Gdy Niemcy wkroczyli w 1939 roku do Żnina, Alfred Krzycki momentalnie został aresztowany. Udało mu się wydostać na wolność za sprawą Niemca o dobrym sercu, który w zamian za uratowanie mu ongiś życia przez jakiegoś Polaka - wypuścił aresztanta na wolność, ostrzegając, że w krótkim czasie może się spodziewać następnego aresztowania. Przed wypuszczeniem Krzyckiego kazano mu jeszcze podpisać akt zrzeczenia się całego majątku na rzecz okupanta.
Rodzina nie czekając wyjechała czym prędzej do Podkowy Leśnej. Znaleziono lokum w Warszawie, gdzie przemieszkano aż do Powstania.
Gdy tylko wiosną przyszedł front, Alfred Krzycki wrócił do Żnina. Dostał zezwolenie na zamieszkanie w swojej kamienicy i pozwolenie na uruchomienie drukarni. Żadnej gazety jednak wydawać nie mógł, gdyż cenzura nie wydawała zezwolenia. Drukował przez pewien czas jedynie redagowany w Poznaniu "Przegląd Archeologiczny". Oprócz tego wychodziły spod żnińskiej prasy książki, bajki dla dzieci, formularze, ankiety, druk akcydensowe, skrypty.
Niektórzy pamiętają jeszcze niektóre tytuły - "Niedźwiedzica Biatka" czy wstrzymane przez cenzurę "W 120 dniach po angielsku".
Z powodu skrępowania cenzurą drukarnia balansowała na granicy bankructwa - to, co państwo pozwalało drukować, nie wystarczało na utrzymanie drukarni. Doszło nawet do tego, że Krzycki prosił o przyśpieszenie nacjonalizacji, bo nie był w stanie utrzymać przedsiębiorstwa... Gdy wyszła ustawa o nacjonalizacji, drukarnia została mu odebrana.
To, co zrobiono w ciągu powojennego czterdziestolecia, jest bardzo wymowne. Żadnych gazet, żadnych książek. Opakowania drukowane i czasem tylko jakaś ambitniejsza robota w rodzaju Zarysu dziejów Żnina czy ostatnio - Baszty.
Kupione przed wojną maszyny, których nie zdążono zamontować, trafiły do Domu Słowa Polskiego. A linotyp, na którym składa się teraz większość rzeczy, dzieli od współczesnych technik składu taka sama technologiczna odległość, jaka dzieli go od gutenbergowskiej prasy.
Po wojnie Alfred Krzycki nie wierzył, że to, co wokół niego istnieje, jest prawdziwe. Uważał się zawsze za socjalistę i powojenne porządki napawały go zdumieniem.
A socjalistą był - tak jak i przedsiębiorcą - pełną gębą. Urządził pracownicze ogródki działkowe. Wszystkim pracownikom zafundował rowery, organizował dla nich wycieczki krajoznawcze. Młode pary wyposażał w meble, zaprojektował dla swych pracowników osiedle domków jednorodzinnych - Krzyckówko , którego budowa miała się rozpocząć w 1940 roku... A - co zaświadczą zgodnie wszystkie źródła - dobrze płacił.
Tak - rzeczywiście po koncernie Krzyckich - jak to słusznie napisał syn jednego z redaktorów Ilustrowanego Kuriera Pałuckiego i jego mutacji - Janusz Kaźmierski (który nota bene mieszka właśnie na Krzyckówku, w domu pobudowanym na działce wytyczonej przez Krzyckiego) - pozostał tylko budynek.
Dominik Księski
Pałuki Nr 7 (7/1991)

HL-DK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze