Reklama

Mieszkanie zamienione w śmietnik

Brakuje mu pieniędzy na życie, na opał. Nie radzi sobie z prowadzeniem gospodarstwa domowego. Ale to nie jest największy jego problem. Gorsze jest to, że żyje w skandalicznych warunkach i że w tej sprawie nie oczekuje pomocy, a wręcz jej nie chce. Czy można go tak zostawić?

Józef Luchowski uchyla drzwi wejściowe. Rzadko pozwala obcym wejść do środka. fot. Remigiusz Konieczka

     Józef Luchowski z Szubina ma 65 lat. Można go zobaczyć przechadzającego się ulicami miasteczka. Jest stałym bywalcem wernisaży w Muzeum Ziemi Szubińskiej. Przychodzi, ogląda wystawy, potem żegna się z gośćmi i wychodzi.
     ZA UCHYLONYMI DRZWIAMI
     Jego dom stoi w podwórzu między ul. Kcyńską a Winnicą. Można tu dojść przez korytarz kamienicy przy Kcyńskiej lub przez podwórze od strony Winnicy. Szary, parterowy, z popękanymi ścianami i ogrodem, w którym chodzą kury. Tak wygląda jego domek z zewnątrz.
     Pan Józef wchodzi pierwszy. Uchyla drzwi. - Tylko proszę nie robić zdjęć tego bałaganu - mówi. W środku panuje półmrok, bałagan jednak widać. Dookoła leżą wypchane czymś reklamówki, pudełka po margarynach, puszki, słoiki, kartony, zniszczone meble, brudne naczynia, szmaty, pościele, wiadra, pojemniki. Idzie się po tym, co zostało z podłogi. Desek prawie nie ma. Trzeba uważać, żeby nie wdepnąć w dziurę. W jednym z pomieszczeń na podłodze leżą liście. Stoi stary, popsuty tapczan. Brudne firany i wszystko inne...
     Żeby wysłuchać historii życia pana Józefa, trzeba wyjść na zewnątrz. W środku się nie da ze względu na zapach.

Reklama

PODOBNE SPRAWY
W tekście Sprzątnąć i zapobiec epidemii (Pałuki nr 35/2007) pisaliśmy o tym, że Spółdzielnia Mieszkaniowa zorganizowała wywóz śmieci z własnościowego mieszkania osoby, która miała manię zbieractwa i której mieszkanie aż po sufit zawalone było śmieciami i niepotrzebnym sprzętem. Henryk Popławski, prezes SM Kujawy wyjaśniał wtedy:  - To jest nasz obowiązek. Ten pan widać przez wiele lat nie wyrzucał swoich śmieci do pojemników. Co więcej, zbierał graty i składował u siebie w mieszkaniu, na pewno pochodzące w większej mierze z terenu naszego osiedla. Czyli śmieci nie były jego. A przecież cały czas uiszczał w czynszu opłaty obowiązkowe za wywóz śmieci. Dlatego dzisiejszy wywóz należy traktować, jako realizację jego zamówienia, za które płacił. Ponadto chcę powiedzieć, że spółdzielnia to nie jest jedynie ta instytucja, która egzekwuje opłaty, grozi sądem, komornikiem, eksmisją za długi. Przede wszystkim naszym obowiązkiem jest dbanie o sumiennych lokatorów.

Barciński MOPS skierował też wtedy osobę, która miała się zaopiekować gospodarstwem domowym mieszkańca Piechcina.

W 2004 r.  w artykule Licytacja zamiast epidemii przytaczaliśmy sprawę ludzi, którzy nie potrafili utrzymać minimum warunków sanitarnych w swoim - również własnościowym - mieszkaniu. Doprowadzili do zagrożenia epidemią. Sąd Rejonowy wydał wtedy wyrok, że nie mogą oni mieszkać w zniszczonym i zarobaczonym mieszkaniu. Nie było to zarządzenie eksmisji. Mieszkanie miało zostać zlicytowane, a pieniądze przekazane jego właścicielce. W tej sprawie problem z utrzymaniem porządku w mieszkaniu zgłosiła sanepidowi Opieka Społeczna (Pałuki nr 33 z 2004 r.).

     KIEDYŚ
     - Urodziłem się ciężko chory z powodu niedotlenienia mózgu - opowiada. - Do 19. roku życia miałem wzrost 7-letniego dziecka. Jak miałem 18 lat, poszedłem z mamą na wybory i nie chcieli mnie wpuścić. Powiedzieli, że dziecku nie wolno głosować, a ja miałem już dowód osobisty. Pokazałem i mogłem wejść. Potem złamałem nogę. Nie zrastała się długo. Trzy czwarte roku leżałem w gipsie. Jak go zdjęli, to się okazało, że się wyciągnąłem i urosłem.
     Mieszkaniec Szubina często chorował, miał cztery operacje na tarczycę. Kiedy skończył 18 lat, zmarł jego ojciec. Od tego czasu utrzymywali się z matką z renty po ojcu. Jakieś pieniądze były z dzierżawy działki. - Jak mama zmarła, ja miałem 40 lat, a ona 80 - wspomina. Po jej śmierci ciężko się panu Józefowi odnaleźć. Dopóki żyła, nie musiał martwić się o nic. Dbała o niego, on wokół siebie nie zawsze potrafi.
     Pracował w kilku miejscach. Pilnował szwalni na osiedlu bydgoskim, potem piwnic na Nakielskiej. Przeniósł się do powstającej spółdzielni inwalidów. - Facet zbankrutował. Kooperacja z „Rometem” mu nie wyszła. Przywozili rowery, a my nakładaliśmy na obręcze dętki, opony, szprychy. Pięć lat tam pracowałem. Bardzo się w pracę zaangażowałem. Przychodziłem już o 4.00 nad ranem, bo wiedziałem, że magazyn jest otwarty. Robiłem swoje i jak ludzie na 600 przychodzili do pracy, to ja już miałem dużo zrobione. Potem miałem operację na tarczycę. Po niej nie mogłem już pracować, bo jak się nachylałem, to strasznie mnie bolało. Miałem urlop bezpłatny, roczny. Namówili mnie później, żeby iść na kurs ochroniarzy w Nakle. Końcowy efekt był nie taki, jak trzeba. Trzeba było zdawać na licencję i skuwać w kajdanki. Jak ja się tego bałem robić. Na kursach się bałem, a co dopiero przed komisją. I nie poszedłem. Dostałem na trzy miesiące pracę jako ochroniarz, a potem zwolnili.
     I TERAZ
     Teraz Józef Luchowski jest na rencie. Dostaje ponad 600 zł na miesiąc. Dochód na czerwiec to 691,25 zł. Musi z tego zapłacić za prąd, wodę, podatek od nieruchomości, bo dom i działka są jego własnością, odprowadzanie ścieków, nie licząc jedzenia i paszy dla kur. Bo pan Józef ma 6 kur, które teraz chodzą w ogrodzie, a zimą są w szopie. Karmi je najczęściej tym, co znajdzie w szubińskich śmietnikach. - Dziewięćdziesiąt procent tego, co daję, to z pojemników pochodzi. Wszyscy wyrzucają. Kiełbasy, kawałki mięsa z rożna, zbieram to i wrzucam kurom.
     Ale nie zawsze na wszystko starcza, a raczej - przeważnie nie wystarcza. Józef Luchowski najbardziej boi się o pieniądze na opał. Chodzi, prosi, różni ludzie dają mu czasem pieniądze. Opieka społeczna przyznaje mu to drewno, to inny opał i oczywiście pieniądze. Ostatnio na przykład dostał 50 zł celowego i jednorazowego zasiłku na zakup żywności. Obiady je w stołówce św. Faustyny. - Pan Józef jest objęty wsparciem i pomocą ośrodka od szeregu lat. Jest to pomoc celowa, głównie na zabezpieczenie potrzeb w zakresie opłat za energię, dofinansowanie zakupu opału, środków czystości, a od 2004 roku także pomoc w formie zasiłków celowych na zakup żywności w ramach programu „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”. Wysokość zasiłków jest uzależniona od wielkości posiadanych środków na ten program - wyjaśnia kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej Renata Michalak.
     Pani kierownik przyznała, że z tak niskim dochodem z pewnością jest mu ciężko funkcjonować samemu i dlatego ośrodek przyznaje mu pomoc. Teraz też może liczyć na pomoc w zakupie opału, ale nie większą niż ok. 200 zł.
     ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI
     Sąsiedzi pana Józefa mówią, że on żyje w swoim świecie, że kiedyś sąsiadki mu wysprzątały mieszkanie, ale po jakimś czasie znów był tam bałagan, że w święta prosi o koszyczek, jak ostatnio w Wielkanoc, że teraz nikogo nie wpuszcza i mało kto widział ten bałagan w środku, chociaż ludzie widzą, jak ze śmietników wybiera różne rzeczy i upycha po kątach. Sąsiedzi tolerują ten stan rzeczy, bo krzywdy Józef Luchowski nikomu nie wyrządził. Widzą, jaki jest, mówią, że powinien posprzątać, zmienić się, ale formalnie nikt nigdzie problemu nie zgłosił.
     Jak się dowiedzieliśmy, Józef Luchowski nie ma podpisanej umowy z żadną firma na wywóz śmieci. A mieszkanie jest strasznie zaśmiecone i zabrudzone. Czy opieka nie mogłaby - w ramach jednorazowej pomocy - zorganizować wysprzątanie tego mieszkania, bo widać, że pan Józef nie poradzi sobie z tym? Czy nie można by przyznać mu opiekunki, która zawsze ogarnęłaby mu gospodarstwo domowe?
     Renata Michalak, kierownik M-GOPS przyznała, że o opiekunce dla niego nikt nie myślał, ale miał zaproponowane miejsce w domu pomocy społecznej: - Dali mi adresy. Pojechałem i zobaczyłem. Na jednej sali 12 chorych leżało, w tym może 1 osoba zdrowa. Chorzy leżeli śmierdzący, jedna pielęgniarka, lekarz w nocy wyfrunął. Jak ja prywatnie zachoruję i jestem w szpitalu, to wracam do domu, w tym mam pocieszenie. Wolę być w domu. Nie chcę tam tak żyć.
     Po naszej rozmowie z kierownik M-GOPS, do drzwi domku pana Józefa zapukali pracownicy opieki społecznej. Nie zostali wpuszczenie do środka, a pan Józef zadzwonił do Renaty Michalak i powiedział, żeby nie robić zamieszania w jego sprawie. Dla Józefa Luchowskiego nie jest problemem to, że mieszka w strasznych warunkach, on boi się tylko braku pieniędzy.
     POMÓC I TAK
     Zapytaliśmy w nakielskim sanepidzie, czy ze względu na stan sanitarny mieszkania możliwa jest interwencja powiatowego inspektora sanitarnego.
     - Powiatowy inspektor sanitarny ma prawo wejścia do mieszkań prywatnych wyłącznie w przypadku podejrzenia lub stwierdzenia zachorowania na chorobę zakaźną. W kompetencji Państwowej Inspekcji Sanitarnej nie leży nadzór, tj. kontrola mieszkań w przypadku wątpliwości co do ich stanu sanitarno-higienicznego. Na dzień dzisiejszy do państwowego powiatowego inspektora sanitarnego w Nakle nad Notecią nie wpłynęło żadne zgłoszenie w sprawie mieszkania przy ul. Kcyńskiej - informuje Magdalena Powalisz, rzecznik prasowy państwowego powiatowego inspektora sanitarnego w Nakle.
     Zastępca burmistrza Szubina Mariusz Piotrkowski powiedział, że sytuacja Józefa Luchowskiego znana jest władzom miejskim. Powiedział, że jego potrzeby są zaspokajane: - Wiemy, jak żyje, gdzie, za co, a jeśli konieczna jest pomoc, to pomagamy. Wiemy, że jego sytuacja jest trudna, ale też nie dzieje mu się krzywda. Znam ludzi, którzy są w gorszej sytuacji materialnej i muszą sobie radzić. Ten pan jest niezaradny życiowo, ale też nie jest pozostawiony sam sobie. Będziemy mu pomagać i tak.
     Zastępca burmistrza dodał, że mieszkaniec Szubina miał propozycję sprzedaży budynku i to kilka lat temu, kiedy dom był w dużo lepszym stanie. Była szansa na kupno kawalerki w blokach, ale Józef Luchowski odmówił. Miał też zapewnione miejsce w domu pomocy społecznej i także z tej propozycji nie skorzystał. - Zgodnie z przepisami, nie możemy inwestować w nie naszą nieruchomość i robić mu remont. Zresztą nie raz i nie dwa miał załatwione materiały, żeby odnowić. Były pieniądze na farbę, ale nic z tego nie wyszło - rozkłada ręce Mariusz Piotrkowski.
     WYJŚCIE ALTERNATYWNE: ASYSTENT
     Na pewno nie będzie łatwo udzielić pomocy panu Józefowi. On sam nie widzi problemu w tym, w jakich warunkach mieszka, ale to nie znaczy, że tego problemu nie ma, ani też, że tak powinno zostać.
O zdanie w tej sprawie poprosiliśmy dyrektor toruńskiego Kolegium Pracowników Służb Społecznych Beatę Rataj.
     - Przedstawiona sytuacja nie jest wcale taka wyjątkowa. Pracownicy socjalni często, mimo dobrych chęci, są pozbawieni możliwości prawnych, by skutecznie udzielić pomocy osobie, która według opinii publicznej, a często i samych pracowników socjalnych, wymaga jej. Często dla osoby postronnej przyznać pomoc i udzielić pomocy czy wykonać jakieś działanie, to jest tożsame. W praktyce to są dwa różne pojęcia, to tak jak z wyrokiem sądowym, mam przyznane np. odszkodowanie, ale nigdy go nie uzyskam, bo zobowiązany nie pracuje i nie ma majątku - stwierdza Beata Rataj. - 65-letni mieszkaniec Szubina jest osobą pełnoletnią i nieubezwłasnowolnioną, w związku z czym sam decyduje o osobie - mówi dyrektor. - Pracownicy winni być w takiej sytuacji mediatorami i negocjatorami, a dopiero później urzędnikami, co niestety nie byłoby zgodne z zakresem obowiązków w umowie o pracę. W tej sytuacji sprawdzi się niewątpliwie asystent rodziny. Do 2015 r. gmina nie ma jeszcze obowiązku zatrudniania asystenta, ale może go zatrudnić. Jest to alternatywne wyjście - powiedziała Beata Rataj, dyrektor Kolegium Pracowników Służb Społecznych w Toruniu.

Reklama

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1069 (32/2012)

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 16/06/2025 12:58
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości