Świątkowo, Żnin, epilepsja, kobieta, pogotowie, karetka
Między padaczką a karetką
Kobieta w ataku padaczki upadła na posadzkę w markecie. Pracownice próbowały pomóc, zadzwoniono na pogotowie, wezwano pomoc. Wszystkie trzy karetki były niedostępna, więc do chorej pojechała karetka transportowa.
Aurelia B. ze Świątkowa ma 35 lat. Choruje na cukrzycę i epilepsję. Kiedy zanadto spada poziom cukru w jej organizmie, dostaje ataku padaczki. Zdarza jej się to co 2-3 miesiące. Wówczas potrzebna jest pomoc medyczna. Podobnie było 20 sierpnia. Tego dnia wybrała się z rodzicami do Żnina. Pogoda była duszna, dokuczały upały. Około 13:00-14:00 weszli do Polo-Marketu na zakupy. Kobieta poczuła, że robi jej się niedobrze. Przysiadła na parapecie wewnątrz marketu i już miała napić się coli, by dostarczyć organizmowi cukru. Nie zdążyła.
- Reszty nie pamiętam, bo straciłam przytomność, przebieg zdarzeń znam więc z opowieści - przyznała Aurelia B. - Upadłam twarzą na posadzkę, bardzo potłukłam sobie twarz, język mocno pogryzłam. Szczęście, że nosa nie mam złamanego, tylko stłuczony. Ktoś z klientów zadzwonił po karetkę i ona nie przyjechała. Jedna z ekspedientek zadzwoniła jeszcze raz, wtedy dyspozytorka powiedziała, żeby tyle razy nie dzwonić, bo zgłoszenie już zostało przyjęte.
Wspomina jeszcze, że rodzice bardzo się denerwowali czekaniem, które trwało dziesięć-pietnaście minut, a ojciec uważał, że na rękach szybciej by córkę dostarczył do szpitala. Niepokój był tym większy, ponieważ kobieta 12 dni wcześniej miała operację, podczas której usuwano jej tłuszczaka. Nie miała jeszcze usuniętych szwów z rany.
- W szpitalu już udzielono mi bardzo fachowej pomocy, spisali się na medal - przyznaje Aurelia B. - Ja się dopiero tam obudziłam, cała obolała, brudna od krwi. Zaopiekowano się mną tam dobrze. Od razu też zdjęto mi szwy. Okazało się, że podczas ataku nic groźnego się nie stało.
Kobieta cieszy się, że karetka w końcu dotarła, jednak po czasie zastanawia się, ile razy można dzwonić na pogotowie i zgłaszać ten sam przypadek oraz gdzie właściwie dzwonić, kiedy coś takiego się dzieje. Wspomina, że nieraz do niej, a nawet do jej męża karetka pogotowia była wzywana i nigdy dotąd nie było problemu z przyjazdem. Jest przekonana, że do szpitala pojechała karetką z Epoki.
Całość akcji ratunkowej wykonał jednak szpital, choć wysłał karetkę transportową, a nie reanimacyjną. Epoka w tej sprawie nie interweniowała.
TO NIE NASZE ZADANIE
- W opisanej sytuacji karetka powinna przyjechać do pacjentki - orzeka Piotr Chodkiewicz, dyrektor Epoki. - Kiedy jest sytuacja zagrażająca życiu, to nie ma dyskusji. Tej pacjentki nikt do nas nie powinien odsyłać, bo my nie mamy karetki, która jedzie nagle.
Piotr Chodkiewicz przyznaje, że Epoka ma dyżury, ale podczas tych dyżurów zajmuje się normalnymi przypadkami, jak choćby wizytami domowymi, natomiast pilne przypadki leżą w gestii pogotowia ratunkowego. Epoka dyżur pełni od 18:00 do 6:00 w dni powszednie, a także w soboty i niedziele.
- Na naszą karetkę czasem trzeba dłużej czekać, a jeśli mamy do czynienia z kobietą, która upadła i ma drgawki, to ewidentnie przypadek pogotowia - podkreśla Piotr Chodkiewicz.
Przyznaje, że tego dnia do Epoki przybiegła kobieta z prośbą o pomoc. Poinformowała w rejestracji, że w Polo jedna z kobiet zemdlała i ma drgawki. Pracownicy Epoki natychmiast zadzwonili na pogotowie, a tam usłyszeli, że zgłoszenie zostało przyjęte i karetka już jedzie.
- Zanim cokolwiek zdążyliśmy zdziałać, to dowiedzieliśmy się, że pomoc już nadchodzi - powiedział Piotr Chodkiewicz i przyznał, że Epoce zdarza się współpracować ze szpitalem, jeśli zachodzi taka konieczność, ale są to sporadyczne przypadki.
SYTUACJA BYŁA TRUDNA
Od odpowiedzialności nie ucieka Pałuckie Centrum Zdrowia w Żninie, ujmuje jednak sytuację z 20 sierpnia w szerszym kontekście.
Michał Skowroński, zastępca dyrektora Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie wyjaśnia, że w szpitalu funkcjonuje system ratownictwa, który dysponuje trzema karetkami systemu ratownictwa medycznego. Oprócz tego szpital ma jedną karetkę do transportu, niezależną od systemu ratownictwa medycznego. Jeśli wszystkie trzy karetki są na wyjeździe, to wysyłana jest karetka transportowa. Tak właśnie było w przypadku Aurelii B.
- Sprawdziłem, jak to było, odsłuchałem zgłoszenia i mogę powiedzieć, że wszystkie trzy karetki w momencie zgłaszania tego przypadku były w rozjazdach - wyjaśnia Michał Skowroński. - Ale kiedy jest zagrożenie życia i nie ma innego wyjścia, a liczą się minuty, to wysyłamy karetkę transportową, która służy na przykład do przewozu pacjentów do domu. I tak właśnie zrobiliśmy tego dnia.
Zastępca dyrektora PCZ odpiera także zarzuty dotyczące zniecierpliwienia dyspozytorki. Przyznaje, że odsłuchał nagrane zgłoszenia. Po pierwszym, po którym została wysłana karetka transportowa, były jeszcze dwa telefony. W ocenie Michała Skowrońskiego dyspozytorka spokojnie poinformowała dzwoniących, że zgłoszenie zostało już przyjęte i karetka wyruszyła.
Michał Skowroński przyznał, że tego dnia, kiedy mieszkanka Świątkowa dostała ataku padaczki, sytuacja była wyjątkowa i karetka transportowa została wysłana, gdyż była to jedyna możliwość pospieszenia z pomocą.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1073 (36/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze