Reklama

Majątki podejrzanych zabezpieczone

Prokuratura na poczet ewentualnych kar zabezpieczyła składniki majątku trzech podejrzanych w sprawie nielegalnych przyłączy wodno-kanalizacyjnych. Osoby, które pełniły nadzór nad spółką WiK twierdzą, że żadnych niepokojących sygnałów o tym procederze nie miały.

„Nie uważam, żeby proceder polegający na ponad siedmiuset przypadkach i skutkujący ponad milionowymi stratami mógł się odbywać przez tyle lat niezauważony. A ja żadnych sygnałów nie miałem“ - mówi Leszek Jakubowski, były burmistrz Żnina. fot. Karol Gapiński

     Od ponad miesiąca w Żninie kolportowane są pomiędzy mieszkańcami niesprawdzone informacje o kolejnych osobach z zarzutami w związku ze sprawą nielegalnych przyłączy wodociągowych. W rzeczywistości, jak zapewnia nas prokurator żnińskiej placówki zamiejscowej Prokuratury Rejonowej w Szubinie Wojciech Jabłoński, który prowadzi tę sprawę, nadal zarzuty ciążą wyłącznie na tych, którzy usłyszeli je kilka tygodni wcześniej, czyli na Andrzeju T., Bogdanie C. i Ryszardzie G. Nie rozszerzyła się też treść zarzutów postawionych podejrzanym. Wojciech Jabłoński przyznał jednak, że w toku prowadzonego dochodzenia zapadła decyzja o zabezpieczeniu składniku majątków osób, którym zarzuca się wykonywanie nielegalnych przyłączy wod.-kan. (poza obiegiem zakładu WiK, w którym pracowali). - Jest to majątek o wartości kilkuset tysięcy złotych, zabezpieczony na poczet ewentualnej kary, która grozi podejrzanym. W skład zabezpieczonego majątku wchodzą nieruchomości i samochody - przekazał Wojciech Jabłoński.
     Prokurator przyznał, że trzeba przesłuchać dużą liczbę osób. W zainteresowaniu prokuratury znajduje się 712 przypadków podłączeń wod.-kan. Przypomnijmy, że Andrzej T. usłyszał zarzut korupcji gospodarczej z art. 296a paragraf 1 i 4 kodeksu karnego. Ponadto były kierownik działu wody usłyszał 5 zarzutów z artykułu 270 paragraf 1 kk, dotyczących fałszerstwa dokumentów. Kolejny zarzut prokuratura postawiła Andrzejowi T. z artykułu 284 paragraf 1 (przywłaszczenia) w związku z artykułem 11 kodeksu karnego (co do łącznej kwalifikacji czynów). Rzecz dotyczy przywłaszczenia przez byłego kierownika 4 telefonów służbowych o łącznej wartości 11.500 zł. Z kolei na Ryszardzie G. i Bogdanie C. ciążą zarzuty z artykułu 296a paragraf 4 w związku z artykułem 12 kodeksu karnego. Zarzuca się im, że działając wspólnie i w porozumieniu nadużyli swoich uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Miało to się odbywać w ten sposób, że wszyscy oni przyjmowali korzyść majątkową, od już ustalonych i jeszcze nieustalonych osób, za wykonanie oraz odbiór przyłączy. Monterzy korzystali przy tym, według ustaleń prokuratury, ze sprzętu i pracowników WiK realizując prace i pobierając za nie pieniądze do własnych kieszeni na podstawie zleceń, które faktycznie mógłby realizować WiK jako ich macierzysty zakład pracy. W związku z postawionymi zarzutami każdemu z tej trójki grozi kara pozbawienia wolności do 8 lat.
     Materiałem dowodowym w tej sprawie jest audyt przeprowadzony pod koniec zeszłego roku przez Waldemara Wajgelta z Urzędu Miejskiego w Żninie. WiK jest spółką komunalną gminy Żnin. Proceder, który podejrzanym zarzuca prokurator, miał trwać od 2007 r. Według śledczych kwota strat, na jakie podejrzani narazili swój zakład pracy realizując prywatnie zlecenia, które powinni robić w ramach pełnionych przez siebie etatów, jest nie mniejsza niż 1.250.000 zł. W związku z tym pojawiają się wciąż wśród opinii publicznej pytania, jak do tego mogło dochodzić przez tyle lat, i dlaczego władze spółki oraz burmistrz jako przedstawiciel jedynego jej właściciela - gminy, nie reagował?
Do burmistrza Żnina oraz do rzecznika prasowego regularnie trafiają zapytania zarówno od mediów, jak i od mieszkańców, dotyczące nadzoru burmistrza nad zakładem Wodociągów i Kanalizacji „WiK“, w kontekście trwających tam działań prokuratury. Panuje zdziwienie: „jak to możliwe, że prawdopodobnie występowały w spółce gminnej nadużycia finansowe na dużą skalę, a organ zarządczy nic o tym nie wiedział?“. Informuję, że w momencie, gdy zaczęły trafiać do niego informacje o możliwych nieprawidłowościach, podjął działania, których finał aktualnie można obserwować. Burmistrz wysłał w ostatnich dniach do audytora pismo z zapytaniem o możliwość odtajnienia przynajmniej części wyników audytu, celem poinformowania opinii publicznej o sytuacji. Jeśli będzie taka możliwość prawna, wówczas zostaną do mediów przesłane materiały. Natomiast w kwestii nadzoru nad „WiK-iem“ we wcześniejszych latach: Burmistrz pozwala sobie odesłać dziennikarzy do poprzednich władz gminy oraz spółki. Burmistrz Robert Luchowski nie wie, czy pan Burmistrz Jakubowski, pani Wiceburmistrz Nowakowska lub poprzednia Rada Nadzorcza otrzymywali jakiekolwiek głosy w sprawie WiK-u, a jeśli takowe otrzymywali, to dlaczego nie podejmowali skutecznych działań. Tego rodzaju pytania należy kierować do tych osób, z pewnością udzielą precyzyjnych odpowiedzi - taki komunikat przekazał mediom burmistrz Żnina Robert Luchowski.
     Skontaktowaliśmy się z jego poprzednikiem na stanowisku włodarza Żnina Leszkiem Jakubowskim. W przeszłości był on również wiceprezesem zarządu WiK. Zapytaliśmy go, czy nie docierały do niego żadne sygnały o realizowaniu nielegalnych przyłączy. - W zarządzie WiK-u jako wiceprezes pracowałem od 1 czerwca 2003 r. do 31 marca 2006 r. Żadne sygnały do mnie wtedy nie dochodziły, sam też niczego niepokojącego nie zaobserwowałem. Przypomnę, że prokuratura interesuje się późniejszym okresem - zauważył Leszek Jakubowski. Zapytaliśmy go zatem, czy dochodziły do niego informacje i jak reagował w kolejnych latach, gdy był już burmistrzem Żnina?
     - Jako burmistrz też nie miałem takich sygnałów. Nie uważam, żeby proceder polegający na ponad siedmiuset przypadkach i skutkujący ponad milionowymi stratami mógł się odbywać przez tyle lat niezauważony. Poczekajmy do rozprawy przed sądem. Przewiduję, że ostatecznie skala tego wszystkiego okaże się dużo mniejsza. Gdy byłem burmistrzem, to audyty i kontrole były przeze mnie zlecane regularnie w spółce. Robił je pan Waldemar Wajgelt. Takie kontrole przeprowadzane były regularnie dwa razy w roku: przy ustalaniu taryf oraz przy udzielaniu absolutorium. Owszem, wiedziałem, że w mieście i gminie rozwija się budownictwo mieszkaniowe. Skoro są stawiane nowe domy, a każdy z nich, skoro jest zamieszkany, to i powinien być podłączony do sieci wod.-kan. Dlatego wiedziałem, że WiK mógłby realizować więcej usług zewnętrznych, niż to czynił. Sygnalizowałem to w rozmowach z zarządem czy radą nadzorczą, ale WiK wciąż robił tego bardzo niewiele - powiedział nam poprzednik Roberta Luchowskiego na stanowisku burmistrza Żnina. Leszek Jakubowski dodał również, że nie był przesłuchiwany przez śledczych, ale też niewiele ma do powiedzenia w tej sprawie. - Jaki miałem wpływ na to, jak pracuje spółka? Tak naprawdę, to niewielki i nie bezpośredni. Dla porównania - taki sam, jak premier rządu ma na działanie spółki Skarbu Państwa - uważa Leszek Jakubowski.
     Janusz Biegański, wiceprezes zarządu WiK w latach, w których miało dochodzić według śledczych do procederu zakładania nielegalnych przyłączy, potwierdził, że zeznawał na policji.
     - O sprawie wiem tyle, ile wyczytałem w prasie. Nie potrafię odnieść się do zarzutów, które ewentualnie zostały wysunięte w przeprowadzonym audycie. Prosiłem policję o wgląd w ten audyt, to wtedy mógłbym się ustosunkować. Póki co jednak ów audyt nie został pokazany. Na policji usłyszałem, że jest on w prokuraturze. A diabeł tkwi w szczegółach i w interpretacji pewnych spraw. Dla przykładu - audyty z ramienia gminy mieliśmy regularnie - pan Waldemar Wajgelt w jednym z poprzednich takich dokumentów określił, iż posiadamy wóz asenizacyjny, więc postawił pytanie, dlaczego nie świadczymy usług? Szkopuł w tym, że to była beczka na ścieki, a nie spełniający określone wymogi wóz asenizacyjny. I tak to też może wyglądać z pewnymi sformułowaniami w audycie. Jednak nie chcę się odnosić, bo jak mówię, nie miałem wglądu w ten audyt - mówi Janusz Biegański.
     Były wiceprezes i dyrektor techniczny WiK-u podkreśla, że w firmie był zakaz wypożyczania sprzętu prz ez pracowników. - Żadnych lojalek nie podpisywali, ale prywatnych firm w tej branży prowadzić nie mieli. Takie były wytyczne zarządu. Co do sprzętu, to był on wyposażony w GPS. To dla rejestrowania zużycia paliwa, ale też wykluczało to wykorzystywanie tego sprzętu poza wyznaczonymi zadaniami. Nie jest moim zdaniem możliwe, że ponad 700 przypadków zarzucają śledczy a firma o niczym nie wiedziała. To zbyt mały zakład pracy. W rzeczywistości nasze priorytety były po prostu inne, niż zakładanie przyłączy. Otóż kilkanaście lat temu mieliśmy rocznie 190 awarii na sieci. Trzeba to było sukcesywnie modernizować, wymieniać, naprawiać, by ilość tych wypadków zredukować do jakiejś normalnej liczby. Dodatkowo w okresach zimowym, gdy tych prac było mniej, zajmowaliśmy się legalizowaniem, wymianą liczników. Rocznie około 400-500 sztuk wymienialiśmy. To nam zajmowało czas pracy, a przyłącza nie były naszym priorytetem. Mieliśmy rocznie do wykonania plan inwestycyjny od 500.000 zł do 1.000.000 zł i to były prace, które absorbowały naszą 9-osobową brygadę wykonawczą. Zresztą prawda jest taka, że akurat na tym rynku po pierwsze jest duża konkurencja, a po drugie nie można liczyć, że wybudowano ponad 700 domów, to WiK miał założyć do każdego z nich przyłącze. Prawda jest taka, że najczęściej to wykonawcy tych domów mieszkalnych sami wykonują przyłącza. Nawet jeśli nie, to właściciel chce mieć to zrobione od ręki. Dlatego zamawia firmę na te usługi się nastawiającą, a nie WiK, bo u nas mieliśmy w tym czasie często inne zadania, nie mogliśmy zająć się zleceniem od ręki. Nas interesował tylko sam moment nawiertki i zasuwka, czyli ten element przyłącza na bezpośrednim styku z naszą infrastrukturą. Nad tym chcieliśmy mieć kontrolę, żeby to się odbywało przy naszej obecności, i o te rzeczy dbaliśmy. Resztę brał na siebie inwestor - powiedział Janusz Biegański.
     Były wiceburmistrz Żnina a później wiceprezes WiK-u dodał, że mogło się zdarzyć, że pracownicy WiK wykonywali przyłącza komuś prywatnie po prostu po znajomości, np. w rodzinie, ale nie robili tego przy użyciu sprzętu i materiału WiK-u. - My jako zarząd mogliśmy im zabronić wykonywania takich prac np. w naszym firmowym kombinezonie z napisem WiK. Ale jeśli coś ktoś robił w tym zakresie po godzinach pracy, np. kuzynowi w nowym domu, to czy mieliśmy żądać, by tego nie robił, lub by założył maskę na twarz, tak żeby ludzie go nie kojarzyli jako pracownika WiK-u? Przecież to absurd - zakończył Janusz Biegański.
     Były prezes WiK Eugeniusz Dobaczewski nie miał nic do dodania do powyższych wyjaśnień.
     Zbigniew Lorenc, członek jednej z poprzednich rad nadzorczych w spółce WiK również zapewnił, że rada ta nie miała w tamtych latach żadnych informacji i podstaw, by stwierdzić istnienie procederu nielegalnych przyłączy, mimo że dokumentację WiK-u analizowano na bieżąco a kontrole były regularne.

Karol Gapiński
Pałuki nr 1254 (8/2016)

Reklama

Inne teksty na ten temat:

Za przyłącza do prywatnej kasy

Prezes wydłuża abolicję dla legalizujących przyłącza

Straty wyliczają na 1,35 mln zł

Akt oskarżenia najwcześniej w sierpniu

Do przesłuchania jeszcze 400 świadków

Brali za przyłącza od 1.000 zł w górę

Kilka podpisów - tak, ale o korzyściach nie ma mowy

Kluczowy świadek nie pojawił się

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości