Reklama

Mecenas Jan Balon: Nie porównujcie go do Hitlera

Żnin, Sąd Rejonowy, myśliwy, Wojciech K., kot, Biskupin
     Mecenas Jan Balon: Nie porównujcie go do Hitlera
     Dziś w Sądzie Rejonowym w Żninie zapadnie wyrok w sprawie zastrzelenia kota w Rezerwacie Archeologicznym w Biskupinie. Oskarżony o ten czyn jest Wojciech K., pracownik Muzeum Archeologicznego w Biskupinie. Prokurator żąda wymierzenia kary sześciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Obrońca oskarżonego wniósł o uniewinnienie.

     O zdarzeniu pisaliśmy w październiku ubiegłego roku. Przypomnijmy, iż Wojciech K., pracownik Muzeum Archeologicznego w Biskupinie i członek Koła Łowieckiego Szarak wjechał na teren Rezerwatu Archeologicznego z bronią i strzałem w głowę zabił kota, który zadomowił się w rezerwacie. Kot wcześniej przybłąkał się na teren rezerwatu i wzbudził sympatię części pracowników, którzy zaopiekowali się zwierzęciem. O sprawie zrobiło się głośno 9 października, kiedy na profilu społecznościowym Ludzie Przeciw Myśliwym ukazała się informacja, iż w Rezerwacie Archeologicznym w Biskupinie myśliwy zabił kota strzałem w głowę. Autorzy informacji apelowali, by pomóc im działać w tej sprawie w celu pociągnięcia do odpowiedzialności nie tylko bezpośredniego sprawcę zabójstwa kota. Jak się okazało, profil należy do Stowarzyszenia Trzyrzecze z Białegostoku. Sprawa trafiła na policję, a postępowanie zakończyło się postawieniem Wojciechowi K. zarzutu z art. 35 ust. 1 ustawy o ochronie zwierząt, który mówi, iż kto zabija, uśmierca zwierzę albo dokonuje uboju zwierzęcia z naruszeniem określonych przepisów, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
     NIE POZWALAŁ WNOSIĆ BRONI
     Akt oskarżenia przeciwko Wojciechowi K. wpłynął do żnińskiego sądu. W procesie w charakterze pokrzywdzonego biorą udział: Lex Nova - Fundacja na Rzecz Prawnej Ochrony Zwierząt i Kontroli Obywatelskiej, reprezentowana przez pełnomocnika Mateusza Łątkowskiego, Stowarzyszenie Teatralne Dom na Młynowej Teatr Przyrzecze w Kinie Tęcza i Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Na pierwszej rozprawie wyjaśnienia składał oskarżony. Zeznał, iż zastrzelił kota, którego wcześniej potrącił wyjeżdżając spod portierni, by skrócić mu cierpienie. Tydzień temu odbyła się druga rozprawa w tej sprawie, podczas której sędzia Robert Tuchciński przesłuchał świadków.
     Dyrektor Muzeum Archeologicznego w Biskupinie Wiesław Z. wyjaśnił, iż pod koniec września zeszłego roku zadzwonił do niego pracownik muzeum Jarosław K. i poinformował go o fakcie zastrzelenia kota w rejonie portierni biskupińskiego muzeum. Sprawa wydała się dyrektorowi poważna, a jednocześnie miał świadomość, że nie pozwolił nikomu wnieść broni na teren muzeum. Poprosił swojego zastępcę Kazimierza Sz. o rozpoznanie sprawy.
     - W wyniku przeprowadzonych rozmów z oskarżonym., z portierem - panem K. i panem K. okazało się, że są niejako dwie wersje zdarzenia. Były one na tyle różne, że nie czułem się w obowiązku i nie miałem możliwości rozstrzygnięcia sprawy i postanowiłem zawiadomić prokuraturę. Po przyjeździe dwa dni później naszego radcy prawnego uznałem za stosowne, niezależnie od rozstrzygnięć śledztwa, ukarać pana K. karą regulaminową oraz zabraniem premii uznaniowej. Czekałem na rozstrzygnięcie sprawy. Wiedziałem też, że nie było praktycznie świadków tego zdarzenia, ponieważ na terenie właściwego rezerwatu znajdowały się trzy osoby: sprzątaczka w pawilonie muzealnym - pani G., pan Eugeniusz K., który był w portierni oraz pan Wojciech K., który zatrzymał się przy portierni, żeby podpisać listę obecności. Było to między 7:30 a 8:00. Według relacji oskarżonego użył on broni, którą wwiózł na teren muzeum bez pozwolenia, aby dobić potrąconego przez siebie kota. Dla mnie ta wersja jest bardziej prawdopodobna niż to, co przedstawiają na podstawie nieuzasadnionych domysłów media, że oskarżony zapolował na kota. Jestem oburzony tym, co media społecznościowe prowadzone przez pana G. pisały o zdarzeniu i przedstawiały w niewłaściwym świetle to, co się zdarzyło. To może rzutować w sposób istotny na opinię o muzeum, że mogły być takie przypadki tolerowane - relacjonował Wiesław Z.
     DWIE WERSJE
     W dalszej części zeznań dyrektor wyjaśnił, iż oskarżony opowiadał mu, że ma zagryzione kury zielononóżki i że z gołębnika wypłoszył kota. Wiesław Z. zeznał również, że teren za rezerwatem należący do muzeum jest terenem obwodu łowieckiego i oskarżony w okresie zimowym podkarmiał tam zwierzęta. Dodał, iż zwyczajowo ze względu na bezpieczeństwo myśliwy ma prawo zabierać broń.
     - Oczywiście za każdym razem powinien o tym fakcie meldować - powiedział dyrektor.
     Na pytanie prokurator Grażyny Pawlaczyk, czy w chwili, kiedy na terenie rezerwatu padł strzał, w jego obrębie znajdowali się turyści oczekujący na wejście, dyrektor odpowiedział, że zdarzenie miało miejsce około 730, a rezerwat jest otwarty od 9:00.
     - Nikogo tam nie było - zaznaczył dyrektor. Na pytania pełnomocnika i przedstawicieli instytucji o statusie pokrzywdzonych Wiesław Z. wyjaśnił, że oskarżony mówił, iż uśmiercił kota, którego wcześniej potrącił samochodem ruszając spod portierni. Dodał, że osobiście nie był na miejscu zdarzenia, a o zajściu został powiadomiony przez Jarosława K., który mówił, iż zdarzył się wypadek i jest tym oburzony.
     - Nie pamiętam, czy mówił, w jakich okolicznościach został zabity ten kot. Pan K. przedstawił wersję, że kot został celowo upolowany, a oskarżony, że kot został potrącony, ciągnął nogami i został uśmiercony ze względów humanitarnych. Pan K. usłyszał strzał i wtedy stwierdził co się stało. Tego zabitego kota widział chyba pan K., oskarżony i przypuszczam, że portier. Nie ma specjalnego regulaminu, ale są przyjęte zwyczaje, że jeżeli ktoś wnosi broń na teren muzeum, to musi to robić za zgodą dyrekcji.
     Zezwalałem oskarżonemu na wnoszenie broni na teren rezerwatu, gdy podkarmiał zwierzęta. W dniu zdarzenia nie zgłaszał, że na teren muzeum chce wejść z bronią. Nigdy wcześniej tego zastrzelonego kota na terenie muzeum nie widziałem. Nic mi nie wiadomo na temat, by wcześniej dokonywano odstrzału zwierząt na terenie rezerwatu. Jedyny przypadek sprzed wielu lat to zastrzelenie wściekłego lisa na terenie torów przebiegających wzdłuż ogrodzenia rezerwatu. Spodziewałem się tego pytania. Pracownik sprawdził odpowiedni wpis i okazało się, że w 2001 roku miało miejsce to zdarzenie - wyjaśnił dyrektor biskupińskiego muzeum, który przesłuchiwany był ponad pół godziny.
     KOT TO NIE ZWIERZYNA ŁOWNA
     Leszek S., szef Koła Łowieckiego Szarak, zeznał, że w toku postępowania koło zostało zawiadomione przez Muzeum Archeologiczne, iż myśliwy z koła zastrzelił kota. Wojciech K. złożył wyjaśnienia w tej sprawie na posiedzeniu zarządu koła łowieckiego. Wyjaśnił, że potrącił kota, a potem go uśmiercił. W związku z faktem, że sprawa trafiła do prokuratury, koło powiadomiło rzecznika dyscyplinarnego i zastosowało wobec Wojciecha K. karę porządkową pozbawienia możliwości polowania przez rok. Leszek S. dodał, iż teren, o którym jest mowa w postępowaniu, czyli cały teren muzeum, wchodzi w skład obwodu łowieckiego nr 208 i nigdy nie został wyłączony z użytkowania łowieckiego. Zdaniem Leszka S. nie było wcześniej skarg na Wojciecha K. Wyjaśnił również, iż kot nie jest zwierzyną łowną. W pojęciu łowieckim jest drapieżnikiem, podobnie jak pies, który goni zwierzynę. Zaznaczył, iż myśliwi nie urządzają polowań na koty, ponieważ nie chcą wchodzić w konflikt z ich miłośnikami. Świadek zapytany, co należy zrobić po potrąceniu kota, wyjaśnił: - Czynności po potrąceniu zwierzyny dotyczą każdego człowieka, nie tylko myśliwych. W takiej sytuacji należy zawieźć kota do lecznicy do leczenia, podobnie bywa w przypadku zwierzyny. Leszek S. zeznał również, że Wojciech K. opowiadał, że kot bywał wśród zwierzostanu, którym zajmuje się zawodowo na terenie rezerwatu w Biskupinie. Podkreślił, iż przepisy nie regulują kwestii, by myśliwy po potrąceniu zwierzęcia mógł ocenić jego stan i dokonać jego odstrzału.
     NIE WIDZIAŁ MIEJSCA ZDARZENIA
     Kazimierz Sz., zastępca dyrektora Muzeum Archeologicznego w Biskupinie, 29 września 2015 roku został wezwany przez dyrektora Wiesława Z. i poproszony, by pojechał zobaczyć, co dzieje się w rezerwacie, gdyż wcześniej dyrektor otrzymał informację, że został zastrzelony kot. Gdy dotarł na miejsce, w okolicach portierni przeprowadził krótką rozmowę z oskarżonym, który potwierdził, że zastrzelił kota. Rozmawiał również z Jarosławem K., który powiadomił dyrektora o zajściu na terenie rezerwatu.
     - W zasadzie wiele od nich nie usłyszałem. Po krótkich rozmowach udałem się do dyrektora. W tym dniu już więcej na ten temat nie rozmawialiśmy. Poprosiliśmy radcę prawnego, by do nas przyjechał. Oskarżony stwierdził, że dobił kota, bo wpadł pod samochód i był ranny. Ja nie widziałem tego kota. Nie wiedziałem, że taki kot przebywał na terenie muzeum. Nie wyraziłbym na to zgody, żeby dokarmiać kota na terenie muzeum. Docierały do mnie informacje, że zżerane są kury i króliki w rezerwacie, ale kto to robił, to nie wiem, czy to był kot, czy nie kot. Nie przypatrywałem się i nie widziałem śladów potrącenia kota. Nie oglądałem miejsca zdarzenia - wyjaśnił świadek.
     ZADUSIŁ KRÓLIKA
     Portier Eugeniusz K. pamięta, że pod koniec września zeszłego roku około 7:30 przyjechał Wojciech K. i podpisał listę obecności. Chwilę po jego wyjściu z portierni padł strzał. Portier wyszedł zobaczyć, co się stało. Wojciech K. szedł w stronę portierni i mówił, że zastrzelił kota i poprosił o worek. W tym czasie na teren rezerwatu wjechał Jarosław K., który następnie zadzwonił do dyrektora. Zdaniem portiera w tym czasie na terenie rezerwatu nikogo więcej nie było. Nie słyszał pisku opon, bo na terenie rezerwatu jest piach. Oskarżony nie tłumaczył mu, dlaczego zastrzelił kota. Eugeniusz K. pamięta, że przed zastrzeleniem kot często chodził po rezerwacie. Odganiali go turyści. Kiedyś kot złapał królika i turyści próbowali go odgonić. Nie udało im się. Kot zadusił królika.
     - Strzał słyszałem, kiedy byłem w portierni. Po usłyszeniu strzału wyszedłem. Szedł w moją stronę oskarżony, a dalej leżał kot. Jak szedł w moim kierunku, nie miał przy sobie broni. Z daleka widziałem kota. Nie widziałem, jak wyglądał, czy był rozjechany. Żadnych organów wewnętrznych w obrębie kota nie widziałem. Dałem worek. Kota zabrał K. i oskarżony. Nie wiem, czy ktoś go zakopał - relacjonował Eugeniusz K.
     CHCIAŁ ODDAĆ DO ADOPCJI
     Jarosław K. w dniu zdarzenia jechał rowerem z wioski Biskupin na teren rezerwatu i w okolicy przepompowni, czyli około 150 metrów od portierni, usłyszał strzał. Natychmiast pojechał w tamtą stronę. Po kilkunastu sekundach dotarł na miejsce, gdzie dostrzegł oskarżonego. Stał przy samochodzie. Powiedział do niego wówczas: - Mam nadzieję, że nie strzeliłeś do kota, który jest pod moją opieką. Początkowo nie znał celu strzału, dopiero kilka sekund później zauważył kota, któremu wcześniej dawał karmę. Emocjonalnie zwrócił uwagę oskarżonemu, że kot był pod jego opieką i kilku innych pracowników. Przyznał, iż wcześniej wysłał e-mailem zawiadomienie, że jest do adopcji kot. Oskarżony odpowiedział mu, że nie wiedział, iż kot jest pod jego opieką i że nie wiedział o ogłoszeniu w sprawie adopcji zwierzęcia. Wojciech K. dodał, że kot był agresywny i wyciągał z kurnika znajdującego się na terenie rezerwatu kury. Jarosław K. odpowiedział mu, że kot był łagodny, pozwalał się głaskać i podchodził do ludzi. Jarosław K. powiedział o zdarzeniu innym pracownikom, a następnie powiadomił dyrektora.
     - Ja ciało tego kota po zdarzeniu poznałem. Nie przypominam sobie, by wcześniej kot dokonywał jakichś polowań. Mogły to być inne zwierzęta typu lis. Kot miał czerwoną ranę z prawej strony pyska. Żadnych obrażeń wewnętrznych po prawej stronie nie dostrzegłem, bo leżał naewym boku. Żadnej kałuży krwi nie widziałem. Ten kot był około 5 metrów od auta pana K. Ten kot luźno się po rezerwacie przemieszczał. Nie mam wiedzy, by dokonywał szkód. Wobec mnie ten kot nie przejawiał zachowań agresywnych. Nie dostrzegłem żadnych śladów hamowania, ale nie zwracałem też na to specjalnej uwagi - wyjaśnił Jarosław K.
     Szymon R., również pracownik Muzeum Archeologicznego w Biskupinie wyjaśnił, iż szczegóły zdarzenia zna jedynie z doniesień prasowych. Nie chodził po ludziach i nie dopytywał, o co chodzi. Swój gabinet dzieli z Jarosławem K. Nie rozmawiał z nim jednak na temat zdarzenia. Nie dokarmiał kota i nie widział go na terenie muzeum.
     ZANIKŁ ZMYSŁ EMPATII
     Po przesłuchaniu świadków sędzia zamknął przewód sądowy. Prokurator Grażyna Pawlaczyk w mowie końcowej stwierdziła, iż zgromadzony materiał dowodowy jest bezsporny i świadczy o winie oskarżonego. Zażądała wobec Wojciecha K. sześciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, zakazu wykonywania zawodu opiekuna zwierząt przez dwa lata, zasądzenia dwóch tysięcy złotych na cel ochrony zwierząt oraz przepadku broni.
     Pełnomocnik Fundacji na Rzecz Prawnej Ochrony Zwierząt i Kontroli Obywatelskiej, występujący jako oskarżyciel posiłkowy powiedział, że zebrany materiał dowodowy potwierdził, iż oskarżony uśmiercił kota. W opinii pełnomocnika wydawać by się mogło, że to tylko kot, który w rzeczywistości jest istotą żyjącą i wymaga humanitarnego traktowania. To - jak podkreślił - żywa istota zdolna do odczuwania bólu i cierpienia. Jego zdaniem nie można zwierzęcia potraktować jak rzeczy. I dodał, że z większą mocą można tego oczekiwać od opiekuna zwierząt. Według pełnomocnika, zatrważające jest to, iż Wojciech K. będąc myśliwym - zakładając, że potrącił kota - nie zachował się tak, jak należy się zachować po potrąceniu zwierzęcia, czyli zawieźć je do weterynarza, ponieważ to on powinien zdecydować, czy życie zwierzęcia uda się uratować. Pełnomocnik stwierdził, iż tłumaczenie oskarżonego, iż najpierw potrącił kota, a potem go zastrzelił ze względów humanitarnych, należy uznać za nieudolną linię obrony.
     - Jako myśliwy oskarżony zabawił się w demiurga, który zdecydował się odebrać zwierzęciu życie - powiedział pełnomocnik. I wnioskował o uznanie oskarżonego winnym zarzucanego mu czynu oraz orzeczenie przepadku broni, zakazu wykonywania pracy związanej z opieką nad zwierzętami, zakazu posiadania zwierząt przez pięć lat oraz nawiązki na rzecz ochrony przyrody w wysokości 4.400 zł, czyli dwóch stawek wynagrodzenia.
     Drugi z oskarżycieli posiłkowych zwrócił uwagę, że Wojciech K. strzelając do kota znajdował się kilka metrów od portiera, który mógł zginąć od rykoszetu. Zaznaczył również, że zanikł u niego zmysł empatii, ponieważ często strzelał do zwierząt. I wnioskował o uznanie Wojciecha K. winnym i dożywotni zakaz bycia myśliwym.
     CHORY MORDERCA A MOŻE HITLER?
     Obrońca oskarżonego mecenas Jan Balon wygłosił mowę końcową w bardzo emocjonalny sposób. Zwrócił uwagę, że pod adresem oskarżonego padło tyle zniesławiających słów, które przekroczyły granice w sądzie.
     - Co pan powie, że jest chorym mordercą, a może do Hitlera go pan jeszcze porówna? - pytał mecenas patrząc w stronę miejsc zajmowanych przez oskarżycieli posiłkowych. I kontynuował: - Wszyscy na tej sali zapomnieli o domniemaniu niewinności. Dziwi mnie to, że panowie mówią, że pan K. jest mordercą. Ten pan ma prawo ocenić, czy to zwierzę nadaje się, by żyć czy nie. Ma on ustawowo prawo zabić kota, by oszczędzić mu cierpień. W opinii mecenasa w postępowaniu w żadnym stopniu nie udowodniono oskarżonemu winy. W tej sytuacji obrońca wniósł o uniewinnienie.
     Wyrok w tej sprawie w żnińskim sądzie zapadnie dziś (7 kwietnia).

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1260 (14/2016)

Reklama

 

Przejdź do forum.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości