Wydawana w latach 1935-1939 w nakładzie 250 000 egzemplarzy w Żninie „Moja Przyjaciółka” była pierwszym polskim masowym czasopismem kobiecym. Poświęcona jej jest książka "Moja Przyjaciółka..." Zespół redakcyjny pod kierunkiem Anny Krzyckiej współpracował z wieloma autorkami z całej Polski, ale prym wiodły trzy - im z kolei poświęcona jest druga książka Katarzyny Wodniak, przedstawiona w żnińskiej bibliotece: "Ksantypy i inne typy".
3 kwietnia 2024 r. w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie odbyło się spotkanie autorskie z dr Katarzyną Wodniak pt. Moja Przyjaciółka i jej publicystki. Moderatorem spotkania był wydawca i redaktor naczelny tygodnika „Pałuki” Dominik Księski.
Dr Katarzyna Wodniak z Instytutu Komunikacji Społecznej i Mediów Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy jest autorką książek „Moja Przyjaciółka 1934-1939 – przebój prasowy Żnińskich Zakładów Wydawniczych Alfreda Krzyckiego” oraz „Ksantypy i inne typy. Publicystyka w „Mojej Przyjaciółce” 1934-1939”. Jak powiedziała dyrektorka książnicy Beata Czaczyk, pierwsza z tych książek od dawna jest na rynku wydawniczym, jednak pandemia przeszkodziła w jej wcześniejszej prezentacji. – Ale oto nadrabiamy, ponieważ po „Mojej Przyjaciółce…” pojawiła się kolejna książka autorstwa pani Katarzyny „Ksantypy i inne typy” więc o tym też pani Kasia opowie – usłyszano.
Naukowe zainteresowania dr Katarzyny Wodniak skupiają się wokół prasy i literatury kobiecej oraz szeroko pojętej przestrzeni medialnej, w której kobiety odgrywają istotną rolę. Dlatego też swoją kolejną książkę poświęciła trzem publicystkom „Mojej Przyjaciółki”: Helenie Bartoszek-Zastawniakowej, Felicji Stendigowej i Konstancji Hojnackiej. – „Moja Przyjaciółka” była w tej dobie przedwojennej w ścisłej czołówce krajowej, nie tylko kobiecej, bo w kategorii kobiecej nie miała po prostu żadnej konkurencji – powiedziała prelegentka dodając, że dzięki swoim publicystkom „Moja Przyjaciółka” zaczęła zmierzać w drugiej połowie swojego cyklu wydawniczego (od 1937 r.) w stronę magazynu przypominającego dzisiejsze czasopisma „Twój styl” czy „Pani”. – „Moja Przyjaciółka” jako poradnik kobiecy wypracowała sobie przez te sześć lat kilkadziesiąt działów. Można liczyć ponad dwadzieścia takich stałych działów czyli one pojawiały się z dużą regularnością. I ja jestem zdumiona , zaskoczona i zadowolona, że tam jest wszystko po prostu, pełnowymiarowa obsługa kobiety w każdej płaszczyźnie, w różnych frazach życia i to każdej kobiety – wykształconej, niewykształconej, z prowincji, z dużego ośrodka. Także takie to było promieniowanie – powiedziała dr Katarzyna Wodniak stwierdzając że tamtych czasie rodziła się kultura masowa i „Moja Przyjaciółka” miała swój udział w umasowieniu kultury w Polsce. – I tu nie chodziło o same wysokie nakłady ale sposób przekazywania treści, które były dla każdego na takim poziomie, żeby - jak to kiedyś mówiono - zrozumiał przysłowiowy czternastolatek, a wtedy już zrozumie każdy – usłyszano.
Anna Krzycka, która „Moją Przyjaciółkę” wymyśliła i byłą jej redaktorką, pisząc do niej teksty, rzadko je podpisywała. – Ale to nie było nic niezwykłego, dlatego że w międzywojniu zespół redaktorski, który do swojej gazety pisał, z reguły nie podpisywał się. Tam był jakiś kryptonim albo nic nie było, natomiast dosłownie tak jak przeglądałam wszystkie 136 numerów "Mojej Przyjaciółki" to kilka rzeczy było podpisanych „Anna Ksycka” albo „Anna Krzycka”, a kilka miało samo „a”, ale to też nie wiadomo kto pisał. Ona na pewno pisała ale nie wiadomo co – stwierdziła prelegentka.
Wydawana w latach 1935-1939 w nakładzie 250 000 egzemplarzy w Żninie „Moja Przyjaciółka” była pierwszym czasopismem kobiecym o ogólnopolskim zasięgu. Jej zespół redakcyjny właśnie pod kierunkiem Anny Krzyckiej współpracował z wieloma autorkami z całej Polski, ale prym wiodły trzy. Pochodząca ze Lwowa Konstancja Hojnacka zajmowała się sprawami dobrego wychowania oraz działała na polu opieki nad więźniami. Była członkinią Związku Zawodowego Literatów Polskich, występowała też na antenie Rozgłośni Polskiego Radia we Lwowie w latach 1930-1939 przybliżając słuchaczom sprawy kultury towarzyskiej oraz kwestie społeczne z dziedziny więziennictwa. W czasie II wojny światowej została aresztowana za działalność podziemną i zginęła w Oświęcimiu. – Konstancja Hojnacka, również tak jak Anna Krzycka, nie podpisywała tych tekstów, które pisała. Używała pseudonimów np. „Obserwator”, „Sobańska” i jakieś tam inne jeszcze – usłyszano.
Felicja Stendigowa była krakowianką, która obracała się w kręgu Ireny Krzywickiej – polskiej pisarki żydowskiego pochodzenia, propagatorki świadomego macierzyństwa, antykoncepcji i edukacji seksualnej.. – Była najstarszą córką, a ojciec miał sklep z przyborami szewskimi. I ona była przeznaczona do tego, że pójdzie do szkoły handlowej i przejmie ten interes rodzinny. A ją ciągnęło do nauki. Ona znała siedem języków obcych, była prawnuczką wielkiego rabina z Poznania Akiwy Eigera. Młodsze rodzeństwo skończyło studia, jeden z braci Leopold Infeld pracował z Einsteinem i w Ameryce zrobił karierę, był fizykiem światowej sławy, a po wojnie, w czasie PRL-u, wrócił do Polski. Wydał też pamiętniki, w których trochę o tej siostrze wspomina – usłyszano. Ona wojny nie przeżyła, zmarła w nazistowskim obozie koncentracyjnym w Bergen-Belsen w kilkanaście dni po jego wyzwoleniu wskutek głodu i wycieńczenia.. – Jako jedyna z tych trzech pań miała dzieci – powiedziała prelegentka..
Z kolei Helena Bartoszek-Zastawniakowa była strażniczką tradycji i katolickich wartości. – Jej ojciec był wojskowym, oficerem Wojska Polskiego i ona się przenosiła. Gimnazjum ukończyła w Sosnowcu ale do Krakowa poszła na studia polonistyczne. Była najbardziej wykształcona z tych trzech publicystek. Również była nauczycielką języka polskiego w szkołach średnich. Ona jako jedyna wojnę przeżyła . Po wojnie śladów jakiejś twórczości jej nie ma. Prawdopodobnie pomagała mężowi w redagowaniu jego książek. Nie pracowała zawodowo – usłyszano. Spełniała się jako „pani domu”, co wynikało z jej pewnych przekonań i poglądów. – Sporo miała też racji, że niezależnie od tego, kim kobiety są tak społecznie i życiowo, to powinny te rzeczy umieć i to zanim wstąpią w związek małżeński, bo jak wstąpią to już jest za późno, żeby się tego uczyć– usłyszano.
Dr Katarzyna Wodniak w książce liczącej 267 stron pt. „Ksantypy i inne typy. Publicystyka w „Mojej Przyjaciółce” 1934-1939 przedstawiła 50 artykułów zamieszczonych w dwutygodniku „Moja Przyjaciółka” tych trzech czołowych publicystek, mówiące o problemach ówczesnych kobiet, ról społecznych jakie pełniły oraz przemian obyczajowych jakie wówczas miały miejsce. Wydawcą tej publikacji jest Wydawnictwo Dominika Księskiego „Wulkan” oraz Wydawnictwo Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego.
Podczas spotkania dowiedziano się, że książki nie byłoby gdyby nie pomoc Grażyny Krzyckiej, która przekazała wiele zdjęć i informacji. – I dzięki też wydawcy, który do niej pojechał, skłonił, by zajrzała do skrzyni i znalazła pewne rzeczy. Bez tego by nie było książki i tej dokumentacji pięknej – powiedziała dr Katarzyna Wodniak.
Spotkanie było też okazją do wspominek o rodzinie Krzyckich i ich wydawnictwie. Alfred Krzycki był nie tylko wydawcą ale też doskonałym menedżerem. – Metody promocji miał bardzo takie nowatorskie, jakie mamy dzisiaj. W PRL-u to była zupełnie inna historia, inny kosmos. A teraz ze zdumieniem można stwierdzić, że to, co się dzieje dzisiaj, to on już wtedy w Żninie w „Mojej Przyjaciółce” robił. Używał czytelniczek, żeby za pomocą marketingu szeptanego promowały wśród znajomych, przysyłały adresy czyli to, co dzisiaj mamy. Ale też dbał o to, żeby było głośno o czasopiśmie w prasie branżowej. I było na przykład takie renomowane czasopismo branżowe „Prasa” – organ Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism, do którego gremium Krzycki też wszedł i sprawował tam różne funkcje, jeździł na zebrania do warszawy i zadbał też o to, by te swoje wydawnictwa w tej prasie branżowej reklamować - powiedziała dr Katarzyna Wodniak.
Po jej prelekcji wywiązała się dyskusja na temat koncernu Krzyckich działającego w międzywojniu w Żninie. - Od razu zaznaczę, że bardzo wiele z tych informacji, które usłyszeliśmy to są to informacje zupełnie nowe, o których jeszcze nikt nie wie, bo w ostatnim czasie je pani Katarzyna dopiero pozyskała – powiedział Dominik Księski. - My Żniniacy bardzo się cieszymy, że ktoś w końcu tą „Moją Przyjaciółką” się zainteresował. Wielu z nas pamięta Alfreda Krzyckiego. To był wyjątkowy człowiek. To był przykład człowieka społecznika – stwierdziła Maria Tafelska. Z kolei Dominik Księski dodał: - Pamiętają panie pewnie lepiej ode mnie przywożone z Zachodu w czasach komunizmu „Burdy” z wykrojami. Proszę państwa, „Burda” powstała później niż „Moja Przyjaciółka”, a takie wykroje , te faliste linie, przerywane, krzyżykowe i z kropkami i tak dalej to były już wkładane do „Mojej Przyjaciółki”. To był pomysł wydawców ze Żnina i gdyby nie druga wojna światowa i nie komunizm, a nawet powiedziałbym, że druga wojna światowa to aż tyle tutaj nie narobiła złego, co właśnie rządy ludowe po 1945 roku, to nie byłoby „Burdy” jako pewnego takiego punktu odniesienia do całej Europy, tylko to by była „Moja Przyjaciółka”, która by zawojowała rynek niemiecki, rynek francuski albo „Rewia mody”. W każdym razie ta przysłowiowa „Burda” nie powstałaby i nie znaczyłaby tyle współcześnie jeśli Krzyccy dalej mogliby pracować po roku 1945 – powiedział redaktor naczelny „Pałuk dodając: - Ja się czuję taki malutki w porównaniu z tą wyobraźnią, z tą inicjatywą, z tym wizjonerstwem Krzyckich.
Z kolei Katarzyna Rodziewicz powiedziała o opowieściach, którymi ją karmiono w rodzinnym domu. – Kiedy z maszyny drukarskiej schodziła gazeta dzisiaj, to ona jutro była u mojej babki w Wilnie. I to był cud, cud tamtego czasu. Cud kolejowy, pocztowy i wydawniczy. Dzisiaj schodzi z maszyny drukarskiej, a na drugi dzień jest tysiąc kilometrów dalej z tego miejsca tu. To jest po prostu ewenement i fenomen tamtego czasu. Jak więc dzisiaj ktoś mówi, że będzie jutro wieczorem to żadne to jest wydarzenie i żaden sukces.
Dominik Księski na zakończenie spotkania powiedział, że ten jeden zakład pracy, jakim było wydawnictwo Krzyckich bardzo, wpłynął na Żnin i do dzisiaj jest to widoczne.- Bo ludzie, którzy tam pracowali byli wykształceni. I ta nadreprezentacja w tym malutkim miasteczku przedwojennym wykształconych ludzi miedzy innymi do dzisiaj wpływa na zainteresowanie kulturą.
Obecny na spotkaniu Stefan Czarnecki, prezes Żnińskiego Towarzystwa Kultury, powiedział, że dzięki Andrzejowi Rosiakowi, który był prezesem ŻTK, a następnie dyrektorem Muzeum Ziemi Pałuckiej w Żninie udało się te wszystkie maszyny drukarskie Krzyckich zgromadzić w żnińskim muzeum. – Przecież ktoś mógł je sprzedać na złom, a jednak te wszystkie maszyny są w naszym muzeum. To jest coś niesamowitego – usłyszano. Janina Terzyk, emerytowana pracowniczka muzeum, dodała: - W chwili, gdy ta historia drukarstwa została otwarta, wielu mieszkańców Żnina, którzy pracowali u państwa Ksyckich przychodziło do nas, żeby poinformować nas, nauczyć obsługi tych maszyn, tłumaczyć jak te maszyny pracowały, na jakiej zasadzie. Masa, masa tych ludzi, którzy pracowali przychodziła, bo tu, z chwilą gdy te maszyny zostały przeniesione do muzeum, to tak jakby ich serce odżyło. Oni tu przychodzili z taką radością, żeby podzielić się tą wiedzą. To takie sympatyczne było.
Prelekcji dr Katarzyny Wodniak towarzyszyła wystawa tematyczna przygotowana przez żnińską książnicę, na którą składały publikacje i czasopisma wydawane przez koncern Krzyckich będące w zbiorach specjalnych biblioteki.
Po spotkaniu dr Katarzyna Wodniak podpisywała swoje książki.
Barbara Filipiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze