Reklama

Posiadają wspaniałe okazy ptaków i innych zwierząt. Planowane i przypadkowe przygody hodowców zwierząt

Na początku ich syn kupił kurę i koguta. Potem kurza rodzina się rozrastała. Z czasem dołączyły drapieżne gatunki ptaków. W ten sposób powstała Amatorska Hodowla Drobiu Ozdobnego Kurza Hacjenda oraz działająca przy niej Fundacja Na Rzecz Ochrony Pałuckich Sów Uszatka. - Kupiliśmy kolejne książki, aby dowiedzieć się, jak zaopiekować się poszczególnymi rasami kur. Na szczęście wielu hodowców nam pomagało. Tak właśnie zaczęła się nasza przygoda - mówi Anna Smoter, mieszkanka Wenecji, która wraz z rodzinną całkowicie zaangażowała się w hodowlę ptaków i pomoc zwierzętom.

Angelika Uścińska: - Jak to się stało, że pani rodzina posiada tyle wspaniałych okazów ptaków i innych zwierząt?
Anna Smoter: - Na początku nie było nic, gdy tutaj się przeprowadziliśmy. Nasz syn Eryk odwiedzał sąsiadkę, która hodowała zwykłe gnioski. Gdy chodziliśmy do sklepu, to Eryk z uporem maniaka dokarmiał koguta. Cały czas się nim zachwycał. Kogut z chęcią podchodził do siatki, dostawał trawy. Kiedyś spotkałam się z panią sąsiadką i powiedziałam, że kogut skradł serce Eryka. Kobieta była zaskoczona, ponieważ ten kogut był bardzo nieprzyjazny. Wtedy nasz syn stwierdził, że chce kury. Próbowaliśmy mu z mężem tłumaczyć, że niedługo pójdzie do przedszkola i nie będzie miał czasu na opiekę, a do tego my chodzimy do pracy. W końcu posiadanie zwierzęcia to wielki obowiązek. Tylko ta mała mądrala miała odłożone swoje pieniążki, ponieważ uczyliśmy go z mężem, aby zawsze coś sobie zostawił na czarną godzinę. Stwierdził, że on kupi kury za swoje pieniądze. Wtedy pojechaliśmy do znajomego, który hodował kury ozdobne. Gdy młody wszedł do kurnika i zobaczył te piękne kurki, to dostrzegłam błysk w jego oczach. Powiedział, że dogadał się z tym panem i zapłaci za zwierzątka. W końcu mąż się zgodził, ponieważ uznał, że kilka kurek to nic wielkiego i na pewno sobie poradzimy. Tak też zrobiliśmy. Mąż sklepał taki kurniczek dla kurki i koguta. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moi rodzice. Dziadkowie stwierdzili, że kupią wnukowi na urodziny inkubator, skoro mamy parkę. Złapałam się za głowę, ponieważ nie mieliśmy zielonego pojęcia o wylęgu. Nasza wiedza sprowadzała się do konsumpcji kurczaka. Na szczęście rodzice troszkę nam podpowiedzieli, dużo czytaliśmy. Ten znajomy, który sprzedał nam pierwsze kurki, zadzwonił i opowiedział o wystawie kur ozdobnych w Łysinie pod Warszawą. Mąż stwierdził, że możemy sobie pojechać. Zabraliśmy również moją mamę. Od początku mówiliśmy Erykowi, że nie może kupować żadnych kur. Jednak, gdy zobaczyliśmy tę ogromną halę i wszystkie ptaki, to ja złapałam się za głowę, a mama za portfel. Byłam zaskoczona, ponieważ nie spodziewałam się, że może istnieć tyle niesamowitych ras, które charakteryzują się wyglądem oraz barwą. Nasz synek niczym prezes szedł sobie po tej wystawie aż w końcu powiedział, że podobają mu się dwie rasy i takie by chciał. Japońska rasa shoukoku. Próbowałam go przekonać, że przecież już ma parkę to po co więcej? Traf chciał, że wyłapała go pani prezes jednego ze stowarzyszeń i go zagadała, że może dołączyć do nich, dużo go nauczą. Zgodziliśmy się i wtedy nasz syn dostał legitymację najmłodszego hodowcy. Członkowie przywitali go i na start młody dostał kilka ras lęgowych kurek. Mieliśmy nic nie kupować, a wyszło tak, że wróciliśmy z trzema kartonami. Musieliśmy zbudować im kurniki. Potem pojawiały się kurczaczki, które Eryk tak bardzo pokochał.

 

Reklama
Eryk zdobył wiele nagród. Dużą rolę odegrali w tym rodzice, którzy zawsze go wspierali fot. Angelika Uscińska

 

- W jakich okolicznościach pojawiły się w hacjendzie inne gatunki ptaków?
- Pierwsza była Zosia - sowa. Ptaki drapieżne to pomysł mojego męża. Postanowił zrobić niespodziankę. Ugadał się z jakąś panią spod Szczecina, która posiada gospodarstwo edukacyjne. Hoduje także ptaki drapieżne. Gdy wrócił, zawołał mnie i mamę do wiatrołapu, gdzie była klatka z pięknym puchaczem, który wielkimi ślepiami na nas patrzył. Spojrzałyśmy na siebie z mamą i ona powiedziała do sowy: będziesz Zosia. Wpadliśmy z mężem po uszy w ten temat. W sumie moja mama również. Gdy tata jeszcze żył, to też się angażował. Chociaż na początku, był niezadowolony, że pojawiają się u nas kurki, a potem pierwszy leciał do kurnika. Na chwilę obecną mój mąż zagłębia się w temat sokolnictwa, czyli układanie ptaków do polowań. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że sokolnicy pracują również na lotniskach, gdzie odganiają dzikie ptaki. Jest to trudne, żeby ptaka w odpowiedni sposób ułożyć, ale potem taka praca daje dużo satysfakcji.

Reklama

 

Sowy w trakcie posiłku fot. Angelika Uścińska

 

- Ile gatunków ptaków państwo posiadacie?
- Trzeba zaznaczyć, że wszystkie sowy jakie ludzie posiadają w wolierach są ptakami hodowlanymi. Ze względu na to, że w Polsce wszystkie te ptaki są objęte ścisłą ochroną, to nie można iść do lasu i zabrać sówkę do domu. Dlatego założyliśmy fundację na rzecz ochrony pałuckich sów. Posiadamy nasze ptaki rodzime, czyli płomykówki. One są przepięknymi ptakami, które niejednokrotnie nam towarzyszą, a my sobie z tego nie zdajemy sprawy, że gdzieś za plecami mieszka sobie płomykówka. Z takich obcych mamy puchacza bengalskiego o imieniu Lolek. Oprócz tego jest jeszcze moja ulubienica Ola. To puszczyk jarzębaty. Ola jest rozkoszna, ponieważ, gdy do nich przychodzimy, to ona sobie gruczy. Gdy człowiek jej odpowie, to ona przyleci i zaczyna mielić włosy. Mamy jeszcze myszołowce rdzawoskrzydłe, zwane także myszołowcami towarzyskimi. Bardzo piękne ptaki, które są popularne w Wielkiej Brytanii. Są też układane do polowań. To para lęgowa, więc liczymy, że wkrótce pojawią się małe pisklaki. Jest jeszcze Diana, która jest hybrydą sokoła białozora i raroga. Przepiękne stworzenie! Z Dianą chodzimy sobie na loty. Bardzo fajne doświadczenie, kiedy mąż ją puszcza, a ona przylatuje do mnie, a potem z powrotem leci do męża. Satysfakcja z tego jest nieziemska. Posiadamy również papugi, bażanty, pawie oraz gołębie.

Reklama

- Czy musieli państwo opiekować się jakimś ptakiem szczególnie?
- Lolkiem. No, rozkosz, która przyjechała do nas i mieściła się w dłoniach. Trzeba było go karmić w nocy jak niemowlę. Kroiliśmy dla niego mysz albo kurczaczka na małe części, bo wtedy nie mógł jeszcze rozszarpać mięsa. Mieliśmy w sypialni transporter dla kota, a w nim matę grzewczą, bo ten ptaszek wymagał dogrzewania. Dla takiego pisklaka byliśmy jak rodzice. Musieliśmy co godzinę go karmić, więc trzeba było w nocy wstać, przynieść pokarm i do dziobu dawać. Potem ten mały się wycwanił i zaczął trybić godzinowo, więc gdy się nam przysnęło, to on dziobem pukał w transporter z informacją: matka wstawaj, bo jestem głodny! I tak na zmianę, raz ja wstawałam, a raz mąż. Codziennie trzeba było go ważyć i pilnować. Sowom tworzy się taka wypluwka, czyli to co jest jej niepotrzebne z żołądka, to ona wypluwa odruchem wymiotnym. To wygląda jak taka szyszka wysuszona. Natomiast dla takich małych sów ważne jest sprawdzanie czy wypluwki są prawidłowe. Potem zaczyna się etap nauki: siadania, przylatywania czy konsumowania na rękawicy. Ludzie myślą, że z sową jest tak jak z papugą, która również przyleci i usiądzie na ramieniu. To tak nie jest. Papugę uczymy inaczej i ptaka drapieżnego uczymy inaczej, ponieważ to on określa zasady, do których możemy się posunąć. Na szczęście z naszymi ptakami rozumiemy się bez słów i co ciekawe, one na serio nas poznają. Gdy do nich pójdziemy, to się cieszą. Słychać to po dźwiękach, które wydają. Jeżeli przychodzi ktoś obcy, to na przykład nasz Lolek od razu się nastroszy i syczy. On nie jest zadowolony, że ktoś go odwiedza. A już wara, gdy ktoś wejdzie do środka!

 

Reklama
Płomykówka zwyczajna fot. Angelika Uścińska

 

- W jaki sposób organizują sobie państwo dzień, aby zadbać o wszystkie ptaki?
- Ludzie często o to pytają, ale my powtarzamy, że grunt to dobra organizacja. Przebudowaliśmy kurniki, gdy Eryk zaczął odnosić sukcesy w hodowli. Niestety w kurnikach drewnianych nie jest łatwo utrzymać porządek. Dlatego wybraliśmy kurniki z tworzywa, ponieważ chcemy zapewnić czystość u naszych ptaków i mniej czasu przeznaczamy na sprzątanie. Generalne porządki w kurnikach robimy w sobotę. Na chwilę obecną sprzątanie zajmuje 4 godziny, a robione jest perfekcyjnie. W tygodniu myjemy poidła. Z karmikami nie ma takiego problemu, ponieważ mamy zasypowe. Po prostu musimy sprawdzać, czy na pewno mają jedzenie.

Reklama

- Jak wygląda przygotowanie pożywienia dla sów?
- Bywa tak, że ludzie są zszokowani, że te ptaki jedzą mięso. Karmimy je jedzeniem zamówionym w sklepach sokolniczych, czyli są to mrożone szczury, myszy czy kurczęta jednodniowe. Muszę je rozmrażać porcjami. Trzeba pamiętać, aby od czasu do czasu dietę urozmaicić poprzez witaminy. Gdy ptak się pierzy, to potrzebuje biotyny cynku. W późniejszym okresie także aminokwasów. Jeżeli te witaminy są w postaci proszku, to wystarczy zwilżyć pokarm i obsypać. To nie jest przyjemne i nie każdy przemoże się do tego, aby złapać szczura w rękę. Jakoś nigdy nie miałam z tym problemu, ponieważ nie boję się gryzoni. Jedyne zwierzęta, przed którymi czuję respekt i wolałabym ich nie spotykać na swojej drodze, to pająki.

 

Reklama
Lolek - puchacz bengalski fot. Angelika Uścińska

 

- W jaki sposób oswaja się ptaki drapieżne?
- Osoby, które chcą zacząć przygodę z ptakami drapieżnymi, powinny najpierw zdobyć wiedzę oraz uzyskać wszystkie wymagane pozwolenia. Jeżeli już decydujemy się na takiego ptaka, to najlepiej wziąć pisklaka od hodowcy, ponieważ ten proces socjalizacji z człowiekiem zaczyna się bardzo wcześnie. Wtedy mamy najlepszy moment na to, aby tego ptaka ze sobą oswoić. Trzeba pamiętać, że sowa jak i jastrząb wybiera sobie jedną osobę, do której ma ogromne zaufanie. Domowników również tolerują, ale preferują, żeby ta jedna do nich przychodziła i się nimi opiekowała. Człowiek musi wykazać rozsądek przy zakupie takiego zwierzęcia. Nie wybieramy go po to, aby wstawić do klatki i wyciągać go wtedy, gdy będzie nam potrzebny. Nie trzymam ptaków w domu, ponieważ to byłaby dla nich męczarnia, dlatego mają przygotowane piękne woliery, w których czują się komfortowo. Są częściowo zadaszone, żeby w razie upału mogły schować się w cieniu. Część jest odkryta, ponieważ te ptaki uwielbiają rozkładać skrzydła w deszczu. Uważam, że wszelkie zaufanie, jakie buduje się, wymaga od nas bacznej obserwacji zwierzęcia. To ono sygnalizuje nam na ile możemy się posunąć. Lolek uwielbia głaskanie po bródce, ale nie lubi po głowie. On dwa razy dał mi do zrozumienia, że nie chce, abym go tam głaskała poprzez odtrącenie mojej dłoni. Traktuję go jak małe dziecko, co może wydawać się śmieszne. Gdy do niego przychodzę, to tłumaczę mu co właśnie robię i dlaczego. Wiem, że on mi ufa. Zdarza się, że trzeba jechać z nimi do weterynarza. Nawet jeżeli Lolek obrazi się na 3-4 dni, bo zabrałam go do weterynarza, to potem przyleci do mnie.

Reklama

 

Diana, hybryda sokoła białozora i raroga fot. Angelika Uścińska

 

- Ile trwa budowanie więzi z ptakiem?
- To wszystko zależy indywidualnie od zwierzęcia, dlatego że jedne układają się łatwiej, inne znów trudniej. Często powtarzam, że każde zwierzę ma swój charakter, nawet jeżeli osobniki są z tego samego gatunku. Jeden nauczy się w kilka dni o co chodzi, a drugiemu można to tłumaczyć przez kilka tygodni. W pewnym momencie człowiek wątpi, czy to się w ogóle uda. W końcu jakoś przyleci i załapie o co chodzi. To jak z dziećmi w szkole. Jedno szybciej zrozumie temat, a drugie wolniej.

Reklama

- Czy startują państwo w konkursach ze swoimi ptakami drapieżnymi?
- W Polsce odbywają się pokazy sokolnicze. Najwięcej takich imprez organizuje się na południu Polski. Wynika to z tego, że sów jest najwięcej w Czechach i na Słowacji, więc tam istnieje możliwość kompletowania stad. W naszej części regionu nie są tak popularne. Naszym zamysłem, oprócz zajęć edukacyjnych, które odbywają się tutaj w Kurzej Hacjendzie, jest robienie pokazów. Mieliśmy zrobić pokaz w Biskupinie w zeszłym roku, ale pandemia nam to uniemożliwiła. Mogę tylko powiedzieć, że plany były rewelacyjne. Osiągnięcia ma nasz syn ze swoimi kurami ozdobnymi. Musieliśmy wszystkiego się nauczyć. Nie było łatwo wytłumaczyć 7-latkowi czym jest genetyka i co z czym mieszać, by wyszło to co chcemy. Cała odpowiedzialność spoczęła na nas. Powiem szczerze, że moi rodzice zawsze wspierali mnie w swoich zainteresowaniach, więc ja również wspieram syna w tym co robi, bo jestem pełna podziwu, ile ten dzieciak nauczył się z anatomii, fizjologii, jak prawidłowo rozwija się kurczak w jajku itd. Była sytuacja, że musieliśmy na szybko zrobić sekcję zwłok, gdyż nie było dostępnego naszego weterynarza. Jedyny, który mógłby nas przyjąć, to wujek z Gdańska, a ja nie chciałam jechać taki kawał drogi. Sekcja odbyła się online. Wuja mówił nam co mamy robić. Osiągnięcia to nie tylko medale czy puchary, których ma wiele, ale również wiedza. Jesteśmy z niego dumni!

 

Reklama
Całą rodzinę łączy ogromna miłość do zwierząt fot. Angelika Uścińska

 

- Dlaczego uważają państwo, że trzeba ludzi edukować?
- Uważamy, że trzeba ludzi edukować, jeśli chodzi o ptaki drapieżne, bo nie zdają sobie sprawy z tego, że bardzo dużo ptaków ginie z powodu ludzkiej bezmyślności. Mieliśmy przyjemność odkryć siedlisko puszczyków zwyczajnych. Okazało się, że jest mama i troje młodych. To przepiękny widok! Takie trzy małe puchowe kulki schowane na drzewie, które mama pilnuje. Obserwacje sów są bardzo fajne, ale trzeba pamiętać, aby nie robić tego zbyt nachalnie. Niestety pojawił się taki trend w portalach społecznościowych, że wszyscy jak zobaczą ptaszka, to biegną mu na pomoc. To nie tędy droga! Jeżeli widzimy ptaka w pysku kota, to jak najbardziej trzeba interweniować. Natomiast jeżeli widzimy podlota, bo tak nazywa się mała sówka, na ziemi, to nie musimy cudować przy pomocy. To jest tak jak z dzieckiem, które uczy się chodzić. Nikt obcy nam nie pomagał wstać, ale robiła to mama. U ptaków sytuacja jest podobna. Małe sowy wyglądają tylko nieporadnie. Gdy mama jest w pobliżu, to podlot ma możliwość wspięcia się po korze poprzez swoje ostre szpony. Matka go nawołuje, więc mały wie, gdzie powinien iść. Sytuacja jest inna, gdy ptak leży na słońcu, więc powinniśmy go przenieść na najbliższą gałąź. Wtedy wiemy, że mama go zauważy i się nim zaopiekuje. Ludzie przejmują się tym, że zostanie ludzki zapach, a przecież u ptaków to tak nie działa. Problemem są również koty domowe, ponieważ one atakują podloty, które są na ziemi.

Reklama

- Jakie jeszcze gatunki drapieżnych ptaków państwo chcieliby w swojej hodowli?
- Jeżeli chodzi o sowy, to gatunkiem, który mnie fascynuje i chciałabym mieć, to puszczyk uralski. To są przepiękne ptaki!

- Czy spotkali się państwo z krytyką na temat trzymania ptaków drapieżnych w klatce?
- Zdarzały się takie rzeczy. Zauważyłam, że zaczynamy wpadać w skrajności. Istnieje takie zjawisko jak bambinizm, które z jednej strony polega na kochaniu i ubóstwianiu wszystkich zwierząt, a z drugiej na braku zainteresowania czymkolwiek. Zdarzyło się, że ktoś wystartował do nas z pretensjami, że trzymamy sowy w klatkach, w których się męczą i cierpią. Niestety nie da się wytłumaczyć ludziom, że zwierzę, które rodzi się w niewoli, czyli od pierwszych chwil życia, ma kontakt z człowiekiem nie boi się ludzkiej dłoni. Problem polega nie na tym, że nie poradzi sobie na wolności, ponieważ nie zdobędzie pokarmu, ale w tym, że będzie lgnęło do ludzi. To niestety gubi zwierzę! Istnieją ośrodki rehabilitacji zwierząt, dzięki którym ptak będzie mógł wrócić na wolność. Jednak to może bardzo długo trwać. Oczywiście zwierzę może wrócić na wolność, co określa weterynarz. Trzeba zaznaczyć, że proces ponownego wprowadzania zwierzęcia w środowisko też długo trwa. To jest wykonalne, ale tylko przez profesjonalistów. Ludziom się wydaje, że jak znaleźli na przykład kawkę i trzymają ją przez dwa lata w domu, to potem mogą sobie ją po prostu wypuścić na wolność. To tak nie działa. I tutaj też kłania się brak edukacji!

 

Z kogutem Diablo fot. Angelika Uścińska

 

- Jakie sytuacje zapadły pani w głowie z ptakami w tej hacjendzie?
- Pamiętam, jak rozpadał się deszcz i Eryka nie było. Zastanawialiśmy się, gdzie on może być. Powiedziałam mężowi, żeby zobaczył, czy jest w kurniku. I tam go znalazł! Młody tylko zrzucił plecak i pobiegł od razu do kur. Niestety miał na sobie nowe spodnie. Mogliśmy cieszyć się tylko, że schronił się przed deszczem. Jednak nie mieliśmy mężem nigdy problemu z tym, że Eryk czasem się ubrudzi, bo to jednak kury. Eryk stał się dobrym obserwatorem. Była sytuacja, gdy przyszedł do mnie i powiedział, że chyba kura jest chora, ponieważ zauważył, że inne gdaczą. Faktycznie miał rację. Gdy dziecko wychowuje się ze zwierzęciem, to tej empatii uczy się od najmłodszych lat.

- Jakie państwo mają plany na przyszłość?
- Chcielibyśmy, aby wróciły nasze ulubione wystawy. Mamy kilka takich miejsc, gdzie co roku byliśmy. Na pewno nie chcielibyśmy poszerzać tego co mamy, ponieważ uważamy, że to nam wystarczy. Dopóki Eryk był malutki to chciał mieć wszystko, bo każda istotka była dla niego piękna i wyjątkowa. Teraz jest bardzo konkretny i wie na czym chce się skupić. Natomiast z mężem chcemy skupić się na rozwoju fundacji. W planach mamy wieszanie budek lęgowych, prowadzenie obserwacji i dokumentacji jakie sowy nam towarzyszą, a trochę ich jest. Chcielibyśmy się rozwijać w tym kierunku. Może uda się nam pójść na współpracę ze szkołami, bo uważamy, że takie zajęcia są dla dzieciaków bardzo ważne. Pragniemy uświadomić innym, że to my funkcjonujemy dzięki przyrodzie, a nie ona dzięki nam.

 

Z kogutem Napoleonem fot. Angelika Uścińska

 

- Dlaczego państwa podopieczni mają imiona ludzkie?
- Też zaczynam się zastanawiać, bo trudno jest mi odpowiedzieć. Te imiona zawsze wychodzą jakoś spontanicznie. Nasi podopieczni mają ludzkie imiona, ponieważ dla nas są jak członkowie rodziny. Dostrzegamy w nich wiele cech ludzkich. Takim przykładem może być kogut Napoleon. Eryk kupił sobie parę na targach rolnych u takiego sympatycznego pana Andrzeja. W domu stwierdziliśmy, że kogut będzie miał na imię Napoleon, a kura Marysieńka. Ta para doczekała się potomstwa. Jednak po jakimś czasie okazało się, że Napoleon ma raka. Weterynarz nie ukrywał, że dni koguta są policzone. To była jedna z najtrudniejszych chwil w naszej hacjendzie. Gdy Eryk przychodził do domu i w skrócie wołał do niego Napi, to kogut zawsze do niego przybiegł. W pewnym momencie nie miał na to siły. Leżał w kurniku, przytulony do Marysieńki. Bardzo cierpiał. Eryk poprosił mnie, żebyśmy pojechali do weterynarza, ponieważ nie mógł patrzeć na męki Napoleona. Postanowiłam kupić kolejnego koguta tej samej rasy. W pierwszej chwili myślałam, że Eryk będzie niezadowolony, ale na szczęście ucieszył się i nazwał drugiego koguta również Napoleon. Francuzi są bardzo wrażliwi przy nadawaniu imienia Napoleon zwierzakom, ale nie w przypadku kogutów. Kogut galijski jest takim niepisanym symbolem Francji, męstwa i odwagi.

- Co jest najtrudniejsze w takiej hodowli?
- Musimy zdać sobie sprawę, że to my przeżyjemy te zwierzęta, a nie one nas. Gdzieś z tyłu głowy człowiek ma tego świadomość. Może to zabrzmi śmiesznie, ale u nas, gdy ktoś umiera, nie mówię zdycha, bo jest jak członek rodziny. Pamiętam, jak Eryk miał takiego koguta, który od samego początku był taki trefny, kulawy. Jednak on był tak nauczony, że szedł za nami do sklepu jak pies. Któregoś dnia wracam z pracy i nie ma ani męża, ani syna. Z balkonu zauważyłam, że idą od strony pola. Eryk cały zapłakany. Okazało się, że nasza łamaga nie żyje. Wtedy Eryk miał 8 lat i śmierć koguta bardzo go zabolała, więc postanowiłam kupić mu nowego. Jednak on całkowicie chciał zrezygnować z hodowli. Potem się uspokoił i zmienił zdanie. Powiedziałam mu, że jako hodowca musi być przygotowany na takie sytuacje. Nigdy do niczego go nie zmuszaliśmy. Ale na przykład, gdy wykluwały się pisklęta od początku skazane na zagładę, ponieważ miały jakieś wady, to skracaliśmy im cierpienie. Eryk nie musiał na to patrzeć, ale coraz częściej o tym wspominał. Przyswajał myśl, że jako hodowca będzie musiał się z tym mierzyć. W końcu nauczył się podejmować odpowiednie decyzje. Hodowanie zwierząt nie jest takie kolorowe jak się innym wydaje.

 

W kurzej hacjendzie znalazły się także pawie fot. Angelika Uścińska

 

- Jakie były radosne chwile związane z hodowlą?
- Mogę opowiedzieć o naszym Lolku, który w niesamowicie szybko opanował otwieranie klatki. Do pełnego wypierzenia te pisklęta są w domu, ponieważ jesteśmy w stanie im zapewnić pełną opiekę. Mąż zrobił cudowną klatkę w pokoju, gdzie była taka lampa z wiatrakiem, ale to nie było włączone. W weekend budzę się o 5 albo 6 nad ranem i słyszę taki dziwny dźwięk, czyli łup i bęc. W pierwszej chwili pomyślałam o kocie, ale on jest za leniwy by takie rzeczy robić. Wtedy ustaliłam, że dobiega z pokoju, gdzie jest Lolek. W sumie miałam już odpuścić, ale zmusiłam się, żeby zobaczyć co się dzieje. Zastałam tam klatkę otwartą, małą sowę, która była przeszczęśliwa, ponieważ załapała, że jak dziobem uderzyła w to coś to się kręci, czyli przez ten cały czas podlatywała, uderzała dziobem w wiatrak. Wtedy lądowała i zachwycona patrzyła, jak się kręci. Kiedyś Lolek bawił się na sofie i nagle padł tam, gdzie stał. Po prostu zasnął. Małe sowy jeszcze śpią na brzuchu, więc jego nogi były tak śmiesznie wyciągnięte. Raz nawet usnął w misce. Zdarzyło się, że Eryk przyniósł kurę do domu, bo będzie z nią robił lekcje. Zawsze mówię, że zwierzaki dają ogrom szczęścia. Jednak osoby obce powinny uważać z drapieżnymi ptakami, bo to różnie bywa. Dlatego nigdy nie zakładam komuś rękawicy, by przyleciała do niego sowa, ponieważ nie jestem w stanie przewidzieć jej reakcji. Nasze ptaki przyczajone są do nas, dlatego nigdy nie ryzykuję.

- Jakie inne zwierzęta jeszcze państwo posiadają?
- Postanowiliśmy zrobić mojej ukochanej mamie niespodziankę i mąż wybrał pytona królewskiego. Gdy mama otworzyła szmaciany woreczek, to powiedziała: jaki ty śliczny jesteś. Tak właśnie znalazł się u nas Duduś. Jest jeszcze pyton królewski Supeł. Trzeba dodać, że to bardzo spokojny gatunek węża, aczkolwiek to specjaliści w ucieczkach z terrarium. Posiadamy również dwie agamy, gekona, akwarium z rybkami, papugi, w tym naszą kochaną Anetkę, bażanty, pawie oraz gołębie. Jeszcze muszę wspomnieć o królikach, kaczkach, kotku i psie. Także wesoło jest u nas!

Angelika Uścińska, 15 VII 2021

Zobacz także:

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości