Reklama

Muzyczne wspomnienia

Rok temu, 23 lutego zmarł współpracownik naszej gazety, autor felietonów pisanych gwarą - Leszek Gołębiewski. Dziś przypominamy go, drukując fragment ukończonych przed śmiercią wspomnień o jego muzycznej działalności.

Leszek Gołębiewski

 

    Na początku maja 1965 roku podjąłem pracę, w której pracowałem przed wojskiem. Oczywiście, zaraz zacząłem grać w orkiestrze dętej w Gąsawie. Nie mogło być przecież inaczej.
    W 1966 roku zmarł Adam Falarz, kierownik Szkoły Podstawowej w Gąsawie, założyciel i dyrygent orkiestry dętej. Co ciekawe - na Pałuki przybył on z kresów wschodnich tuż po wojnie i początkowo osiedlił się w Janowcu Wielkopolskim.
    Tam powierzono mu funkcję kierownika szkoły, a że przed wojną prowadził również orkiestrę dętą tam, na kresach, to w Janowcu Wielkopolskim nie mógł obejść się bez grania. Założył więc orkiestrę i był jej pierwszym dyrygentem, po dwóch latach został przeniesiony do Gąsawy i tu również założył orkiestrę dętą.
    Tradycje gry na instrumentach dętych w rejonie Gąsawy sięgają roku 1929. W roku 2000 w Gąsawie obchodziliśmy 50-lecie istnienia orkiestry. W Janowcu Wlkp. taką rocznicę obchodzono dwa lata wcześniej, a więc w roku 1998. I tutaj ciekawy scenariusz przygotowało życie.
Wspomniałem, że Adam Falarz zmarł w 1966 roku. Pałeczkę dyrygencką przejął wtedy Stanisław Konieczny, który uczył w ognisku gry na akordeonie i pianinie, a w orkiestrze grał na czynelach. Poza tym był organistą w miejscowym kościele, prowadził chór przykościelny, świecki, no i kierował ogniskiem muzycznym. Trwało to tak do roku 1995.
    W marcu Stanisław Konieczny nagle zmarł. W tym czasie orkiestra znacznie już podupadła. Nie prowadzono (i nie prowadzi się też dzisiaj) szkolenia młodych ludzi, wskutek czego chętnych do gry zostało tylko nieco ponad dziesięć osób. Niektórzy z nas i ja także, prawie pamiętają początki tej orkiestry. I wtedy padł pomysł połączenia z orkiestrą dętą w Janowcu Wlkp. Czyż to nie jest piękne?
    Życie samo napisało scenariusz i dwie orkiestry od jednego założyciela działają dzisiaj razem. Z Gąsawy do Janowca jest nieco ponad 20 km i próby odbywają się na przemian - raz w Gąsawie, raz w Janowcu. Środki lokomocji podstawiają urzędy gminy, bo przy ośrodkach kultury te orkiestry działają. Dyrygentem jest Wacław Cholewiński z Janowca Wlkp. Gdyby to nie nastąpiło, to po gąsawskiej orkiestrze nie byłoby dzisiaj śladu. Jednak po paru latach zmalało zainteresowanie wspólną grą i połączone orkiestry liczą dzisiaj około 25 osób. Na pewno jednym z powodów mniejszego udziału w działaniach orkiestry jest zaniechanie tej skromnej opłaty, jaką gmina łożyła za udział w próbach.
    Zarząd Gminy i wójt, który jest zarazem prezesem orkiestry gąsawskiej zauważają ją dopiero, jak trzeba uświetnić jakąś uroczystość. Na diety za udziały w komisjach i za sesje dla radnych pieniędzy starcza, dla członków orkiestry - już nie. Inna sprawa, że część radnych przedkłada sport nad inną działalność. 
    Był jednak czas, że w Gminnym Ośrodku Kultury życie kwitło. Działała orkiestra dęta, kapela ludowa, zespół teatralny, młodzieżowy. Dziś po tym wszystkim pozostało wspomnienie. Orkiestra dęta już chyba z dwadzieścia lat nie wykształciła żadnego ucznia. Nigdy nie było pieniędzy na zatrudnienie instruktora do nauki gry na instrumencie dętym. A byłaby taka możliwość, jak kiedyś za świętej pamięci Adama Falarza, który będąc kierownikiem szkoły podstawowej wyławiał uczniów ze słuchem i uczył ich gry. Dzisiaj mogło być tak samo, gdyż dyrektorem gimnazjum (obecnie), a przedtem zastępcą dyrektora szkoły podstawowej, jest członek orkiestry dętej - klarnecista (wychowanek Falarza) i on mógłby w ten sam sposób kontynuować tę pracę, co poprzednik. Ale nasz kolega poszedł inną drogą, bo wolał jeździć na mecze hokeja na trawie jako kierownik drużyny. W ten sposób doszliśmy do obecnej sytuacji, a gdy dodamy jeszcze śmierć dwóch orkiestrantów dość zaangażowanych w działalność orkiestry i wspomnianego dyrygenta, to współczesny obraz orkiestry gąsawskiej jest aż nadto wymowny.
    Z czasów mej młodości, a więc jeszcze za komuny, większość wkładu orkiestry w różne uroczystości odbywała się za darmo. Nie wiem, czy za te umilanie uroczystości ktoś pobierał pieniądze? Chyba nie. Podstawiano tylko środek lokomocji i zawożono nas na miejsce gry.
    Natomiast powrót wyglądał już różnie. Odwozili nas też, ale zdarzało się czasem, że organizatorzy "zapomnieli" nas odwieźć do Gąsawy. A trzeba jeszcze dodać, że kilku członków orkiestry pochodziło z okolicznych wsi i jeszcze musieli dojechać do domu rowerami cztery kilometry.
    Pamiętam jeden taki moment, że z okazji rocznicy rewolucji ze Żnina do Gąsawy (10 km) szliśmy pieszo, a później dopiero zabierał nas po drodze znajomy kierowca ciężarowego "Stara" z pobliskiego PGR-u, który akurat wracał do bazy. Dzisiaj jest z tym trochę lepiej, bo niektóre koszty uroczystości, w których bierzemy udział, pokrywają organizatorzy imprez i oni też zapewniają transport. Wyjątek stanowią tu władze Gąsawy i Janowca Wlkp., które uważają, że my musimy, bo użyczają nam lokalu do ćwiczeń. Chyba jednak pójdziemy wzorem radnych gminy i będziemy żądać zapłaty.
    Osobny rozdział, też związany z grą na instrumencie, stanowi moja gra w kapeli ludowej.
Przy PGR Złotniki, gdzie pracowałem, istniał Zakład Usług Socjalnych, przy którym była dość rozwinięta działalność na niwie kultury. Grając na trąbce zostałem członkiem kapeli ludowej. Z tą działalnością wiąże się pewien epizod, który przyniósł dodatkowe zainteresowanie i możliwość kolejnej pracy w moim życiu. Dzięki tej grze w kapeli zdobyłem funkcję korespondenta terenowego Ilustrowanego Kuriera Polskiego.

Reklama

Leszek Gołębiewski  
Pałuki nr 681 (9/2005)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości