- Tato powtarzał, że pacjent ma zawsze rację. To znaczy, mógł się mylić w ocenie, ale w odczuciach swoich na pewno nie. Słuchał pacjenta, przyjmował to, co mówi i brał pod uwagę stawiając diagnozę. Pacjenci lubili tatę i opowiadali o wszystkim, co ich niepokoiło - tak lekarza Romana Dadziboga zapamiętały jego córki i mieszkańcy Szubina, którzy szacunkiem darzą go do dziś, mimo że odszedł już ponad 10 lat temu.
Roman Dadzibóg urodził się we wsi Szewce w powiecie radziejowskim w 1926 roku. Do 1939 roku, kiedy wybuchła II wojna światowa, zdążył ukończyć sześć klas szkoły powszechnej. W czasie okupacji niemieckiej wraz z rodziną został wywieziony do Generalnego Gubernatorstwa. Pracował w powiecie skierniewickim w majątku niemieckim jako robotnik rolny. Po powrocie z wysiedlenia ukończył Państwowe Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące w Inowrocławiu. Egzamin dojrzałości zdał w 1948 roku. Do 1950 roku pracował jako nauczyciel w szkole podstawowej. W latach 1950-1956 studiował na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Łodzi. Do Szubina trafił w 1956 roku. W miejscowym szpitalu rozpoczął pracę już 1 stycznia na oddziale chirurgicznym. W tym czasie dojeżdżał również do ośrodka zdrowia w Ciężkowie. Już po dwóch tygodniach pracy objął dodatkowo stanowisko kierownika Powiatowego Wydziału Zdrowia. Pełnił tę funkcję do 1961 roku. W tym samym roku uzyskał pierwszy stopień specjalizacji chirurgii. Drugi stopień specjalizacji uzyskał w 1972 roku. Pracował też w poradni chirurgicznej i w ambulatorium MSW. W latach 1962-1973 był dyrektorem szubińskiego szpitala, a po wprowadzeniu reformy dyrektorem Zespołu Opieki Zdrowotnej do 1975 roku. Wówczas zrezygnował z tej funkcji ze względów zdrowotnych. Ponownie wrócił na to stanowisko w latach 1980-1981. Po odejściu ze stanowiska dyrektora kierował najpierw działem opieki specjalistycznej, a później oddziałem pomocy doraźnej. Był też inspektorem ds. orzecznictwa. 1 marca 1991 roku przeszedł na emeryturę.
O doktorze Romanie Dadzibogu rozmawialiśmy z jego trzema córkami: Ewą Dadzibóg, Marią Dadzibóg-Matusiak i Małgorzatą Tyloch. Czwarta córka Barbara Perdenia przebywa za granicą. Najstarsza z nich - Ewa - pamięta najwcześniejsze lata. Opowiedziała nam o tym, jak trafili do Szubina. Teść Romana Dadziboga był naczelnikiem poczty w Radzyniu Chełmińskim i mieszkał tam z rodziną. - Tata, będąc jeszcze studentem medycyny, przyjeżdżał do Radzynia, żeby odwiedzić mamę. Przyjeżdżał, co ciekawe, towarowymi pociągami. Potem jak się urodziłam, a przyszłam na świat w Radzyniu Chełmińskim, to przyjeżdżał również i do mnie - mówi Ewa Dadzibóg.
Po studiach dostał nakaz pracy w szpitalu w Szubinie i z całą rodziną przeniósł się do grodu pelikana. Wszyscy zamieszkali w budynku ówczesnego ośrodka zdrowia przy ul. Ogrodowej. Na początku był to jeden pokój od strony ulicy. Kiedy na świat przyszły kolejne córki, rodzinie przydzielono większe mieszkanie (kuchnia i dwa pokoje) w tym samym budynku, ale z widokiem na podwórze. - Najbardziej podobało nam się, gdy zamykano poradnie po skończonej pracy. Wtedy mogłyśmy biegać i bawić się na korytarzach. Ale jak się zaczęły choroby zakaźne, to już tata nam nie pozwalał. W pewnym momencie miałyśmy zakaz poruszania się po ośrodku. Przeszłyśmy wszelkie możliwe szczepienia - wspomina Ewa Dadzibóg.
Trzecim, a jak się okazało, ostatnim mieszkaniem jakie zajmowała rodzina doktora Dadziboga było to, znajdujące się w sąsiednim domu przy ul. Ogrodowej. Budynek położony jest między dawnym ośrodkiem zdrowia a szpitalem. O okolicznościach przydziału tego mieszkania pisał dr Mieczysław Boguszyński w monografii szpitala. Opowiedziały nam o tym również córki doktora. Wcześniej te pomieszczenia zajmował dr J. Kubczak, który odszedł na emeryturę i przestał pracować w szpitalu. Odchodząc ze szpitala opuścił zajmowane mieszkanie służbowe. Na zwolnione miejsce wprowadziła się cała rodzina Romana Dadziboga.

Roman Dadzibóg (pierwszy z prawej) pełniący wówczas funkcję kierownika Oddziału Pomocy Doraźnej ze współpracownikami. Od lewej: lek. med. Marek Domżała - ówczesny dyrektor szpitala, Michał Górnowicz - dyrektor techniczny szpitala w Szubinie, lek. med. Eugeniusz Strzelecki - ordynator oddziału dziecięcego, lek. med. Franciszek Konkol - ordynator oddziału chirurgicznego, dr. n. med. Zbigniew Grąbczewski - ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego, lek. med. Piotr Otfinowski - ordynator oddziału wewnętrznego, lek. med. Radzisław Panek. Zdjęcie zostało wykonane w 1996 roku podczas otwarcia nadbudowanego piętra nad oddziałem położniczym i oddziałem pomocy doraźnej. fot. Piotr Bembenek
Roman Dadzibóg przyjmował w ośrodku zdrowia w poradni chirurgicznej. Gabinet zlokalizowany był na parterze. Jedna z córek zapamiętała historię jednego z pacjentów, który przyszedł z chorą nogą. - Tato kazał odsłonić nogę i pacjent ją odsłonił, a następnie, dla porównania, tato poprosił o odsłonięcie zdrowej nogi. Wtedy pacjent zmieszał się - okazało się, że nie umył drugiej nogi. Tato opowiadał nam różne historie o swojej pracy - często przy kolacji. Oczywiście, jeśli akurat nie miał dyżuru. Byłyśmy bardzo ciekawe tych historii i pytałyśmy: „A co było dzisiaj? Jacy byli pacjenci, jakie wypadki? Zwłaszcza te wypadki nas interesowały. A wypadków było mnóstwo. Nie komunikacyjnych, jak teraz, bo samochodów było bardzo mało, ale rolniczych. Tato miał doskonałą intuicję medyczną. I nigdy nie odpuszczał. Powtarzał, że pacjent ma zawsze rację. To znaczy, mógł się mylić w ocenie, ale w odczuciach swoich na pewno nie. Słuchał pacjenta, przyjmował to, co mówi i brał pod uwagę stawiając diagnozę. Pacjenci lubili tatę i opowiadali o wszystkim, co ich niepokoiło.

Roman Dadzibóg fot. arch. rodzinne
Córka Maria ma spisane ciekawe przypadki i anegdoty związane z ojcem. Swego czasu Roman Dadzibóg przystąpił do reanimacji pacjenta, który zasłabł na ówczesnej ul. 1 Maja w Szubinie. Sanitariuszom wydawało się, że nie da się uratować pacjenta, ale doktor tak długo prowadził reanimację, że udało mu się przywrócić czynności życiowe pacjenta. Inną ciekawostką było to, że do pielęgniarek mówił „córciu”, a one nazywały go pieszczotliwie „tato”. Kiedyś tankując paliwo na stacji benzynowej, znajdującej się na szubińskim Rynku, zauważył panią, która próbowała zatankować auto, ale czynność tę utrudniało jej to, że jedną rękę miała w gipsie. Pan doktor powiedział jej, że ma nieprawidłowo założony gips co może grozić komplikacjami. Pani uważała, że wszystko powinno być w porządku, bo gips zakładali lekarze z Poznania. Jednak następnego dnia wróciła do doktora Dadziboga, który prawidłowo założył gips. Wdzięczna pacjentka przez długie lata przysyłała kartki świąteczne z życzeniami.
Nasze rozmówczynie przypomniały, że w latach sześćdziesiątych ulicą Ogrodową jeździły głównie karetki i transport medyczny - były to samochody marki warszawa. I taką warszawą Roman Dadzibóg jeździł do Łabiszyna, gdzie w budynku na wyspie (dzisiejszy Dom Kultury) przyjmował pacjentów. - Pamiętam jak jeździłam z tatą taką „warszawą” i strasznie bałam się tych wszystkich zakrętów na drodze z Szubina do Łabiszyna
- wspomina Ewa Dadzibóg.
Dla współpracowników pan doktor był otwarty i serdeczny, ale potrafił też być stanowczy. Roman Dadzibóg, prócz poradni chirurgicznej, pracował również w szpitalu na oddziale chirurgicznym, gdzie pełnił też dyżury. Córki wspominają, że była to praca na okrągło. Nie było wówczas takiej ilości telefonów jak teraz. Komunikacja na odległość była utrudniona. Kiedy Roman Dadzibóg wychodził do kina, to musiał mówić gdzie się wybiera. W nagłych wypadach ze szpitala dzwonili do kina i ściągali chirurga do szubińskiej lecznicy. Czasami musiał przerywać kąpiel, by biec do szpitala.
- I mimo tego, że była to praca prawie 24 godziny na dobę, to jak szedł ze szpitala do ośrodka zdrowia, wchodził do domu od kuchni i wychodził frontowymi drzwiami. Z mamusią się przywitał, na nas popatrzył, porozmawiał i szedł dalej. Z kolei jak już był dyrektorem ośrodka i szedł do szpitala na dyżur po południu, to robił to samo, ale w drugą stronę. Wszedł, coś przekąsił, porozmawiał i wychodził - opowiadają córki. - Tato zwykle chodził na nasze wywiadówki, ale złych stopni nie chciał podpisywać.
Podpisywał tylko piątki, co z uśmiechem wspominają córki. Roman Dadzibóg miał autorytet u swoich dzieci, nie był typem surowego ojca. - Jak się coś wydarzyło, to sadzał nas cztery naprzeciwko siebie i tłumaczył. I wszystkie cztery płakałyśmy - mówią córki. - Rodzice zabierali nas na wycieczki. Dbali o to, żebyśmy poznawały Polskę. Wyjeżdżaliśmy nad morze „syrenką” z przydziału - Hel, Jastarnia, Władysławowo. Potem była mała „zastava”. I nią jeździliśmy na południe Polski - do Częstochowy, Krakowa, Zakopanego.
Roman Dadzibóg zaprzyjaźnił się z posłem Henrykiem Hałasem z Barcina. Przyjaźń między Henrykiem Hałasem a Romanem Dadzibogiem była tak bliska, że ze swoimi rodzinami wyjeżdżali na wspólne wakacje. Kiedy zaistniał problem remontu oddziału zakaźnego, mieszczącego się w drewnianym baraku w szubińskim szpitalu, ówczesnemu dyrektorowi z pomocą przyszedł jego przyjaciel, poseł i jednocześnie dyrektor kombinatu cementowo-wapiennego Kujawy w Barcinie. W książce dr. Mieczysława Boguszyńskiego czytamy, że inż. Henryk Hałas zaproponował, w ramach pomocy lecznictwu, przekazanie murowanego, parterowego pawilonu, przeznaczonego w kombinacie do likwidacji. Pawilon posłużył do utworzenia w Szubinie oddziału gruźliczego. Elementy rozebranego budynku przewożono z Piechcina do Szubina koleją. Dużo trudności przysporzyło przewiezienie dużych elementów z dworca kolejowego na teren szpitala. Później okazało się, że budynek jest zdekompletowany i nie można go odtworzyć. Zapadła decyzja o budowie oddziału od podstaw z wykorzystaniem elementów z kombinatu. Dokumentacja została przygotowana tak, by na papierze była to odbudowa. Dzisiaj w dawnym oddziale zakaźnym znajduje się oddział dziecięcy kierowany przez dra Marka Domżałę.
Wieloletni dyrektor szpitala w Szubinie, a obecnie dyrektor ds. medycznych Nowego Szpitala w Nakle i Szubinie, Marek Domżała pamięta dra Romana Dadziboga jako życzliwego, ciepłego i serdecznego człowieka. - To on przyjmował mnie do pracy razem z doktorem Stefanem Janickim. Od tamtej chwili minęło 45 lat. Jak przyjechałem do Szubina z Warszawy byłem sam, bez rodziny, mieszkałem na stancji, a on otoczył mnie opieką i obdarzył zaufaniem - powiedział Marek Domżała, który pierwszego dnia w pracy 16 października 1978 roku był na chirurgii u dra Romana Dadziboga, a kiedy stamtąd wyszedł wstąpił do kościoła pw. św. Andrzeja Boboli, gdzie dowiedział się o wyborze kard. Karola Wojtyły na papieża. Marek Domżała od Romana Dadziboga nauczył się empatii i podejścia do pacjenta. Zapamiętał go jako człowieka życzliwego dla ludzi. I chociaż Marek Domżała swoje życie zawodowe związał z pediatrią, a nie chirurgią, to w pamięci pozostały mu wizyty dyrektora Romana Dadziboga na oddziale dziecięcym, obchody, rozmowy z personelem i składane życzenia przed świętami.
Zapytaliśmy córki dra Romana Dadziboga o to, czy zawód ich ojca miał wpływ na ich wybory życiowe. Czy chciały iść na studia medyczne, czy nie. Ewa Dadzibóg, jako najstarsza z córek, pierwsza zaczęła myśleć o studiach medycznych. Zwierzyła się ojcu, że boi się prosektorium, ciał zmarłych pacjentów i operacji. Ojciec wziął córkę, aby przyglądała się temu jak przebiega operacja wyrostka robaczkowego. - Pamiętam dokładnie stół operacyjny. Ja stałam od strony nóg pacjenta. Za sobą miałam okno. Byłam ubrana w fartuch i patrzę jak tata bierze skalpel, nacina powłoki brzuszne i pojawia się czerwona kreska. W tym momencie film mi się urwał, bo zemdlałam. Skoro tak, to powiedziałam sobie, że się nie nadaję. Obawiałam się prosektorium i to wszystko złożyło się na to, że ostatecznie na medycynę nie poszłam.
Wybrała filologię angielską. Podjęła pracę na Akademii Medycznej w Bydgoszczy (teraz Collegium Medicum w Bydgoszczy, wchodzące w skład toruńskiego UMK) i wykłada język angielski o specjalności medycznej. - Jestem szczęśliwa, że mam kontakt z medycyną i jestem z nią związana poprzez język angielski. Uczę o niej studentów po angielsku. Ta wiedza, jaką zyskałam w domu jako dziecko podczas naszych rodzinnych rozmów, w późniejszych latach bardzo zaprocentowała, bo miałam już pewne wyczucie medyczne. Łatwiej mi było nauczać, bo pewne rzeczy były dla mnie oczywiste. Z obserwacji środowiska studenckiego wiem, że nie wszyscy pochodzą z rodzin lekarskich i czasem nie orientują się w rzeczach, które dla mnie były oczywistością.
Lekarką medycyny została Małgorzata Tyloch - ginekolożka/położniczka, dr nauk medycznych. Początkowo nie myślała o medycynie. Dopiero pod koniec nauki w I Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy, do którego notabene uczęszczały wszystkie córki, zdecydowała się pójść na medycynę. Małgorzata Tyloch zaczęła naukę na Akademii Medycznej w Gdańsku, a po trzecim roku przeniosła się do Bydgoszczy, do nowo powstałej filii Akademii Medycznej w Gdańsku. Specjalizację wybrała po stażu.
- W Szubinie był zawsze problem z ginekologiem-położnikiem i może to skłoniło mnie do wyboru specjalizacji - przyznaje nasza rozmówczyni. Jednak nie trafiła do szpitala w Szubinie, a podjęła pracę w Klinice Ginekologii i Położnictwa Szpitala im. Biziela w Bydgoszczy.
Trzecia z córek, Maria Dadzibóg-Matusiak, ukończyła filologię polską na UMK w Toruniu. Uczyła w Szkole Podstawowej nr 5 w Szubinie, a potem w Gimnazjum nr 1. Najmłodsza z córek, Barbara Perdenia, ukończyła zootechnikę na Akademii Techniczno-Rolniczej w Bydgoszczy i obecnie pracuje i mieszka z rodziną w Niemczech.
Z sześciorga wnuków, w ślady dziadka poszli dwaj wnukowie. Mateusz Matusiak, dr nauk med., skończył analitykę medyczną w Akademii Medycznej w Bydgoszczy (obecnie CM UMK) i pracuje w Centrum Onkologii w Zakładzie Patologii Nowotworów i Patomorfologii. Drugi wnuk, dr n. med. Dominik Tyloch jest urologiem i pracuje w Regionalnym Szpitalu Specjalistycznym w Grudziądzu.

Roman Dadzibóg z rodziną w Karkonoszach; fot. arch. rodzinne
Dom państwa Dadzibogów był otwarty. Szczególnie podczas spotkań imieninowych. Kiedy solenizantką była mama naszych rozmówczyń, to zjawiało się grono kobiece. Kiedy imieniny obchodził pan Roman, to przychodzili jego znajomi i grali w brydża. Dr Roman Dadzibóg w chwilach wolnych wychodził przed dom, aby zająć się ogrodem. Te wyjścia przeciągały się w czasie, ponieważ przechodzący chodnikiem mieszkańcy, a jednocześnie pacjenci, zagadywali lekarza o rozmaite sprawy - niekoniecznie związane z medycyną. Roman Dadzibóg był nie tylko znanym, ale uznanym i szanowanym przez szubinian lekarzem. W czasie pracy nie ograniczał się tylko do leczenia ściśle w swojej specjalizacji. W praktyce medycznej spotykał się z różnymi przypadkami, zdarzało się, że musiał przyjąć poród, udzielać pomocy w przypadkach laryngologicznych czy urologicznych.
Postać doktora Romana Dadziboga zapisała się na trwałe w historii Szubina. Do dzisiaj wiele osób z szacunkiem wspomina doktora, jako życzliwego, serdecznego, zawsze gotowego nieść pomoc i oddanego swoim pacjentom lekarza. Dr Roman Dadzibóg zmarł w styczniu 2013 roku.
Remigiusz Konieczka
Podczas pisania korzystałem z książki dr. Mieczysława Boguszyńskiego W kręgu eskulapa. O stuletnim szpitalu im. dr. Janusza Korczaka i lecznictwie w Szubinie.
SLZP
52UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze