Reklama

Historia Mariana Patyńskiego. Malował Hitlera i trafił do obozu

Malował pałuckie krajobrazy, mieszkańców Żnina, a w czasie wojny dziesiątki portretów dyktatora Europy. Twórczość Mariana Patyńskiego szokuje i dziwi, ale wystarczy wspomnieć dzieje jego życia, przede wszystkim w czasie II wojny światowej i tuż po niej, żeby odkryć w jak niejednoznacznych moralnie sytuacjach się znajdował. Malował, żeby przeżyć, przeżył, bo malował. Biografię malarza przypomniał i opowiedział, tuż przed śmiercią, Zbigniew Skorwider.

Portret Stanisławy Skorwider, matki byłego naczelnika Żnina Zbigniewa Skorwidera namalowany w 1943 roku, na co wskazuje data w prawym dolnym rogu obrazu fot. Remigiusz Konieczka

 

     Zbigniew Skorwider o malarzu Marianie Patyńskim opowiedział, by historia tego człowieka nie została zapomniana. Postanowił podzielić się nią tuż przed śmiercią. Żeby jej wysłuchać pojechałem do Ciechocinka w 2008 roku. Usiedliśmy w małym pokoiku w mieszkaniu Zbigniewa Skorwidera. Włączyłem dyktafon i zamieniłem się w słuch.
     - Nie wiem, skąd pochodził. Bardzo zdolnym był malarzem. Zakochał się w żniniance, zapomniałem jej nazwisko, na ul. Pocztowej mieszkała. Wzięli ślub i żninianka stała się jego żoną. Jeść trzeba było i rodzinę utrzymać. Wobec tego on jeździł do Gdyni, malował, szkicował, węglem, ołówkiem. Szybko to robił, błyskawicznie i muszę powiedzieć - elegancko. A najbardziej wzięty był ... wycinał te czarne... sylwetkę i naklejał na ten... idealnie. Nożyczkami szybciutko tak zrobił. Jak byłem w Gdyni, to ogonki czekały przed nim - opowiada Zbigniew Skorwider.
    PORTRETY WODZA III RZESZY
     W czasie okupacji do Gdyni już nie jeździł. Pewien Niemiec prowadził w Żninie zakład malarski i zatrudnił Patyńskiego jako malarza pokojowego. No i Patyński zamiast obrazów malował pokoje.
     - Przy tym robił fuchy malując obrazy - kontynuuje Zbigniew Skorwider. - I ten Niemiec się tym zainteresował. Jego zdolnościami. A robił tego dużo. Malował na podstawie zdjęć. Wziął dziś od pana zdjęcie, a jutro miał pan obraz olejny. Farby były różne. Holenderskich Niemcy mieli jeszcze trochę. Mieli duńskich trochę farb. No, ale one były bardzo drogie. W końcu to sam sobie farby robił. Malował elegancko. Szybko. Niemiec się zorientował i wpadł na sposób, że można na nim zrobić interes. Załatwił mu ładne mieszkanie w Żninie. Zamawiał gdzieś u stolarza pod Poznaniem blejtramy. Patyński miał malować. Ale co miał malować? Ten Niemiec zdobył obraz najcenniejszego niemieckiego artysty, który malował Hitlera. Hitler taki naindorzony, wie pan, w płaszczu i z takim kołnierzem podniesionym. Z prawdziwego zdarzania wódz III Rzeszy.
     Portrety Hitlera były jednymi z najdroższych obrazów w Niemczech. Niemiec zdobył jeden z takich obrazów. Podpatrzył blejtramy, czyli ramki, na które naciąga się płótno malarskie, żeby wszystko było dokładnie. Całe stosy tych blejtram wykonywał jakiś stolarz pod Poznaniem. Obijali to płótnem zgodnie z tym, jak robił to ten hitlerowski artysta malarz, no i potem Patyński na tym malował. Nie miał się spieszyć. Jego chlebodawca nie kazał mu robić Hitlera w jednym dniu, ale żeby robił 2-3 dni. Ale Patyński jak usiadł, to zrobił go szybko, a resztę czasu miał wolną. I Polak robił te obrazy, a Niemiec je sprzedawał. Obrazy się rozchodziły. Aż zainteresował się tym ten malarz, który namalował oryginał. Zauważył, że pojawiły się falsyfikaty. Identyczne i na pierwszy rzut oka nie do rozróżnienia.
    WPADKA
     Powiadomiono odpowiednie służby, że naruszono godność führera. Zajęła się tym niemiecka  służba bezpieczeństwa - Sicherheitsdienst des Reichsführers-SS (SD). Proceder trwał sześć albo osiem miesięcy. Namierzano ich stopniowo. Służba bezpieczeństwa odkryła, że nielegalne kopie pochodzą z Kraju Warty. Potem dotarli do producenta blejtramów i wtedy już wiedzieli, kogo dalej mają szukać. Zaczęli obserwować. I tego Niemca na gorącym uczynku złapali, jak sprzedawał nielegalne kopie portretów Hitlera malowane przez Mariana Patyńskiego. 
     Niemcowi zlikwidowano zakład. Poszedł siedzieć. - Nie wiem, jaki wyrok dostał, ale wiem, że odbywał się proces w Inowrocławiu. Nie wiem dokładnie, bo mnie już potem wywieźli. A Patyńskiego do obozu koncentracyjnego. Albo był w Gross-Rosen, albo był w Dachau. Jak wkroczyli Amerykanie, to dostał się w ręce Amerykanów, bardzo zniszczony po pobycie w obozie. Ich wywozili na podleczenie. On się dostał do USA. I w tych Stanach Zjednoczonych został - mówi Zbigniew Skorwider. - I wie pan, taka sytuacja, że ja pamiętałem tego Patyńskiego, bo lubił moją mamę. Często do nas przychodził i ją namalował. Był bardzo kontaktowy, miły, ładnego takiego usposobienia, życzliwy ludziom. Często żeśmy się spotykali, rozmawialiśmy. Czasami u niego patrzyłem, jak on to robi, jak maluje. On miał na Kościuszki 2 pokoje jako pracownię. Mnie jest teraz trudno powiedzieć, gdzie dokładnie to miał. Ja u niego bywałem. Z tym, że ten Niemiec pilnował, żeby nikt tam nie zaglądał. Bo to było obłożone wielką tajemnicą.

Reklama

 

Grób Mariana Patyńskiego na cmentarzu komunalnym w Ciechocinku fot. Remigiusz Konieczka

 

     Cały nielegalny proceder został wykryty ich na przełomie 1942-1943. W 1943 roku wywieźli Zbigniewa Skorwidera na roboty przymusowe i stracił kontakt z tym co się dalej w Żninie działo.
     - Nawet nie wiedziałem, co się z Patyńskim dzieje. Dopiero po wojnie się dowiedziałem, że on nie miał wyroku, że rozprawę miał Niemiec, że mu rodzinę zniszczyli. To był Niemiec, który przyszedł z Reichu. Dostał wyrok, a potem wykończyli mu to wszystko i jego razem z tym. Za te obrazy. A Patyński nie miał rozprawy, tylko od razu poszedł do obozu koncentracyjnego - mówi.
    EMIGRACJA I POWRÓT
     Zbigniew Skorwider powiedział, że Marian Patyński będąc w Stanach Zjednoczonych malował. - Nie wiem, czy nie sfałszował swojego życiorysu, bo w swoich wywodach pisze, że kończył studia w Krakowie. Myśmy go uważali, że on jest chyba samoukiem. Tak... tak go traktowaliśmy. Malarz o takim talencie, to miałby wzięcie, a nie żeby wycinankami się zajmował. Napisał, że krakowskie studia miał. Jego obrazy trafiły na podatny grunt. Nastawił się na marynistykę. Nastawił się na konie. Wygrywał bardzo dużo nagród w USA. Jego obrazy trafiły do największych bogaczy amerykańskich - twierdzi były naczelnik Żnina.
     Jednak życie miało po raz kolejny skrzyżować drogi Zbigniewa Skorwidera i Mariana Patyńskiego. Malarz trafił do Ciechocinka, czyli tam, dokąd pod koniec lat 60. wyemigrował ze Żnina Zbigniew Skorwider.
     - Co się stało? Ja tu jestem prezesem Związku Inwalidów Wojennych. Przyszedł mój wiceprezes i mówi: - „Słuchaj sprzedaję dom. I to bardzo dobrze, bo trafiłem na Amerykanina. I jak mu powiedziałem, że chcę 55 tys. dolarów, to na nim nie zrobiło to żadnego wrażenia”. Podpisał umowę i sprzedał mu tę chałupę. Zapytałem, jak ten facet wygląda. - „Niski, wysoki”? - „No, niski”. To nazwisko mi coś przypominało. I ja mówię do kolegi: - „Pozdrów go od kogoś ze Żnina”. Jak mu powiedział, to on dostał białej gorączki. Że nie chce nic słyszeć o tym. Ale w końcu wyasygnował paręset dolarów na Związek Inwalidów Wojennych. Podziękowałem mu elegancko. I on chciał ze mną tutaj tego... Ale ja wiedziałem, że on ma, wie pan... sklerozę, zanik pamięci i to mocny. Posądzał ludzi w sanatorium, zamki zmieniał. Już było widać, że Patynie odbijo. Ja unikałem go, bo nie chciałem, żeby mnie ktoś o coś posądzał.
     Wrócił do Polski gdzieś w 1982-1983 roku. I tu sobie żył, w kupionym domu w Ciechocinku przy ul. Wołuszewskiej. Co jakiś czas jeździł do Stanów, sprzedawał tam jeszcze obrazy. W całej willi, którą zakupił, wstawił meble swarzędzkie, które kupił hurtowo w Swarzędzu. Wtedy były to najlepsze i najdroższe meble w Polsce. Z tym, że był sam. Zbigniew Skorwider mówił, że miał podobno w Stanach żonę, ale nie wiadomo, czy to prawda.
     - I któregoś dnia dowiadujemy się, że zmarł. Ja o jego krewnych nic nie wiedziałem. Nie znałem adresów. Burmistrz Ciechocinka mi się pytał o jego bliskich, że ja powinienem o nich więcej wiedzieć. W końcu nikt go nie miał pochować i za co. Na koszt magistratu go pochowano u nas na cmentarzu. Willę ktoś już sprzedał. Ktoś tam musiał się wykazać jako spadkobierca. I poza tym skromny nagrobek mu zrobili. Jednie, jak się lampka pali, to ja zapalę tę lampkę. Marian Patyński. O! I to jest wszystko. Historia przykra, ale ciekawa - zakończył opowiadanie Zbigniew Skorwider.
     NIEJASNOŚCI
     Historia jest ciekawa, ale w życiorysie Mariana Patyńskiego są nieścisłości. Kazimierz Marciniak, który całą okupację spędził w Żninie, pamięta malarza o takim nazwisku, ale nie przypomina sobie, aby malował portrety. Widział go, jak ustawiał sztalugi w żnińskich plantach i malował kościół pw. św. Floriana.
Henryk Winiecki pamiętał, w jakiej żniniance zadurzył się Marian Patyński. Była to siostra Czesława Szymańskiego, który przed wybuchem wojny wyjechał do Gdyni do pracy.
     - W 1940 roku spotkałem Czesława w Żninie. Powiedział, że wraz z ojcem uciekli z Gdyni. Szymańscy mieszkali przy ul. Pocztowej, niedaleko dzisiejszego Żnińskiego Domu Kultury. Pracowałem jako malarz w firmie Eisa, Polaka [potem firmę przejął Niemiec]. Tam też pracował Szymański. Utrzymywaliśmy kontakt. Bywałem u nich w domu. Jego siostra była dziewczyną albo żoną Patyńskiego. Dokładnie nie pamiętam. Mieszkał wspólnie z nimi. Był średniego wzrostu, drobny. Przed wojną go w Żninie nie było. Dopiero w czasie okupacji go spotkałem - opowiada Henryk Winiecki.
     Potem nasz rozmówca został wywieziony na roboty do kopalni węgla na Zaolziu, a dokładniej do Karwiny. Ale los Henryka Winiecka i Mariana Patyńskiego zetknął po raz drugi. Z tym, że tutaj wersje Zbigniewa Skorwidera i Henryka Winieckiego rozchodzą się. Zbigniew Skorwider powiedział, że Marian Patyński wyemigrował  do USA. Henryk Winiecki widział go w Poznaniu na początku lat 50. - Miał kartony biało-czarne, cienkie i nożyczki. Wycinał profile dzieci i dorosłych i pobierał za to pieniądze. Porozmawiałbym z nim wtedy, ale byłem z dziećmi. Potem go już nigdy nie spotkałem i o nim nie słyszałem - powiedział Henryk Winiecki.
     Marian Patyński zmarł 21 czerwca 1991 roku. Teraz mogiły Zbigniewa Skorwidera i Mariana Patyńskiego dzieli kilkadziesiąt metrów. Spoczywają na tym samym cmentarzu.

Reklama

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1016 (31/2011)


SZUFLADA

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 27/05/2024 12:28
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości