Rosnące nakłady gazet, wchodzący w życie projekt wielobarwnego żurnala mody i unowocześnianie drukarni. Plany budowy fabryki papieru, nowej siedziby wydawnictwa i osiedla dla pracowników. Wszystko to prysnęło niczym bańka mydlana wraz z hitlerowską agresją na Polskę we wrześniu 1939 roku.

Informacja zamieszczona w „Mojej Przyjaciółce”, nr 10 z 25 maja 1939 roku
Zakłady Wydawnicze Alfreda Krzyckiego w Żninie rozpoczynały rok 1939 z dużymi nadziejami i kolejnymi pomysłami. W tym czasie w stolicy Pałuk ukazywało się 7 czasopism o jednorazowym nakładzie 553.000 egzemplarzy, co stawiało Żnin w pierwszym szeregu prasowych potęg w Polsce, obok Warszawy i Poznania, a daleko przed Toruniem i Bydgoszczą.

Okładka pierwszego numeru „Rewii Mody”, który miał się ukazać z październikową datą w 1939 roku ze zbiorów Muzeum Ziemi Pałuckiej
W skali ogólnopolskiej ukazywały się: dwutygodnik Moja Przyjaciółka (250.000) oraz Moje Powieści. Ilustrowany Tygodnik dla Wszystkich (80.000). Trzy razy w tygodniu (łączny nakład trzech gazet 120.000) wydawano: z myślą o mieszkańcach Pałuk - Ilustrowany Kurier Pałucki (wcześniej jako Pałuczanin), skierowany na obszar Wielkopolski, Górnego Śląska i Centralnego Okręgu Przemysłowego (Stalowa Wola, Mielec) - Ilustrowany Kurier Powszechny oraz dla czytelników z Pomorza - Ilustrowany Kurier Pomorski. Poza tym z drukarni Krzyckich wychodził urzędowy Orędownik Powiatu Żnińskiego (3.000), a na ukończeniu był ogólnopolski miesięcznik Rewia Mody (100.000).
Czasy, w których następował rozkwit żnińskiego wydawnictwa, nie należały jednak do najspokojniejszych. Napięta sytuacja międzynarodowa w Europie i na świecie nie zachęcała do inwestowania oszczędności i roztaczania dalekosiężnych planów. Niosło to za sobą duże ryzyko, zwłaszcza że światowa gospodarka wychodziła akurat z wielkiego kryzysu.
Optymizmem nie napawało jakże proroczo brzmiące ogłoszenie astro-grafologa Saida Foady, które ukazało się w Mojej Przyjaciółce (m.in. nr 3 z 10 lutego 1939 roku). Rozpoczynało się ono od słów (pisownia oryginalna): Rok 1939-y pozostaje pod wpływem planety Mars, który zagraża zarówno światu, jakoteż egzystencji poszczególnych jednostek.
GOSPODARKA DOMOWA NA WYPADEK WOJNY
Z ewentualnością wybuchu wojny liczyli się także żnińscy wydawcy. W związku z narastającym napięciem w stosunkach polsko-niemieckich i prawdopodobieństwem wybuchu konfliktu zbrojnego, na łamach Mojej Przyjaciółki w lipcu 1939 r. pojawił się nowy dział Gospodarka domowa na wypadek wojny.
W obecnej sytuacji politycznej zdanie sobie sprawy z potrzeb chwili i skrupulatne im zadośćuczynienie jest obowiązkiem obywatelskim, równoznacznym w takich momentach dziejowych z realną, daleką od złudzeń lub paniki, postawą życiową - w takich stonowanych słowach rozpoczęła pierwszy tekst nowego działu czasopisma (nr 14 z 25 lipca 1939 r.) Wacława Dobrzyńska. W kolejnych zdaniach przekonywała, iż zwycięstwo w wojnie zależy nie tylko od bohaterskiej postawy walczącej armii, ale także od woli i możliwości przetrwania całego społeczeństwa, w czym kluczową rolę przypisywała kobietom: - Ten bardzo ważny czynnik zwycięstwa - możliwość przetrwania - osiąga się przez przygotowanie i zorganizowanie gospodarcze kraju. W tej dziedzinie otwiera się pole pracy dla wszystkich pań domu.
Autorka zachęcała przede wszystkim do poznania i stosowania zasad racjonalnego gospodarowania, mającego na celu unikanie marnotrawienia produktów i stworzenie zapasów pozwalających dostarczyć organizmowi wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Przewidując trudności w zaopatrzeniu w okresie wojny, Wacława Dobrzyńska podpowiadała sposoby przygotowywania niektórych produktów (herbata, kawa) czy przechowywania jaj, zachęcała do przezwyciężenia uprzedzeń dotyczących spożywania koniny czy królików w przypadku braku tradycyjnie przygotowywanego mięsa (drób, wieprzowina) oraz wykorzystywania krwi zwierzęcej jako dodatku do potraw.
Na wypadek wojny musimy się liczyć z brakiem chleba i powinniśmy umieć wypiekać go same, dodając celem zwiększenia wartości odżywczej jarzyny, a także wspomnianą krew lub mleko w proszku. Pamiętajmy również, że mąka razowa (z grubego przemiału) jest najpożywniejsza - kończy artykuł dziennikarka.
Drugi z tego cyklu tekstów, który w Mojej Przyjaciółce ukazał się dokładnie miesiąc później (nr 16 z 25 sierpnia 1939 r.), Wacława Dobrzyńska rozpoczęła od przedstawienia sposobów ochrony produktów żywnościowych przed gazami bojowymi. W drugiej części artykułu autorka zwróciła uwagę na kwestię zachowania higieny osobistej oraz czystości odzieży i domu w warunkach wojny. Podała kilka domowych sposobów wyrobu mydła, a także wskazała środki zastępcze i metody prania różnego rodzaju tkanin.
Redakcja gazety apelowała także do społeczeństwa o ofiarność na rzecz ojczyzny. W tym samym, sierpniowym numerze Mojej Przyjaciółki pojawił się komunikat Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da, informujący o możliwości dokonywania wpłat na budowę ścigacza torpedowego ORP Poznań. (Projekt ten nie doczekał się realizacji ze względu na wybuch wojny). Za pośrednictwem gazety czytelniczki przekazywały również pieniądze na Fundusz Obrony Narodowej.

„Modlitwa do niemieckiego Boga” wydrukowana na odwrocie okładki próbnego numeru „Rewii Mody” ze zbiorów Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Żninie
NOWY PROJEKT JAK Z ŻURNALA
Groźba wybuchu wojny nie przeszkadzała jednak małżeństwu Krzyckich w snuciu dalekowzrocznych planów wydawniczych i wdrażaniu ich w życie na szeroką skalę. Pod koniec roku 1938 redaktor naczelna Mojej Przyjaciółki Anna Krzycka wpadła na pomysł, aby w Żninie wydawać nowoczesny magazyn dla kobiet, w którym miały być drukowane wykroje ubiorów dziecięcych i kobiecych.
Po zaakceptowaniu projektu nowego pisma, które miało być miesięcznikiem, wydawca Alfred Krzycki od początku roku 1939 przystąpił do wdrażania pomysłu małżonki w życie, tak aby w drugiej połowie 1939 r. było ono dostępne dla kobiet w całym kraju. Szeroko zakrojone przygotowania polegały na zatrudnieniu kreślarzy i plastyków oraz zakupie papieru satynowanego i kredowego, który przyjechał do Żnina w dwóch wagonach. Z uwagi na brak miejsca w zakładowych magazynach, Alfred Krzycki przechowywał papier w sali żnińskiego Bractwa Kurkowego.
Poza tym w żnińskim zakładzie wydawniczym Krzyckich powstał specjalnie dla nowego czasopisma stworzony park maszynowy. Pojawiły się nowe urządzenia, w tym maszyna rotacyjna, mająca zapewnić wysoką jakość drukowanego na niej kolorowego magazynu. Z przekazów rodzinnych, które przypomina sobie urodzona już po wojnie córka Grażyna Krzycka, kwota, jaką Alfred Krzycki zapłacił za tę najnowszą maszynę, miała sięgać miliona ówczesnych złotych. Biorąc pod uwagę, że polski złoty miał wtedy siłę nabywczą odpowiadającą mniej więcej siedmiu obecnych złotych, maszyna kosztowałaby dzisiaj około 7 mln złotych.
Czytelniczki, oprócz zawartości, miała przyciągać piękna, wielobarwna szata graficzna magazynu wykonana na bezdrzewnym papierze ilustracyjnym i najniższa na rynku cena, dodatkowo obniżona w prenumeracie (im dłuższy jej okres, tym taniej). Powstający na najnowszej maszynie nowy żurnal miał posiadać kilkadziesiąt stron, z ponad stu modelami: sukni na różne okazje, płaszczów, kostiumów, ubranek dla dzieci, bielizny i modnych drobiazgów. Każdy numer miał zawierać dwa podwójne arkusze krojów, dzięki którym każda czytelniczka mogłaby sama uszyć sobie sukienkę.
POLITYKA I MODA
Pomysł narodził się głównie dlatego, iż arkusze wzorów zamieszczane do tej pory w Mojej Przyjaciółce opatrzone dodatkowo objaśnieniami na innych stronach (za dodatkową opłatą można było oddzielnie zamawiać wykroje), pozostawały pod względem jakości nieco w tyle za standardami, które w tej dziedzinie wypracowano wtedy w Europie Zachodniej. Nie stanowiły już dla nich poważnej konkurencji, a ta, jak na owe czasy, była ogromna. Żurnali mód dostępnych w sprzedaży w międzywojennej Polsce było ponad 160, ale sprowadzano je z zagranicy, głównie z Austrii i Niemiec. Nawet dla tych wydawanych w Warszawie, część litograficzna modeli była wykonywana głównie w Wiedniu, na potrzeby rynku krajowego powstawała tylko strona opisowa w języku polskim. Podobnie było zresztą z żurnalami w języku francuskim, które najczęściej powstawały w Niemczech. Na rynku brakowało taniego, polskiego magazynu mody i tę lukę Krzyccy zamierzali wypełnić.

Karolina Kowalska była grafikiem w „Mojej Przyjaciółce” i zapewne brała udział w przygotowywaniu „Rewii Mody”. Prawdopodobnie w czasie wojny zginęła, na co może wskazywać jej śmierć w bardzo młodym wieku. Zmarła bowiem 28 stycznia 1941 roku, mając niespełna 19 lat. fot. archiwum biblioteki publicznej w Żninie
Głównym celem przyświecającym Annie Krzyckiej było oparcie nowego czasopisma wyłącznie na umiejętnościach polskich projektantów, kreślarzy i plastyków. W ten sposób całe przedsięwzięcie wydawnicze nabierało wymiaru działalności antyimportowej, można by rzec narodowej, wspierającej polską gospodarkę i zapewniającej pracę polskim fachowcom w wymienionych dziedzinach. Jednocześnie miało też ograniczyć finansowanie niemieckich gazet przez polskich czytelników. Nieprzypadkowe było reklamowe hasło zachęcające do kupowania magazynu: Nareszcie czysto polski żurnal mody! I na okładkowej stronie: Polko! Ten żurnal to jedyny czysto polski miesięcznik mody. Dodatkowo na odwrocie okładkowej strony, zatytułowanej dużym hasłem Żadna Polka nigdy tego nie zapomni!, został zamieszczony przedruk Modlitwy do niemieckiego Boga. Był to pełen pogardy i nienawiści wobec Polski i Polaków tekst, który przed II wojną światową nakładem niemieckiego Vereinigung zum Schutze Oberchlesiens (Stowarzyszenie dla Obrony Górnego Śląska) był rozpowszechniany w Rzeszy Niemieckiej. O tym, co było intencją wydawcy drukującego tego rodzaju tekst, dowiadujemy się ze słów zamieszczonych przez redakcję pod modlitwą: Jesteśmy przekonani, że po zaznajomieniu się z treścią powyższej „modlitwy” niemieckiej, żadna Polka nie kupi ani odrobiny towaru niemieckiego, ani jednego zeszytu żurnali niemieckich! Nie pozwolimy, aby z polskich groszówek i złotych fabrykowano karabiny, które mogą być skierowane w nasze i dzieci naszych piersi. Od dzisiejszego dnia wypowiadamy walkę żurnalom niemieckim! Umożliwijmy powstanie i rozwój czysto polskiego i chrześcijańskiego miesięcznika mody pt. „Rewia Mody”.
Wielkie inwestycje i plany nie doczekały się jednak realizacji. Pod koniec sierpnia z drukarni wyszły próbne strony i prospekt reklamowy żurnalu Rewia Mody, który ukazał się w formie gotowej okładki. Pierwszy numer miesięcznika, mający trafić do rąk czytelników w październiku (taki miesiąc widnieje na okładkowej stronie prospektu) w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, nigdy nie został wydrukowany.
REWIA W OGNIU
Świadomość poważnego ryzyka, jakie niosło za sobą publikowanie uderzających w Niemców treści, przyszła już po wydrukowaniu próbnych i reklamowych egzemplarzy Rewii Mody. Gdy pewnym stało się, że wojny nie da się jednak uniknąć, Alfred Krzycki zdecydował o spaleniu niebezpiecznych dla wydawnictwa materiałów. Przez kilka dni i nocy, na przełomie sierpnia i września, pracownicy zakładu palili okładki nowego czasopisma w kotłowni centralnego ogrzewania, aby nie trafiły w ręce hitlerowskich najeźdźców.
Biorąc pod uwagę duże nakłady poniesione przez żnińskie wydawnictwo na uruchomienie nowego czasopisma, można przypuszczać, iż Alfred Krzycki nie do końca spodziewał się tak błyskawicznego uderzenia III Rzeszy i całkowitej klęski polskiej armii we wrześniu 1939 roku. Gdyby było inaczej, nie angażowałby poważnych środków pieniężnych w nowy projekt, skazany w warunkach wojny i okupacji na pewną stratę, ani tym bardziej nie narażał życia własnego i najbliższych na zemstę ze strony Niemców, co w oczywisty sposób musiało nastąpić, biorąc pod uwagę antyniemieckie publikacje wychodzące z drukarni żnińskiego koncernu prasowego tuż przed agresją.
Wojna już trwała. Przedstawicieli mniejszości niemieckiej w Żninie w pierwszych dniach września polskie władze aresztowały. Następnie wywieziono ich w kierunku Inowrocławia i Warszawy. Niektórzy skończyli podróż w obozie w Berezie Kartuskiej. Szybko przesuwające się w głąb Polski kolumny dywizji Wehrmachtu wymusiły szybki odwrót polskich wojsk i kompanii Obrony Narodowej oraz ewakuację urzędów i policji ze Żnina.
Od 3 września także część cywilnych mieszkańców zaczęła opuszczać miasto, czego największe nasilenie miało miejsce następnego dnia i w nocy z 4 na 5 września.
W stolicy Pałuk nastał kilkudniowy okres wyczekiwania i niepewności. Biorąc pod uwagę czas wojennej zawieruchy, życie codzienne w Żninie toczyło się jeszcze bez poważniejszych zakłóceń. W zakładzie Krzyckich składano do druku Moją Przyjaciółkę, która miała się ukazać z datą 10 września 1939 r. Kiedy gazeta była drukowana, Niemcy 9 września byli już w Żninie i rozpoczęła się okupacja miasta. Tymczasem na ostatniej stronie tego numeru gazety został wydrukowany satyryczny wiersz Alfreda Krzyckiego o przywódcy III Rzeszy Adolfie Hitlerze.
Pamiętam opowieści rodziców o pospiesznym paleniu w piecu centralnego ogrzewania całego wrześniowego nakładu „Mojej Przyjaciółki” w 1939 roku, gdzie rodzice umieścili satyryczny wierszyk o Hitlerze. Hitlerowcy, mimo wszystko, zamknęli ojca w więzieniu - pisze we wspomnieniach Grażyna Krzycka.
- Wiersz musiał być już wydrukowany na jednej ze stron wrześniowego numeru. Pamiętam, że wiele lat później w tygodniku warszawskim „Stolica” przedrukowano ten wiersz, więc musiał być on utrwalony na papierze. Nie pamiętam już, czy było to z okazji rocznicy wybuchu wojny, ale ze wzruszeniem i radością go wtedy przeczytałam - mówi Krystyna Gasztych (z domu Krzycka), najstarsza z córek Alfreda i Anny.

Legitymacja Alfreda Krzyckiego jako pracownika drukarni ABC Janiny Tymienieckiej w Warszawie podczas okupacji ze zbiorów Muzeum Ziemi Pałuckiej

Legitymacja nr 1 Alfreda Krzyckiego na rok 1944, jako kierownika „Drukarni ABC” Janiny Tymienieckiej w Warszawie podczas okupacji. Podbita z ważnością do końca września 1944 r., a więc na czas Powstania Warszawskiego ze zbiorów Muzeum Ziemi Pałuckiej
UCIECZKA DO WARSZAWY
Nie wszystkie egzemplarze Rewii Mody i Mojej Przyjaciółki udało się spalić przed wkroczeniem Niemców do Żnina.
Część z nich prawdopodobnie trafiła w ręce okupantów. Alfred Krzycki został aresztowany już we wrześniu 1939 r. Jego żona Anna, jeszcze była wolna, dzięki temu, że urodziła się na terenie Niemiec w Westfalii.
W żnińskim więzieniu pod okiem niemieckich oprawców Alfred Krzycki spędził trzy miesiące. Został wypuszczony w Wigilię Bożego Narodzenia, ale nie za darmo. Mama wykupiła ojca na Wigilię, dając jako okup całą swoją rodzinną biżuterię. Niemcy obiecali ojcu spokojne święta i prawdziwą wolność - przekazuje we wspomnieniach rodzinnych Grażyna Krzycka.
Cena, jaką Niemcy podyktowali za przywrócenie wolności, była jednak dużo wyższa. Zanim Alfreda Krzyckiego wypuszczono z więzienia, musiał podpisać dokument, w którym zrzekał się całego majątku na rzecz okupanta.
Jeden z Niemców, kwaterujących w zagarniętej części domu, sędzia wcielony na siłę do Wehrmachtu, ostrzegł mamę, w sekrecie, że Niemcom nie można ufać. Rodzice postanowili więc w nocy uciec. Przestroga sędziego okazała się zbawienna, gdyż rano zjawili się Niemcy po ojca z wyrokiem śmierci - wspomina Grażyna Krzycka.
Owym niemieckim sędzią, który w nocy przyszedł z ostrzeżeniem do mieszkania rodziny Krzyckich, był Peter Stubbe. Ryzykowny dla niego samego gest był motywowany tym, iż w czasie I wojny światowej życie uratował mu Polak. Gdy nadarzyła się okazja, aby się odwdzięczyć, postanowił przestrzec rodzinę Krzyckich przed zamiarami Niemców.
Po wojnie mama chciała nawiązać kontakt z tym wybawcą, szukając go przez Czerwony Krzyż, ale nie można go było odnaleźć, pewnie nie przeżył wojny - czytamy we wspomnieniach.
Tymczasem w nocy z 24 na 25 grudnia Alfred i Anna Krzyccy spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i z matką Alfreda - Marią, dwiema córeczkami - niespełna 5-letnią Krystyną i 7-miesięczną Lilianą oraz nianią Krystyny - Łucją Plewą, wsiedli do samochodu i opuścili Żnin.
Udali się w kierunku Warszawy, gdzie mieszkała matka Anny - Małgorzata Wachowiak z trójką rodzeństwa. Tam w większym gronie, bliżej rodziny, mieli się czuć bezpieczniej. Do stolicy dojechali dzięki wojennemu pieniądzowi, jakim okazała się być zabrana z domu sól, którą płacili za benzynę i nocleg.
Podróż do Warszawy była prawdziwą drogą przez mękę. - Najpierw jechaliśmy swoim samochodem, który po drodze zabrało nam polskie wojsko. Na dalszą drogę dostaliśmy furkę ze słabym koniem, którą dojechaliśmy do Kutna. Tam przeżyliśmy prawdziwy koszmar. Pamiętam straszny hałas i nisko lecące samoloty, które zabijały ludzi. Chcieliśmy się ukryć w stogu, ale nie było tam już miejsca, bo był cały nabity ludźmi. Mama położyła się więc na polu w redlinie z siostrą Lilą w beciku, a ja w innej redlinie z niańką. Noc spędziliśmy w koszarach wojskowych, gdzie na podwórku były kałuże krwi od rannych i zabitych żołnierzy. Następną noc spędziliśmy w stodole pełnej krwi od poranionych ludzi. Do Warszawy, chyba dopiero po trzech dniach dojechaliśmy jakimś pociągiem, bo tym naszym koniem nie dalibyśmy rady - wspomina nie bez emocji dramatyczne chwile Krystyna Gasztych.
Kiedy okazało się, że ostrzeżenia Petera Stubbe nie były bezpodstawne i rankiem 26 grudnia 1939 r. do żnińskiego mieszkania Krzyckich przyszli Niemcy, aby aresztować skazanego na karę śmierci Alfreda, rodzina była już blisko Warszawy.
Dom rodziny Krzyckich w Żninie zajęli Niemcy, w większości hitlerowscy oficerowie.
NIEMIECKIE ZBRODNIE W OCZACH DZIECKA
W Warszawie rodzina Krzyckich zamieszkała przy ulicy Niemcewicza 9/154, znajdującej się w dzielnicy Ochota. - Wynajmowaliśmy mieszkanie w bloku należącym do ZUS-u. Było to trzecie piętro. Do budynku można było też wejść od ulicy Asnyka. Były tam takie trzy rzędy bloków. Jak rozpoczynała się godzina policyjna, obydwie bramy zamykano. Nie można już było wtedy nigdzie wyjść. Można powiedzieć, że było to wtedy takie małe, zamknięte miasteczko. Przypominam sobie nawet nazwiska dozorców, którzy czuwali nad porządkiem, byli to panowie Skoczylas i Bartoszewicz - mówi Krystyna Gasztych.
- Aby uniknąć narażenia się na bombardowanie, na noc w mieszkaniach zakrywano okna specjalnymi roletami z czarnego papieru czy materiału, żeby nie było widać zapalonego światła. Gdy pewnego razu tata zapomniał zasunąć okna, dozorca krzyczał: „sto pięćdziesiąt cztery do jasnej cholery” i wszyscy już wiedzieli, co trzeba zrobić - opowiada Krystyna Gasztych.
Jako mała dziewczynka na własne oczy widziała skutki zbrodni niemieckich popełnianych w stolicy na ludności polskiej. - Po jednej z egzekucji Polaków na placu Narutowicza, który znajdował się blisko naszego domu, tata zaprowadził mnie w to miejsce i pokazał ślady krwi, które tam pozostały. Wygłosił wtedy cały wykład, a na koniec mówił do mnie: „Zapamiętaj sobie dziecko, jak Niemcy strzelali do Polaków” - wspomina Krystyna Gasztych.
Z kolei po jednym z bombardowań Warszawy, jakich wiele dokonywali Niemcy, Anna Krzycka zaprowadziła małą Krysię w to samo miejsce, aby pokazać jej efekt niemieckich nalotów. - Zobaczyłam przerażający widok zwłok ludzkich przykrytych gazetami. Mama powiedziała do mnie: „Zapamiętaj, co się działo w czasie wojny, co Niemcy wyrządzili Polakom”. Dzisiaj pewnie byłoby nie do pomyślenia, aby dziecko zaprowadzać w takie koszmarne miejsca, ale rodzice widocznie uznawali to za ważne - podkreśla Krystyna Gasztych.
W wieku 8 lat była ona również świadkiem jednego z najtragiczniejszych wydarzeń II wojny światowej, jakim była likwidacja warszawskiego getta przez Niemców wiosną 1943 roku. - Tata zaprowadził mnie na najwyższe piętro bloku, w którym mieszkaliśmy. Pokazując mi płonące domy mówił: „Zobacz, jaki tam jest dym, jaki wielki pożar. To Niemcy palą getto”. Widok był koszmarny - wspomina Krystyna Gasztych.
Obecne nakłady największych dwutygodników wydawanych w Polsce:
Tele Świat - 547.465
Party Życie Gwiazd - 467.488
Przyjaciółka - 463.487
Z życia wzięte - 334.772
Pani Domu - 275.174.
Na podstawie Komunikatu Zarządu Związku Kontroli Dystrybucji Prasy
z 17 listopada 2014 r. MURZYN A SPRAWA POLSKA
(z rodzinnych wspomnień córek Krzyckich)
Kiedyś w czasie okupacji hitlerowskiej w Warszawie [Anna Krzycka - przyp. bw] znalazła się w łapance ulicznej. Niemiec podszedł do Niej i wrzasnął: „Ausweis”. Mama dała mu swoją legitymację, a on powiedział: „Pani jest Niemką, bo urodziła się pani w Niemczech”, a Mama na to: „A gdyby pana matka przypadkiem znalazła się w Afryce i tam by się pan urodził, czy byłby pan Murzynem?” Powiedziała to bezbłędną niemczyzną. Żołnierz był tak zaskoczony odpowiedzią i postawą mamy, że zdobył się na ludzki odruch i Ją wypuścił.
KASJER I KIEROWNIK
Anna podczas pobytu rodziny w Warszawie opiekowała się córeczkami, natomiast odpowiedzialność za utrzymanie rodziny w sensie materialnym spadła na Alfreda.
W 1940 r. został on zatrudniony jako kasjer w warszawskiej centrali Zakładów Chemicznych Strem w Strzemieszycach (k. Dąbrowy Górniczej), gdzie pracował przez 2 lata. Centrala mieściła się przy ulicy Mazowieckiej 7, w zabytkowej kamienicy należącej do mieszczańskiej rodziny Lilpopów, a zniszczonej i spalonej podczas Powstania Warszawskiego oraz w ostatnich miesiącach wojny.
Zarząd nad fabryką od 1922 r. sprawowało Towarzystwo Zakładów Chemicznych Strem Spółka Akcyjna w Warszawie. W okresie wojny zakłady przejęli Niemcy. Wówczas nosiły nazwę Chemische Werke Strem AG, Strzemieszyce O/S. Alfred Krzycki pracował w centrali Strem przez 2 lata, prawdopodobnie do roku 1942. Podobnie jak wiele innych fabryk i obszarów gospodarki, zakłady chemiczne zostały wprzęgnięte w machinę zbrodniczego systemu III Rzeszy. W niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, po jego wyzwoleniu Rosjanie odnaleźli dokumenty, które świadczyły o tym, że w latach 1943-1944 z Oświęcimia wysłano ponad 100 ton kruszywa kostnego ze spalonych w krematoriach zwłok ludzkich do dalszej przeróbki w Strzemieszycach.
Jak wynika z zachowanej legitymacji pracowniczej, znajdującej się w zbiorach Muzeum Ziemi Pałuckiej w Żninie, od 1 lutego 1943 roku Alfred Krzycki rozpoczął pracę w miejscu odpowiadającym jego kwalifikacjom zawodowym, które z wielkimi wydawniczymi sukcesami wykorzystywał w przedwojennym Żninie. Znalazł bowiem zatrudnienie w Drukarni ABC Janiny Tymienieckiej, znajdującej się przy ulicy Marszałkowskiej 91. Pełnił funkcję kierownika drukarni przez około półtora roku.
Pracę na tym stanowisku musiał przerwać w wyniku rozpoczętego 1 sierpnia 1944 r. Powstania Warszawskiego. Ważność legitymacji pracowniczej Alfreda Krzyckiego była przedłużana co dwa miesiące. Ostatnia pieczątka potwierdza możliwość zatrudnienia do końca września 1944 r. Ponieważ była uaktualniana co dwa miesiące, trudno stwierdzić, kiedy została podbita, ale najprawdopodobniej nastąpiło to w lipcu, z końcem którego tracił ważność poprzedni stempel, a więc jeszcze przed wybuchem powstania. Alfred Krzycki jako kierownik drukarni przedłużał sobie ważność legitymacji osobiście, o czym świadczą jego podpisy.
NA GRANICY ŻYCIA I ŚMIERCI
Mimo konieczności opuszczenia Żnina i utraty całego dorobku życia na rzecz okupanta, mieszkający w Warszawie Krzyccy nie odmawiali pomocy innym ludziom w tragicznych czasach wojny. Nawet wówczas, gdy groziła za to kara śmierci, a taką wprowadzili Niemcy za wszelką pomoc udzieloną Żydom. - Rodzice byli ludźmi życzliwymi, gotowymi nieść pomoc potrzebującym. Wielu ludziom, jak tylko mogli, chętnie pomagali. W czasie wojny przez kilka miesięcy ukrywała się u nas Żydówka - pani Jadzia - wspomina Grażyna Krzycka.
Nieustanne zagrożenie ze strony okupanta nie przeszkodziło Alfredowi Krzyckiemu w działalności konspiracyjnej, choć wiązało się to z dużym ryzykiem. - Rodzice, mieszkający w Warszawie, ze względu na posiadanie wówczas dwóch małych córek, nie byli mocno zaangażowani w konspirację. Siostra Krystyna jednak pamięta, że tata, ku przerażeniu mamy, wkładał jej do skarpetek bibułę i razem z nią roznosił papiery - opowiada Grażyna Krzycka.
W tym czasie rodzina Krzyckich dwukrotnie opuściła Warszawę w okresie wakacyjnym. W różnych latach przez miesiąc przebywali w podwarszawskiej Podkowie Leśnej. Mieszkali tam przy alei Wiewiórek oraz przy ul. Sosnowej. - Wyjazdy były związane z moją chorobą płuc. Mama chyba chciała, żebym pooddychała trochę leśnym, świeżym powietrzem, ale chyba niewiele mi to wtedy pomogło - wspomina Krystyna Gasztych.
Rodzina Krzyckich także po opuszczeniu Warszawy była zaangażowana w pomoc potrzebującym.
- Rodzice w czasie i po Powstaniu Warszawskim udzielali schronienia powstańcom, jako że przebywali wówczas w Podkowie Leśnej [Ta podwarszawska miejscowość stała się w tym czasie nie tylko azylem dla warszawiaków, ale także miejscem, gdzie zbierały się najwyższe władze Polskiego Państwa Podziemnego reprezentujące emigracyjny Rząd RP w Londynie, wraz z personelem poszczególnych departamentów. Ze swoim sztabem pojawił się także ostatni dowódca Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki, który wcześniej przysłał tu z misją pozyskania środków na cele konspiracyjne Jana Nowaka-Jeziorańskiego. W Podkowie Leśnej na przełomie 1944 i 1945 r. odbywały się m.in. posiedzenia podziemnej Rady Ministrów i parlamentu Rady Jedności Narodowej - przyp. bw] - mówi Grażyna Krzycka.
Rodzina Krzyckich pomagała uchodźcom z Warszawy, choć sama we wschodniej części Podkowy Leśnej żyła przez ostatnie miesiące wojny w bardzo skromnych warunkach. - Pewnego razu kuzynka Renata [córka Stanisława Wachowiaka, brata Anny Krzyckiej - przyp. bw] przyszła do nas z córkami i przyniosła nam pół bochenka chleba. Pamiętam to bardzo dobrze, bo był to prezent dla mnie na dziesiąte urodziny [26 stycznia - przypis bw]. Mama kroiła wtedy ten chleb, jak tort - podkreśla Krystyna Gasztych.
Alfred Krzycki przed wyjazdem do Żnina z Podkowy Leśnej udał się jeszcze do zniszczonej Warszawy, aby sprawdzić, co zostało w pozostawionym nagle po wybuchu powstania mieszkaniu. - Budynek, w którym mieszkaliśmy, szczęśliwie się zachował, ale wszystko było pootwierane, porabowane i zniszczone. Na podłodze pozostało jedynie kilka rodzinnych zdjęć, które tata zabrał. Właściwie nic nie zostało z naszego dobytku - wspomina Krystyna Gasztych.
POWRÓT DO ROZGRABIONEGO DOMU
Rodzina Krzyckich po przejściu frontu i sukcesywnym wypieraniu Niemców z ziem polskich przez Armię Czerwoną, w lutym 1945 r. wróciła do Żnina. - Z Warszawy jechaliśmy ciężarówką, bez plandeki z tyłu. Siedzieliśmy tam na drewnianych ławkach. Podróż była dla nas bardzo ciężka. Pamiętam, że strasznie nam się to nie podobało - wspomina Krystyna Gasztych.
Z uwagi na fakt, iż na terenie miasta nie prowadzono bezpośrednich działań zbrojnych, dom i siedziba wydawnictwa przy ulicy Śniadeckich 15 nie doznały żadnych zniszczeń.
Nie oznaczało to jednak, iż rodzina Krzyckich uniknęła strat materialnych, jeśli chodzi o przedwojenny majątek. Po wycofaniu się Niemców nieobecność gospodarzy sprawiła, iż z mieszkania zniknęły zarówno przedmioty codziennego użytku, w tym część umeblowania, jak również bardziej wartościowe rzeczy, między innymi obrazy. Jak się miało później okazać, rozgrabienia domowego majątku Krzyckich nie dokonali okupanci niemieccy, ale przede wszystkim polscy mieszkańcy Żnina. Niemcy natomiast w sposób znaczący przyczynili się do uszczuplenia maszynowego potencjału wydawnictwa, wywożąc bądź sprzedając najnowocześniejsze urządzenia zakupione przez Alfreda Krzyckiego do drukarni tuż przed wojną.
BIBLIOGRAFIA
Fikus F., Wielkie wydawnictwo prasowe w małym mieście, [w:] Kwartalnik Historii Prasy Polskiej, z. 1/1979;
Kaźmierski E., Historia prasy żnińskiej (maszynopis);
Kaźmierski E., Karta z historii prasy na Pałukach, [w:] Jantarowe Szlaki, nr 7-8, R. 1975;
Kaźmierski J., Prasa żnińska (maszynopis);
Kaźmierski J., Gdy jednorazowy nakład żnińskich gazet wynosił 553 tysiące egzemplarzy, Pałuki nr 7/1991;
Kłyszyński A., Od drukarni do muzeum, [w:] Ilustrowany Kurier Polski z 12 czerwca 1986 r., nr 36;
Kłyszyński A., Błyskawiczna kariera żnińskiego wydawcy (2), [w:] Ilustrowany Kurier Polski z 5 lutego 1986 r.;
Kowalski J., Anna, Ferdek i „Przyjaciółka” [w:] Wysokie obcasy z 11 października 2008 r.;
Krzycki-Derech J., Moja Przyjaciółka, Baszta nr 18/1991;
Księski D., Żnińskie media [w:] Żnin. Dzieje najnowsze, t. II, Żnin 2013;
Podgóreczny J., Z żałobnej karty, [w:] Wiadomości graficzne, nr 8, sierpień 1980.
Wspomnienia rodziny Krzyckich.
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1193 (52/2014)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze