Anka Księska-Kowalska rozmawia z Jackiem Kowalskim.
Anka Księska-Kowalska: - Jacku powiedz, - kim właściwie jesteś?
- No, na pewno jestem człowiekiem i chrześcijaninem.
- A poza tym?
- Historykiem sztuki - mediewistą, autorem piosenek i tłumaczem średniowiecznej literatury francuskiej.
- Jak uwierzyłeś w Boga?
- Może miałem pecha, bo wiarę odziedziczyłem po rodzicach i jakoś nigdy nie musiałem "uwierzyć", a więc pozbawiony zostałem tego niewątpliwie silnego przeżycia, jakim jest - zapewne - nawrócenie. Przeżyłem natomiast moment, w którym zrozumiałem, że wiara jest podstawą wszystkiego.
- Co z tego wynikło?
- Wiele i niewiele, pozostałem takim jakim byłem ogólnym niedorajdą, choć myślałem, że będzie inaczej.
- Z tym się nie zgadzam. Co ma słowo niedorajda do wiary?
- Wiara powinna mobilizować do twórczego i porządnego życia.
- Jak twoje dzieciństwo wpłynęło na to, kim jesteś teraz?
- Na to pytanie trochę już odpowiedziałem. Moje dzieciństwo to chłonięcie historii własnej rodziny, ale i komunistyczna szkoła, zakończona przełomem w 80 roku. Z jednego i drugiego jestem bardzo zadowolony. Rodzina dała mi poczucie przyzwoitości i bezpieczeństwa - a przeżycie Komuny w czasie, w którym nie była już tak groźna, ale istniała, dało bardzo dużo - choćby świadomość tego, kim jest Kwaśniewski i Wałęsa - mimo wad tego ostatniego i powierzchowności pierwszego. Jak się dziś okazuje, to bardzo ważna świadomość, chroniąca przed głupotą. I to jest zaleta dzieciństwa w latach siedemdziesiątych. Dzięki temu Ty i ja, choć należymy jeszcze do tak zwanej młodzieży, mamy przywilej posiadania pewnego ważnego doświadczenia.

Jacek Kowalski fot. Magdalena Kruszka
- Jak zacząłeś pisać, jak zacząłeś śpiewać?
- Jak opowiadano mi bajki, to zawsze fascynowały mnie postaci śpiewaków - trubadurów, truwerów etc. Zawsze marzyłem o tym, żeby na ich wzór śpiewać własne piosenki. Ale nie słuchałem radia, nie znałem jazzu, rocka i współczesnych piosenkarzy. Nawet Grechuty.
Nagle Kaczmarski stał się dla mnie wielkim objawieniem, wydawało mi się, że to właśnie on udowodnił, że można śpiewając przekazywać serio ważne przesłania i że to trafia do słuchaczy. A ponieważ zaczytywałem się w poetach barokowych, "sarmackich", to moje piosenki były wypadkową tzw. "piosenki studenckiej", Horacego i Kochowskiego.
Ale śpiewać zacząłem właściwie dzięki temu, że znalazłem kilku przyjaciół o podobnych gustach. Spotkaliśmy się w Duszpasterstwie Akademickim u dominikanów w Poznaniu, gdzie wspólnie usiłowaliśmy organizować masowe spotkania przy gitarze. Ponieważ jednak nasze zamiłowania były zbyt historyczne, spotkania masowe przerodziły się bardzo szybko w kilkuosobowe prywatki wielbicieli staropolszczyzny. Potem poznaliśmy Janusza Kotarbę z Krakowa, który stwierdził, że to co śpiewam nadaje się na Festiwal Piosenki Studenckiej, zorganizował zespół, no i - zdobyliśmy na Festiwalu pierwsze miejsce.
- Czemu to robisz i dla kogo?
- Cóż za pytanie. Wszystko, co się robi nie z przymusu i z chęcią, robi się dla siebie, bo się to lubi. Ale pisanie i śpiewanie to z założenia przekazywanie jakiejś treści, błahej czy poważnej - obojętnie; chciałbym, żeby ta treść, błaha czy poważna, miała pozytywny sens, była takim małym plusem na moim koncie w wieczności: żeby łączyła przyjemne z pożytecznym.
- Co najbardziej lubisz robić?
- Nie uda ci się zmusić mnie do oświadczenia, że najbardziej lubię jeść. Najbardziej lubię być zadowolonym, mieć czyste sumienie i poczucie, że jeszcze coś pozostało do zrobienia.
- Co byś chciał w życiu zrobić?
- Marzenie każdego trubadura i kronikarza - choćby jedne pół wersu, które przetrwałoby w ustnym przekazie. I żeby te pół wersu miało jakiś pozytywny sens.
- Dziękuję za rozmowę.
z Jackiem Kowalskim
rozmawiała Anka Księska-Kowalska
Pałuki nr 210 (dodatek specjalny do numeru) (9/1996)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze