Reklama

Lekarz dyżurny nie przyjechał

Zofia Ćwiklińska z płaczem ogląda zdjęcie swego taty, który zmarł ostatniego dnia września. Wzywała lekarza dyżurnego po pomoc, ale ten do umierającego nie przyjechał.

       fot. Karol Gapiński

Żnin, lekarz dyżurny, Zofia Ćwiklińska, pacjent, mężczyzna
     Lekarz dyżurny nie przyjechał
    Lekarz dyżurujący w nocy w żnińskiej Epoce uznał, że nie musi jechać z pomocą do gorączkującego chorego na raka pacjenta. Mężczyzna rankiem umarł. Jego córka nie kryje żalu. - Pozostałam z tym sama. Nie wiedziałam, jak ojcu pomóc - mówi przez łzy.

     Zbliżała się 2:00 w nocy. Niedawno rozpoczął się ostatni dzień września. W mieszkaniu Zofii Ćwiklińskiej w żnińskiej Górze leżał na łóżku jej ojciec Stanisław. 73-letni mężczyzna od kilku miesięcy był przykuty do łóżka. W styczniu zaczął się pogarszać jego stan zdrowia. W kwietniu stwierdzony u niego został rak rozsiany. Diagnoza lekarska, jak opowiada Zofia Ćwiklińska, nie pozostawiała złudzeń: jej ojcu miały pozostać tylko dni, co najwyżej kilka tygodni życia. Choroba jest nieuleczalna.
     Na początku jesieni Stanisław Ćwikliński leżał w domu. Od wielu dni nie było z nim kontaktu. To z powodu aplikowanych mu - ostatnio w odstępach co 4 godziny - regularnych dawek morfiny, którą przepisał lekarz. Jej zadaniem było uśmierzać ból chorego mężczyzny i pozostawiać go w stanie snu, aby tego bólu nie musiał odczuwać tak bardzo.
     Właśnie o 2:00 był planowy termin, w którym Zofia Ćwiklińska miała podać ojcu przewidzianą przez lekarza dawkę morfiny. Do przewodu pokarmowego mężczyzny podłączona była sonda, przez którą chorego ojca córka odżywiała. Tej nocy, gdy podeszła do ojcowskiego łoża, mężczyzna był bardzo rozpalony i jęczał. Zofia Ćwiklińska zmierzyła mu temperaturę ciała. Gorączka okazała się być bardzo wysoka. Termometr pokazał prawie 40 stopni Celsjusza. Kobieta nie wiedziała, jak pomóc choremu w takim przypadku. Nie miała lekarstw na zbicie temperatury. Poza tym, nawet gdyby je miała, to nie wiedziała, czy można łączyć je z morfiną i jak je w ogóle podać choremu w takim stanie. Zaraz więc zadzwoniła na pogotowie ratunkowe.
     - Od dyspozytorki usłyszałam, że w takich przypadkach ma obowiązek przyjechać lekarz dyżurny. Tak się składa, że tej nocy taki dyżur pełnił lekarz z Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej „Epoka” w Żninie - opowiada Zofia Ćwiklińska siedząc w pokoju, w którym wszystko się działo. Patrzy na zdjęcie swego ojca, oprawione w antyramę. Nie może powstrzymać płaczu.
     - Wie pan, nawet nie o to chodzi, czy lekarz mógł ojcu uratować życie, czy nie. Nie mam tutaj złudzeń. Chodzi tylko o tamten moment, o chwilę, w której zostałam sama i nie wiedziałam, jak pomóc, a to przecież lekarz jest od tego, by pomagać - tłumaczy przez łzy.
     Tamtej nocy, zaraz po rozmowie z pogotowiem wykonała telefon do NZOZ Epoka. Kilka chwil czekała, aż lekarz dyżurny podejmie z nią rozmowę. Wreszcie się doczekała.      - Zapytał mnie, co się dzieje. Przedstawiłam sytuację. Zapytał, czy podałam ojcu jakieś leki na zbicie temperatury. Odpowiedziałam, że nie, bo on bierze morfinę i nawet nie wiem, co mogłabym mu podać. Prosiłam o pomoc, chciałam, by lekarz przyjechał. „Ale do czego mam przyjechać? Do wysokiej temperatury? Jakbym do wszystkich z temperaturą jeździł, to...” - powiedział, nie dokończywszy swej myśli. „Po co ta dyskusja? Czy tak trudno przyjechać do pacjenta? Czy pan w końcu przyjedzie?” - pytałam. Lekarz powtórzył: „Ale po co? Do temperatury?”. Nie przedłużałam już tej rozmowy: „Dobrze, to dziękujemy. Zgłoszę tę sytuację do prasy” - opowiada treść swojej rozmowy z lekarzem Zofia Ćwiklińska.
     Po tej rozmowie raz jeszcze zadzwoniła na pogotowie. - Powiedziałam, że lekarz dyżurny odmówił przyjazdu, a ja nie wiem, co robić. Mówiłam, że nie wiem, jak obniżyć temperaturę osobie, która jest na morfinie, poza tym nie mam nawet leków. Wreszcie dyspozytorka zgodziła się przyjąć zgłoszenie, choć cały czas tłumaczyła, że to powinno być w gestii lekarza dyżurnego. Lekarz z pogotowia zaraz przyjechał po tej rozmowie. Było około 2:30. Podał ketanol i leki na zbicie gorączki. Później ojciec miał jeszcze skoki temperatury. Lekarz powiedział, żebym za 2 godziny podała ojcu zwykłą dawkę morfiny. A jeśliby temperatura nie spadała, to polecił podać ojcu paracetamol, poprzez wstrzyknięcie w sondę. Rano miałam wezwać lekarza z przychodni, do której jest zapisany ojciec - mówi Zofia Ćwiklińska.
     Rano tamtego dnia, o 10:00 Stanisław Ćwikliński zmarł w swoim łóżku. Jego córka nie ukrywa żalu do lekarza z Epoki, który wtedy pełnił nocny dyżur. - Pozostałam w tamtej dramatycznej dla nas chwili sama. Bez wsparcia od lekarza. Mógł, zamiast tracić czas na rozmowę, czy jeździ się do pacjenta z temperaturą, czy nie, po prostu przyjechać. Ojciec był na morfinie i to na pewno nie była zwykła sytuacja, w której osoba nieznająca się na leczeniu, jak ja, potrafi pomóc komuś, kto ma wysoką gorączkę - nie kryje żalu Zofia Ćwiklińska. Decyzję o braku przyjazdu lekarza do jej ojca łatwiej byłoby jej zrozumieć, gdyby ów lekarz w tym czasie udzielał akurat pomocy.
     Relację wydarzeń i rozmów z nocy 30 września, którą nam kobieta przedstawiła, powtórzyliśmy dyrektorowi NZOZ Epoka w Żninie Piotrowi Chodkiewiczowi. - To lekarz dyżurny podejmuje zawsze decyzję, czy wezwanie jest uzasadnione i czy wyjazd do pacjenta jest konieczny. Z tej relacji wynika, że jeśli faktycznie tak to wyglądało, to ja osobiście podjąłbym decyzję o udaniu się do pacjenta, gdybym był na miejscu lekarza dyżurnego. Ale to o niczym nie przesądza, jaką decyzję podejmie indywidualnie konkretny lekarz. Tej nocy dyżur pełnił doświadczony lekarz. Ja skontaktuję się z nim i zapytam, co może o tej sprawie powiedzieć - oznajmił Piotr Chodkiewicz.
     Godzinę później dyrektor poinformował, że lekarz, który tamtej nocy dyżurował, faktycznie przeprowadził rozmowę z panią Zofią Ćwiklińską. - Lekarz przekazał mi, że podczas tamtej rozmowy zalecił zbić temperaturę u pacjenta. Uznał jednak, że w tym przypadku wyjazd do niego z wizytą nie jest uzasadniony. To indywidualna decyzja - przekazał dyrektor Piotr Chodkiewicz.
     Zmarły 30 września Stanisław Ćwikliński spoczął 3 października na cmentarzu w żnińskiej Górze.

Karol Gapiński
Pałuki nr 1182 (41/2014)

Reklama

 

 

Komentarz

     Po prostu ludzkie podejście

     Do ośrodka Judym trafiają, jak podejrzewam, ludzie różni, i o niejednakowym usposobieniu. Bo też powód ich bezdomności bywa różny. Są osoby, które znalazły się w takim położeniu przez nadużywanie alkoholu, inni trafili, bo są niezaradni życiowo, jeszcze inni są tak długo, że sami nie pamiętają skąd, kiedy i dlaczego zamieszkali w Judymie. Różnorodność życiowych historii przekłada się też na stosunek do życia, do chwili obecnej. Są osoby, które mogą być w takim dole, że najchętniej nie ruszyłyby się z łóżka, ktoś inny czeka tylko, by zdobyć jakiś grosz, i uciec na kilka dni i napić się taniego wina. Ale znajdą się w tym gronie również tacy, którzy zajmą się pracą, czekają na przydział obowiązków, chcąc zrobić cokolwiek.
     W ośrodku Judym są osoby, które pracują w różny sposób. Jedni zajmują się trzymanym na miejscu inwentarzem, a część z mieszkańców kierowana jest do pracy poza Kołaczkowo. W ten sposób kilka osób trafiło do gospodarstwa w Królikowie. Kwestia pracy w trudnych warunkach, odzieży ochronnej, wynagrodzenia za pracę jest rzeczą, która nie powinna w dzisiejszych czasach być przedmiotem sporu między stronami. A jednak byli pracownicy twierdzą, że nie otrzymywali podstawowego wyposażenia, ale martwi inna rzecz. Sposób relacji na linii pracownik - pracodawca.
     To, czy w miejscu pracy jest odpowiedni sprzęt, dokumenty, można sprawdzić dość łatwo. Inspekcja pracy przychodzi i pyta. Jak są dokumenty, jest dobrze, jak nie ma, sypią się kary. Ten wątek, jak mniemam, inspekcja rozwiąże. Ale jak sprawdzić to, że pracodawca obraził swojego pracownika złym słowem? Nie chcę się tutaj wcielać w rolę adwokata podejrzanego, ale mogę się domyślać, bo takie sytuacje się zdarzają, iż do takiego, a nie innego zachowania pracodawca mógł być sprowokowany. Nie wytrzymał, palnął, i koniec. Jak wspomniałem, różni ludzie trafiają się w pracy, i różne mogą wywoływać emocje.
     Jednak z relacji pracowników, mieszkańców ośrodka Judym, wynika, że tego typu zachowań ze strony szefa było więcej i zdarzało się to częściej, nawet wtedy, gdy już u niego nie pracowali. Osobiście mam nadzieję, i wierzę w to, że ten wątek solidnie zbada policja i prokuratura, które już prowadzą czynności wyjaśniające. Nie można bowiem wykorzystywać i poniżać kogoś tylko dlatego, że w życiu wiedzie mu się gorzej. Każda ludzka jednostka wymaga szacunku, po prostu ludzkiego podejścia, nawet jeśli czasem bywa trudna w kontaktach. W takim świecie żyjemy i takie wypracowaliśmy na przestrzeni wieków wartości, że powinniśmy je szanować i przestrzegać.

Reklama

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1182 (41/2014)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości