy szpitala powiatowego (sześciu lekarzy pod jego opieką zdawało specjalizacje). Zastępcą dyrektora szpitala został w 2000 roku, ale jak powiedziała pani Lidia, na dobre to mu raczej nie wyszło, bo już w tym samym roku dostał pierwszy zawał serca. - I później te zawały niestety pojawiały się w 2003, w 2004, 2009 i 2012. Bardzo pocieszające jest to, że przy takich chorobach można jednak dalej funkcjonować, pracować i żyć. Wracał więc do pracy po zawałach, ale każdy następny powrót kończył się właściwie zawałem, także już później nie mógł pracować. W 2010 uzyskał orzeczenie o niepełnosprawności przy przewlekłej chorobie nerek – usłyszano. Doktor Ignacy Goc co drugi dzień dojeżdżał do Nakła, gdzie był dializowany. - Czuł się bardzo dobrze za kierownicą, nigdy nie chciał, żeby ktoś go zastąpił, czy mu tam pomógł – stwierdziła pani Lidia i dodała, że 6 czerwca 2020 r. odebrała telefon z oddziału w Nakle, że jej mąż nie dojechał na dializę. Po pół godzinie zadzwoniła policja i poinformowała ją, że miał wypadek na przystanku autobusowym. - Mieliśmy wiele szczęścia, bo nikogo w tym czasie nie było na przystanku, także nikomu nic się nie stało. Mąż w szpitalu znalazł się w Bydgoszczy, walczyli o jego życie do 12 czerwca i niestety ta walka się nie udała – usłyszano.

Reklama

W pamięci rodziny i przyjaciół doktor Ignacy Goc pozostał jako człowiek skromny, życzliwy i kochający ludzi. - Wszystkich właściwie równo traktował. Nie było tego, żeby myślał o tym, że ktoś będzie mu potrzebny, czy mu się przyda. Był równy dla każdego – stwierdziła Lidia Goc, która opowiedziała też o pasji malarskiej męża. Tej sztuki uczył się pod okiem żnińskiego artysty Marka Kozińskiego. - Od niego zaraził się tą pasją i na początku malował właśnie u Marka. Malowali razem, nocami, a później szedł do domu – powiedziała pani Lidia, która swoją opowieść o mężu zakończyła stwierdzeniem, że jej maż cieszyłby się bardzo z tego spotkania i z tego, że tyle osób na to spotkanie z jego sztuką przyszło.

Marek Koziński był nauczycielem Ignacego Goca w sztuce malarstwa. Często przychodził do niego po pracy w szpitalu i wówczas każdy z nich malował swój obraz. Dawał rady swojemu uczniowi, czasem też negował to, co Ignacy Goc malował. Marek Koziński wspomniał też moment, kiedy za którymś razem powiedział Ignacemu Gocowi, że to, co namalował to nie jest malarstwo. – Ale dzisiaj mam takie wrażenie, kiedy oglądam te jego obrazy tutaj, że to jest malarstwo. I to jest pięknie malarstwo, dlatego że to są jego obrazy, to jest to, co było w nim. (…) Podziwiam go za to i uważam, że to jest wielka sztuka. (…) On nas dziś widzi i my dzisiaj Państwu tę jego wielką sztukę pokazujemy. A to, że dokończył te swoje dzieła świadczy fakt, że w naszych zbiorach są też obrazy, które nam podarował z jakiejś tam okazji - powiedział Marek Koziński.

Reklama

Warto nadmienić, że obrazy Ignacego Goca przedstawione na wystawie w żnińskiej książnicy pochodziły ze zbiorów rodziny Goców, Ireny Starczewskiej, Stefana Czarneckiego i Marka Kozińskiego. Wiele jeszcze znajduje się w prywatnych zbiorach i jak powiedziała dyrektorka książnicy Beata Czaczyk być może w przyszłości powstanie druga odsłona tej wystawy.

Spotkanie było okazją do wspomnień o doktorze Ignacym Gocu, a podzielił się nimi także Starosta Żniński Zbigniew Jaszczuk, który stwierdził, że bardzo dobrze się stało, iż żnińska biblioteka zorganizowała to spotkanie, bo Ignacy Goc po prostu na to zasłużył. Starosta poznał go 40 lat temu, w 1985 roku i jak powiedział:- Ignac po prostu był wspaniałym lekarzem. Byłem tym, który w osiemdziesiątym ósmym roku namówił go, żeby był dyrektorem szpitala. Lidka mówiła tutaj o tych kilkukrotnych zawałach, które go spotkały. Przy jednym z tych zawałów zdarzyła się taka sytuacja, że zadzwonił z domu do szpitala po karetkę, a z torbą czekał już na ulicy, kiedy karetka przyjdzie. Była taka sytuacja i później, gdy lekarze z pogotowia opowiadali mi: „Słuchaj, lekarz, ordynator, przecież powinien wiedzieć, że się czeka w domu, a on się czekał na nas, za karetką, na ulicy” – powiedział starosta i dodał: - Ja myślę, pani dyrektor, że bardzo dobrze się stało, tak jak wspomniałem, że to spotkanie zostało zorganizowane. Tak jak patrzę, to wiele osób, znam osobiście, którzy spotkali się w domu na Moniuszki 1. Lidce życzymy długich lat życia, wszystkiego dobrego – powiedział Zbigniew Jaszczuk.

Reklama

O swoich przeżyciach z Ignacym Gocem opowiedział też Stefan Czarnecki, prezes Żnińskiego Towarzystwa Kultury, także mieszkaniec ulicy Moniuszki i jego przyjaciel. Wspólnie się bawili i jeździli na grzyby, a także nad jeziorem palili pierwsze papierosy. Pozostało w pamięci wiele niesamowitych przygód. - Wielkie wzruszenie i choć go nie ma, to możemy to przeżyć, opowiedzieć o tym – usłyszano.

Swoimi wspomnieniami podzielił się także lekarz stomatolog Krzysztof Białach, który wraz z Lidią i Ignacem Gocami studiował na Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie i się z nimi przyjaźnił. - Ja z Ignacem całą swoją młodość przeżyłem. (…) Ignac to był cudowny człowiek, cudowny student, cudowny kolega. Były takie przygody w akademiku, bo on mieszkał w akademiku, ja mieszkałem w Szczecinie. Jak ja mieszkałem w Szczecinie, to oni mi zazdrościli, że ja studiuję w domu rodzinnym. A oni nie znali moich marzeń. A moim marzeniem było, żeby w akademiku mieszkać, bo w akademiku imprezy były, coś się działo. I jak Ignac przyjeżdżał do Żnina to ja zawsze wykorzystywałem ten moment i do akademika szedłem, i spałem w łóżku Ignaca, bo koledzy i Ignac mieszkali w jednym pokoju. Były naprawdę wspaniałe wspomnienia. Ignac to cudowny człowiek, cudowny kolega, cudowny lekarz i wspaniały przyjaciel – usłyszano.

Reklama

O historii rodu Goców opowiedział kuzyn Ignacego – Bogdan Goc, który na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych. Oboje wzrastali w tych samych czasach (było miedzy nimi jedynie kilka lat różnicy), ale w zupełnie innych okolicznościach i w zupełnie innym geograficznym świecie. Pasję szukania rodzinnych korzeni Bogdan Goc odziedziczył po swoim ojcu – Andrzeju i dzięki temu znana jest historia rodu Goców sięgająca 1630 roku, a kolejne pokolenia angażowały się w walkę o wolność i niepodległość Polski. W 1940 roku m. in. rodziny Goców i Nyków zostały wysiedlone do Nowego Targu. Pracowali w tartaku, a że dziadek pana Bogdana znał dobrze niemiecki, to choć odmówił podpisania niemieckiej listy, to nie był gnębiony i nie żył w biedzie. Andrzej Goc działał w partyzantce, a po wojnie w 1946 roku w Ankonie i Barlettcie uczestniczył w treningach Cichociemnych. – Trening był od 8 do 12 tygodni z podziałem, ojciec był do samego końca, czyli wytrwał. Tam się uczyli wszystkiego, od czołgów do przesłuchań włącznie, że jak cię złapią, żebyś wiedział, jak się zachowywać. I to mu się przydało, bo w pewnym momencie za bardzo się, że tak powiem, zaangażował człowiek - usłyszano. Andrzej Goc został aresztowany w 1947 roku w Krakowie podczas pracy kurierskiej. – Ojciec przeprowadzał przez granicę ludzi, oficerów i żony, którzy nie widząc możliwości współpracy z komuną, poprzez Węgry udawali się do Włoch. On doprowadzał ich nie do samych Włoch, tylko gdzieś tam przy Dunaju, czy kawałek dalej. No i w 1947 roku wpadł – usłyszano. Po procesie trafił do więzienia we Wronkach, z którego wyszedł w 1955 roku. Zamieszkał w Bydgoszczy, ale ciągnęło go w góry, gdzie miał kolegów z czasów wojny. Zaangażował się w działalność „Zbowidu”. - Jak byłeś w „Zbowidzie”, to mogłeś dostać talon, nie wiem, na samochód, na wczasy, na coś takiego, bo to obejmowało ludzi, którzy nie byli partyjni. Jak byłeś partyjny, to byłeś swój i to już się szło inną ścieżką – powiedział Bogdan Goc i dodał, że jego ojciec skończył studia wieczorowe na AGH i ostatecznie osiadł w Łomnicy-Młynie, gdzie kupił poniemiecki majątek. – Ojciec w tym znalazł taki spokój, to już była taka chęć znalezienia właśnie trochę jakiegoś takiego swojego życia spokojniejszego i rozmyślań. Tutaj palił ogniska do drugiej nocy, zasypiał przy tym i tak dalej – usłyszano. Do końca swego życia pozostał żołnierzem, a synowi Bogdanowi nie pozwolił na swój pogrzeb przyjechać. - Pomyślcie sobie Państwo, nie pozwolił mi przyjechać z Ameryki na swój pogrzeb. Może to dziwne się wam wydaje, ale to dlatego, że mój status imigracyjny w Ameryce był inny trochę i mogłem mieć problem z powrotem. I dlatego nie chciał, żebym miał przez niego coś takiego – usłyszano.

Bogdan Goc opowiedział o swojej pasji odkrywania rodzinnych korzeni i historii. Jak mówi, może poświęcić się tym działaniom, gdyż osiągnął pewien poziom, dzięki podejmowaniu odpowiednich decyzji i dziś może sobie pozwolić na przyjazdy do Polski ze Stanów Zjednoczonych. - Mogę dzisiaj do was mówić, że ja nie muszę być w Ameryce i robić „pieniądzorów”, jak to się mówi. Nie, bo mój poziom szczęścia to jest to, co ja robię i wam pokazuję. To jest trochę inna sztuka, to jest sztuka wizualna i mówienie o tym. Ja robię to, na co mam ochotę i mogę to robić, i to jest najważniejsze. Dlatego tak bliski jest mi Iguś, bo on też robił to, co lubił. Mogę powiedzieć jedno, że Ignuś osiągnął to, co każdy z nas by chciał osiągnąć. Osiągnął szczęście rodzinne, osiągnął możliwość wyboru tego, co chciał robić. Ja też nie wiedziałem, że pisał wiersze, to była taka mała niespodzianka. Te jego wiersze mają sens – powiedział Bogdan Goc.

Reklama

Przy słodkim poczęstunku długo jeszcze rozmawiano o doktorze Ignacym Gocu oraz podziwiano jego malarski talent oglądając jego obrazy.

Barbara Filipiak

 

Czytaj także:



 

 

 

 

 

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 14/03/2025 08:06
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości