Reklama

Najważniejsze jest słowo

Rozmowa z prof. Tadeuszem Malakiem, Kraków w lutym 2010 roku. O Żninie lat trzydziestych i czterdziestych, o pałuckim Soplicowie na gąsawskich Hubach, o przyjaźni ze Zbigniewem Herbertem, spotkaniach z papieżem Janem Pawłem II i pracy w Teatrze Rapsodycznym opowiada profesor Tadeusz Malak.

Tadeusz Malak w grudniu 2009 r. został Honorowym Obywatelem Żnina. Termin jego wizyty w Żninie i odbiór tytułu nie jest znany ze względu na stan zdrowia. fot. Remigiusz Konieczka

 

    Remigiusz Konieczka: - Na początku chciałbym, jeżeli można, pana przeegzaminować. Czy pamięta pan znaczenie takiego słowa jak np. „tresik”.
    Prof. Tadeusz Malak: - Nie tylko. Mimo lat, jakie minęły, ciągle pamiętam naszą gwarę wielkopolsko-pałucką. Wiem, co to jest „wymborek”, „tytka”, „ryczka”, czy „pyry”, wiem co to znaczy, kiedy jakiś „rojber sprawi sobie śrubę”...
    - Czy po tylu latach potrafiłby pan mówić gwarą pałucką?
    - Jeżeli będzie taka okazja... Mieliśmy w gimnazjum panią Glazerową. Uczyła nas geografii, ale kiedyś na lekcji kazała nam wypisywać znane zwroty gwarowe, takie jak „glazerki”. Każdy starał się coś ze znanych mu pojęć gwarowych przynieść, takich, które już dziś używane nie są, a które stanowią potężny zapas słownika tej oryginalnej naszej gwary, dziś już naukowo opracowanej.
    - Jak wyglądał Żnin lat 30. widziany oczami kilkuletniego chłopca? Jakie obrazy utkwiły panu w pamięci z tego okresu?
    - Pamiętam np. targi pałuckie, które odbywały się w okolicy cmentarza (dziś w tym miejscu jest cmentarz). Mój tatuś wystawiał tam również swoje wyroby: powozy, magle, koła... Był pogodny, słoneczny dzień. Kupiono mi cukierki. Byłem tam na pewno z mamą. Te cukierki były w szklanej rurce, miały specyficzny zapach, pewnie z użytego barwnika. Czasami odkrywam ten zapach. Z targów pozostała mi jeszcze w pamięci taka scena - nie wiem, dlaczego to pamiętam, bo mogłem mieć wtedy 4-5 lat. Przy stoisku z koszykami wiklinowymi stał człowiek i zachęcał, śpiewając: „Mam koszyki zgrabne, ładne i do tego tanie, a piękniejszej roboty nigdzie nie dostaniecie. Kupcie, kupcie, niech zarobię na kawałek chleba. Kto pracować chce uczciwie temu pomóc trzeba”. Dlaczego to pamiętam? Nie wiem. Może mama mi to śpiewała, a ja to zapamiętałem? Te cukierki, ten słoneczny dzień za płotem cmentarza. Tato prowadził nas na ten cmentarz w każdą niedzielę, przed obiadem, odwiedzaliśmy grób rodzinny. Tyle pamiętam. Wiele przetrwało w podświadomości, szczególnie w snach. 
    W 1939 i w 1940 roku nasza rodzina narażona była na to, że nas Niemcy wysiedlą. Wywieźli już pierwszy transport ze Żnina wcześniej i myśmy coś przeczuwali. Rodzice też się dowiadywali, że nas wywiozą. W tym strachu przed wysiedleniem kładliśmy się spać w jednym pokoju, aby być razem, gdy przyjdą. Jak zasypiałem, zaczynały się sny. Zza okna zaczęły wychodzić potwory. Chciały mnie porwać. Jakieś moce, których nie umiem zidentyfikować. A potem drzwi do kuchni od strony podwórza się otwierały. Stamtąd „oni” wychodzili i mnie wciągali do ciemnej otchłani. To były sny dziecka. Ale jak miałem 40 lat, jeszcze mi się to śniło. To przeżycie, wysiedlenie i strach musiały być bardzo głębokie. 

Reklama

     - A jak zapamiętał pan moment wywiezienia?

    - Myśleliśmy, że jak oni przyjdą, a nas nie będzie w domu, to się uratujemy. Udaliśmy się do sąsiada, aby się ukryć. Ale przyszli. Chodzili po okolicy, ściągnęli nas, bo wszystko wiedzieli. I do domu już nas nie wpuścili. Otworzyli tylko kuchnię. I pamiętam, że w kuchni, w garnku była cielęcina, którą mama przygotowała na obiad. Wzięliśmy walizkę i to było wszystko. Drugi obraz był taki: wzięli nas do szkoły na ulicy... to jest Szkolna ulica? Tam podłogi wyścielono słomą. Było tam już bardzo dużo wysiedlonych ludzi. Tam mieliśmy spać i czekać trzy dni na transport, który nas zabierze. Ludzi były setki. Pościągani z różnych miejsc. Zachorowałem. Z przerażenia dostałem żółtaczki. Jak nas wsadzili do pociągu, to umierałem. I byłbym pewno umarł, bo trzy dni jechaliśmy do Nowego Targu, ale rodzice dowiedzieli się, że to trzeba leczyć kawą z solą. Kawę mieliśmy, ale nie było ciepłej wody. Tato poszedł do kolejarza i prosił, żeby usączył mu gorącej wody z parowozu... I ja to świństwo musiałem pić. I piłem, bo inaczej najprawdopodobniej tutaj byśmy nie rozmawiali.

Reklama

   - A dokąd trafiliście w samym Nowym Targu?

    - Mam niemiecki dokument, bardzo zniszczony, pisany na maszynie, gdzie wypisany jest nakaz wyjazdu moich rodziców i mojego rodzeństwa: „Übernommen in der Lager.N.Targ. - Przyjęty do obozu Nowy Targ”. Najpierw trafiliśmy do jakiegoś baraku. Nowy Targ był zasypany śniegiem, jak Kraków dzisiaj. Pamiętam, jak mnie mama prowadziła za rączkę do jakiegoś domu u górali.
      - Czy będąc w Nowym Targu wiedzieliście, co się dzieje z domem w Żninie?
    - Jeszcze w Żninie ojciec schował radio, choć Niemcy nakazywali, aby je oddać. Razem z braćmi pochowali karabiny. W różnych miejscach. W piwnicach, w sztucznych drzwiach zrobionych w ścianie, w dołach, które kopali nocą na podwórzu. Doły przykryli deskami i zasypali ziemią. Ludzie nie spodziewali się tego, że wojna tak długo potrwa. Myśleli, że przyjdą Anglicy i zrobią porządek, a żninianie znów chwycą za broń, jak w 1919 roku. Ktoś jednak to wszystko podglądał i się wydało.    

Reklama

    Niemcy zorientowali się, że na podwórzu zakopane są zakazane przedmioty. Podobno lotnicy angielscy, którzy byli w Żninie przetrzymywani w niewoli, musieli przekopywać podwórze naszej posesji. Ktoś przesłał wiadomość do ojca. Wie pan, co znaczyło schować broń? Mój tato nie mógł być w Nowym Targu z nami. Wyjechał do Rzeszowa i tam się ukrywał. Mama była z nami przez całą wojnę, a tato się kamuflował.
    - Jak wyglądało wasze życie w Nowym Targu? Chodził pan do szkoły?
    - Chodziłem. Mam świadectwa z tej szkoły. Napisane jest na nim sehr gut, sehr gut [bardzo dobrze] od góry do dołu. I dopisane: nie przeszedł do następnej klasy. Wie pan dlaczego? Bo od szóstego roku życia chodziłem do szkoły, a Niemcy powiedzieli, że trzeba od siódmego.
    - Mimo ocen bardzo dobrych.
    - Na taki temat można by napisać książkę. My wszystko straciliśmy. Tam w Żninie byli na naszym miejscu okupanci. Prowadzili jakiś warsztat. Jakieś magazyny potem powstały... A jak się wojna skończyła, to natychmiast chcieliśmy wrócić do domu. Przyjechaliśmy w marcu przed Wielkanocą. Jeszcze trwała wojna.
    - Ojciec dotarł do was po przejściu frontu?
    - Uciekł do nas. Pracował jakiś czas w tartaku jako robotnik.
    - Jak matka radziła sobie z utrzymaniem was, trójki braci?
    - Tato nam przysyłał jakąś pomoc. Inaczej nie dałoby się. Była też pomoc ze strony stryja Juliana.
    - Jak wróciliście do Żnina, to co zostało z zakładu ojca? W jakim stanie była fabryka pana stryjów po drugiej stronie ulicy?
    - Fabryka stryjów była firmą działającą. Jak bracia Malak wrócili, to wszystko było na miejscu.  „BRACIA MALAK Fabryka Maszyn i Odlewnia Żeliwa”. A u nas, w naszym domu, na parterze zamieszkało zwycięskie wojsko. Po trzech dniach podróży powrotnej z wygnania, tato nas wziął, aby zobaczyć, co zostało z naszej posiadłości. Była piąta rano. Ja bardzo tęskniłem za domem. To było moje marzenie, aby tam wrócić. Ojciec wziął mojego młodszego brata i mnie za rączkę. Poszliśmy. Był świt. Podchodzimy. Patrzymy. Dom stoi. Podwórze zasypane śmieciami powojskowymi. Drzwi otwarte. Z klatki schodowej wychodzi niewielki, zgarbiony człowieczek, patrzy na nas, poznaje i mówi: O psiakrew. To wy żeśta te dupy uratowali, bo my myślelim, że już wos ni ma.

Tadeusz Malak - ur. w 1933 r. Aktor scen krakowskich: Teatru Rapsodycznego, Teatru STU, Teatru im. Juliusza Słowackiego i Starego Teatru. Od początku lat 90. jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym krakowskiej PWST. Był prorektorem tej uczelni (1996-1999), a w 2001 roku otrzymał tytuł profesora zwyczajnego. Wybrane role Tadeusza Malaka: Teatr Rapsodyczny - Tadeusz w Panu Tadeuszu, Tristan w Tristanie i Izoldzie, Gustaw-Konrad
w Dziadach; Stary Teatr - Walter Blunt w Królu Henryku IV, Narrator w Biesach, Ciekocki w Uciekła mi przepióreczka, Anzelm w Pierwszym dniu wolności, Hetman w Weselu, Kaminera w Procesie, Duch, a także Adolf w Dziadach, Ojciec, Geniusz, Maska w Wyzwoleniu, Filip Waschutz w Ja jestem Żyd z „Wesela”, Tardiveau w Słomkowym kapeluszu. Tadeusz Malak reżyserował m.in.: Powrót Pana Cogito, Jaskinię filozofów, Przyjaciele odchodzą, Wita Stwosza, Gdy rozum nie śpi, Ja jestem Żyd z „Wesela”, Tryptyk Stanisławowy, w Katedrze na Wawelu 4 września 2009, w 200. rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego. W 2009 roku został Honorowym Obywatelem Żnina.

Reklama

    - I ojciec próbował postawić zakład z powrotem na nogi?
    - Tak. Próbował odzyskać maszyny, które zostały rozkradzione. I odnalazł je, a potem zainstalował. Pomagaliśmy ojcu wyrównać podłogę, żeby maszyny mogły równo stać. Braliśmy kamienie i cegły i zalewaliśmy cementem. Był cały warsztat, piła taśmowa i heblarnia. To wszystko ojciec zainstalował sam, bo nie mógł zaangażować nikogo. Pewnego razu przyszli namawiać go, żeby wstąpił do spółdzielni. Ale ojciec odmówił. To oni odpowiedzieli, że skoro tak, to sobie pracuj. Oznaczało to, że tatuś nie mógł zatrudnić żadnego pracownika do pomocy. No więc ojciec pracował sam (trzeba też pamiętać, że przed wojną w fabryce powozów ojciec zatrudniał, tzn. dawał pracę, kilkunastu pracownikom, a u braci Malak było kilkudziesięciu).
    - Ale teraz wy pomagaliście ojcu?
    - Pomagaliśmy, ale my mieliśmy po 12, 14 lat, to co my mogliśmy udźwignąć? A trzeba było przygotować materiał na szprychy. Uciąć belkę z ogromnych bloków, które ojciec gdzieś kupił. Wpierw trzeba było uzyskać powierzchnię gładką po jednej stronie długiego odcinka drzewa. Żeby on płasko mógł przejść po płycie piły. To ojciec mówi: chodźcie chłopcy, pomożecie mi. Jeden weźmie z jednej strony. Drugi weźmie z drugiej strony. A ja stanę w środku i tak razem przejedziemy parę razy, to mi się ten kawałek drewna wyrówna na heblarce. I tak było. Tato był w środku. Ja tutaj, Heniu tutaj. I tak szszszszsz. W pewnej chwili ktoś z nas zachwiał się, nie wiem kto, i ręka mojego taty wpadła w obracający się z prędkością 3 tys. obrotów wał. Stracił prawą dłoń. Proszę sobie wyobrazić, jacy to zbrodniarze byli ci, którzy do tego doprowadzili i dopuścili. Dlaczego mój ojciec, fachowiec wielkiej klasy, nie mógł zaangażować kogoś i uczyć go tego zawodu. A potem to już był koniec naszego zakładu. Bez wściekłości nie mogę o tym mówić. I tak tylko człowiek nosi tę wiarę, że może ta sprawiedliwość gdzieś jest, ale gdzie? Leczenie trwało pół roku. Dr Tupikow kawałek małego palca jakoś pozlepiał. Reszty palców już nie było, dłoń-łopata została... Zawsze w moim domu, jak i w innych pałuckich rodzinach, był wielki szacunek dla rodziców. Myśmy całowali ojca i matkę w rękę i ja tatę całowałem w tę łopatę jak wyjeżdżałem.
    - W 1945 roku, zaraz po powrocie, rozpoczął pan naukę w gimnazjum.
    - W 1945 roku miałem dwanaście lat. Gdy wróciłem do Żnina, to był prawie koniec roku szkolnego. Po krótkim uczęszczaniu do podstawówki zgłosiłem się do gimnazjum i przyjęli mnie do pierwszej klasy.
    - To pan rozpoczął naukę w gimnazjum rok wcześniej?
    - Miałem 17 lat, gdy zdawałem maturę.
    - Kiedy odkrył pan w sobie talent recytatorski? Czy to był koniec wojny, czy lata nauki w gimnazjum?
    - Byłem uczniem młodym i odstawałem dojrzałością od kolegów i koleżanek. Jak trzeba było nauczyć się wierszyka, no to ja, będąc pilnym uczniem, starałem się go nauczyć. Był też Jasiu Gawroński, który mówił wiersze, gdy była akademijna potrzeba. Inni koledzy również. Ja nie czułem się specjalnie wyróżniony. Pamiętam, że mówiłem wiersz Puszkina pt. „Prorok” w języku rosyjskim, a Janusz Mnichowski [dziś ksiądz Janusz Mnichowski jest ojcem duchowym w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Bydgoskiej] ten sam wiersz powiedział po polsku. To było wynikiem nauki języka rosyjskiego, który dodatkowo prowadziła pani Piotrowiczowa. Nie za bardzo pamiętam te moje recytacje z czasów gimnazjum. Na pewno gdzieś mówiłem, ale bez specjalnej przesady. Czasami pomagał nam w przygotowaniu wiersza do recytacji nauczyciel fizyki i chemii, słynny „OM” [chodzi o Henryka Frąckowiaka, który uczył w LO chemii i fizyki w latach 1948-1950]. Dopiero w Poznaniu, w czasie studiów ekonomicznych, uciekałem częściej do recytacji i teatru studenckiego.

    - Skąd się wzięła ta ekonomia?
    - Nie dostałem się na studia do Wyższej Szkoły Handlowej w Sopocie. Byłem przez rok nauczycielem historii w moim gimnazjum w Żninie. Po roku zastanawiałem się, gdzie ja właściwie mogę pójść. Jest rok 1950/1951, trudny czas stalinowski. Gdzie mnie przyjmą z takim pochodzeniem klasowym? Ten mój biedny ojciec, który miał jedne portki, i matula, i my ich dzieci byliśmy „wrogami klasowymi”. Żaden robotnik nie pracował tak ciężko i tak uczciwie jak mój ojciec. Kiedy mój ojciec umarł w 1958 roku, przychodziły do domu depesze kondolencyjne. Listonosz składa mamie taką depeszę z wyrazami współczucia i mówi: „Pani Malakowa, ja mam w Australii brata, który tutaj był czeladnikiem, u pana Malaka przed wojną, a teraz jest fabrykantem powozów w Australii”. Jak myśmy wrócili po wojnie do Żnina, to jednym z pierwszych pism administracji fiskalnej był nakaz: opłacić podatek od wzbogacenia wojennego!
    - Jakiego wzbogacenia?
    - Takiego, że mój ojciec się przez wojnę wzbogacił. Na tym polega socjalizm. Komuna na tym polega. To, że został ten dom, to właśnie to zobowiązywało mojego ojca do zapłacenia wszystkiego, co jest zapisane na hipotece. Nie można się z tego było w żaden sposób wyzwolić. Podatek od wzbogacenia wojennego. Tak. Mam jeszcze te dokumenty. Ostatnią ratę niosłem do Urzędu Skarbowego w dniu pogrzebu taty.
    A teraz odpowiem na pytanie, dlaczego ja wybrałem się na ekonomię - bo nie mogłem się nigdzie dostać. Nie mogłem pójść na wybrane przez siebie studia, na przykład medyczne, humanistyczne, czy nawet techniczne. Na techniczne nie za bardzo chciałem, na medyczne też nie, bo nie miałem do tego smykałki. Więc szukałem wyjścia z sytuacji. Ktoś mi powiedział, że w Poznaniu jest Wyższa Szkoła Handlowa, że to jest takie półprywatne. Zgłosiłem się i jakimś cudem (nie wiem, może nie doszły do nich wszystkie dokumenty o moim pochodzeniu) wślizgnąłem się, ale dostałem się tam do grupy pedagogicznej. To znaczy, że wychowywano mnie na nauczyciela rachunkowości. Nawet nie wiedziałem, z czym to się je. Po ukończeniu gimnazjum tego się nie wie. Dlaczego więc chciałem pójść na studia? Zacząłem wkraczać w osiemnasty rok życia, a mój brat, 3 lata starszy, został zabrany do wojska. Ale w ramach walki klasowej takich jak on - synów kapitalistów i kułaków - brano do wojska i posyłano na trzy lata do kopalni węgla. I mój brat w kopalni Michałkowice na Śląsku spędził prawie trzy lata na dole. Co  mogłem zrobić? Wiem, że nic bym nie dał rady tam zrobić, więc uciekałem...
    Przyjeżdżałem z Krakowa. Byłem już w teatrze, 1957 rok. Przyjechałem z narzeczoną Krysią do Żnina, bo dachy na warsztatach trzeba było smołować. Ojciec mówił: „Synku może to uratujemy, może się uda”. Mam  zdjęcia, jak szczotką smołuję papę na dachu. Myśmy próbowali się ratować, ale się nie udało. Za dużo było zła po tamtej stronie. Za dużo niezrozumienia, niechęci, nienawiści.
    - Pomimo że nie miał pan pojęcia o rachunkowości, udało się panu ukończyć studia.
    - Ja się tam zająłem bardziej historią. Byłem u prof. Władysława Rusińskiego. Pochodził spod Żnina i już na drugim roku zaproponował mi asystenturę. Byłem jedynym asystentem tego profesora. Dostawałem 118 złotych. Robiłem dla niego badania, ponieważ dzięki profesorowi Synakowi trochę liznąłem łaciny, trzeba była pójść do archiwum i przeglądać księgi grodzkie pisane w języku łacińskim. Szesnasty, siedemnasty wiek. I tak szło powoli do przodu. Profesor zaczął we mnie wierzyć. A ja oczywiście mówiłem sobie: Boże mój, a jak to będzie dalej? Zostać badaczem archiwaliów? Ale zebrała się grupa studentów uczelni poznańskich, aby działać na polu artystycznym. I ja do nich dołączyłem. Tak zaczęły się moje przygody artystyczne. Powstał teatrzyk. Wyższa Szkoła Ekonomiczna miała taki wewnętrzny konkurs. Przygotowywały się do niego poszczególne grupy. A potem ta najlepsza grupa została zaproszona do auli uniwersyteckiej. I tam zacząłem się podobać. Startowałem również w Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim. I tam też odnosiłem sukcesy. Ja się w to wszystko włączyłem, również w teatr Kuźnica w Poznaniu. Zaczęliśmy grać wieczorami rapsodyczne spektakle, np. „Marię” Malczewskiego, „Krzyżaków”, takie rozmaite formy teatralne, amatorskie właściwie.
    Pojechałem do Krakowa na konkurs recytatorski. Tam przewodniczącym jury był Mieczysław Kotlarczyk, założyciel Teatru Rapsodycznego, w którym w czasie wojny grał Karol Wojtyła. Zaczęło się moje podwójne życie: ekonomia i teatr. Na tym konkursie recytatorskim on mi powiada: „Kim pan jest?”. Powiedziałem, że piszę doktorat w Poznaniu. „Jaki doktorat?” Powiedziałem o co chodzi i on na to: „Panie” - bo coś go być może zaintrygowało w moim głosie - „ja otwieram teatr”.
    - Długo pan się zastanawiał, żeby zostawić Poznań i ekonomię?
    - Kotlarczyk mi doradzał: „Co tam pan będzie robił? Ja pana biorę do mojego teatru. Oddali mi teatr i ja go ponownie otwieram”. Pomyślałem, to jakaś okazja. Odpowiedziałem, że mam rozpoczętą pracę doktorską i zobowiązania. Ale Kotlarczyk stwierdził, że zobowiązania mogę przerwać. Powiedział, że aktorzy mu poodchodzili, a jeden poszedł na księdza [chodziło o Karola Wojtyłę]: „A pan mi go bardzo przypomina”. Ja sobie z niczego nie zdawałem sprawy. O Teatrze Rapsodycznym dowiedziałem się dopiero od Kotlarczyka. Musiałem wrócić do Poznania, a za kilka dni dostałem wiadomość, z Krakowa. Mam przyjechać po odbiór nagrody. No to pojechałem. Startowałem w pionie amatorskim. Przyznają te nagrody i nagle okazuje się, że pierwsze miejsce w pionie aktorskim otrzymuje Tadeusz Malak. W pionie zawodowym dostałem!
    - Jaka była reakcja prof. Rusińskiego, gdy mu pan powiedział, że porzuca doktorat dla aktorstwa?
    - Seminarium doktoranckie. „Panie kolego, niech pan jeszcze zostanie, bo mam kilka spraw do pana” - mówi profesor. Byłem wtedy jego prawą ręką. On tak na mnie liczył. Ja mówię: „Panie profesorze, pan pozwoli, ja jeszcze mam sprawę do pana”. - „No proszę, niech pan mówi”. - „Panie profesorze, ja się nigdy nie chwaliłem, ale przez ostatnie lata zajmowałem się trochę amatorskim teatrem. Ostatnio nawet zdobyłem dyplom aktorski. Pojechałem do Krakowa i tam mi zaproponowano wstąpienie do teatru, który się otwiera. To jest  teatr słowa. I doszedłem do wniosku, że ja nie będę kontynuował tych studiów i chciałem panu profesorowi podziękować, jeżeli pan pozwoli”. On zrobił się biały. Długo nic nie mówił. - „Proszę pana. Ja czegoś podobnego się po panu nie spodziewałem. Ale nie będę stawiał panu przeszkód. Niech pan robi, jak pan uważa. Natomiast, odejście z tak poważnej pracy naukowej do te-a-tru” - w tym miejscu strasznie się skwasił - „jest kompromitacją”.
    W życiu różnie bywa. Raz jesteś na wozie, raz pod wozem. Czasami wracałem do tej rozmowy i zadawałem sobie pytanie: A nie trzeba było zostać u profesora Rusińskiego? Wszyscy moi koledzy, którzy pokończyli studia pierwszego stopnia w Poznaniu, mają już wille. Bogaci są jak cholera, a ja wszedłem na drogę eksperymentowania. I do dzisiejszego dnia to trwa.
    - Czy mógłby pan powiedzieć, co wyróżniało Teatr Rapsodyczny?
    - To był teatr, w którym głównym walorem było słowo jako środek przekazu. Natomiast programem było umiłowanie spraw najważniejszych. To znaczy piękna, prawdy, dobra, które wynikają z pozostawionej przez najwybitniejszych ludzi tradycji. Należy ją przekazywać, powtarzać i szkolić na tej tradycji młodzież. W tym jest zawarty cały program tego teatru. Wszystko zaczynało się od twórczości Słowackiego, Wyspiańskiego, poetów polskich i wielkiej literatury tj. Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Wyspiański. I to te rzeczy, które nie były pisane na scenę, bo i „Pan Tadeusz” i „Beniowski”, ale też „Dziady”. Najważniejszą rzeczą jest słowo, które stanowi podstawowy środek wyrazu. Nie znaczy to jednak, że stawał aktor na scenie i recytował.

Reklama

    - Czy z okresu gry w Teatrze Rapsodycznym mógłby pan wskazać rolę albo moment dla pana najważniejszy, przełomowy, który zaważył na dalszej karierze aktorskiej.
    - Tego było dużo, bo ja byłem głównym nosicielem zdań pierwszych. W „Królu-Duchu” byłem Narratorem/Poetą, który wprowadza w dzieje mityczne Polski. W „Panu Tadeuszu” byłem bohaterem tytułowym. W „Beniowskim” byłem też Poetą. W „Dziadach” Mickiewiczowskich byłem Konradem-Gustawem. W „Tristanie i Izoldzie” byłem Tristanem. Te główne zadania, które były realizowane w tym teatrze, powierzano mnie. Z takiego jakiegoś zaufania. Tak to było. I w ten sposób udało mi się przez sześć lat zostać.
    - A potem postanowił pan spróbować czegoś innego.
    - Tak, to prawda. Zaczęło mnie to interesować szerzej. Chodziło mi o większą inscenizację. Spróbowanie tego, jak się gra w dialogu bardziej realistycznym. Tamten typ teatru zaciążył bardzo na całej mojej przyszłości, bo pozostał szacunek dla słowa. Dla świata, wyobraźni. Że nie potrzeba tego robić jak Wajda. Z „Pana Tadeusza” bierze dialogi i inscenizuje. Kiedy grałem Pana Tadeusza, to wyobrażenia swoje przenosiłem do Gąsawy. Tam na Hubie, w domu mojej mamy, istniał taki właśnie folwark, zajazd, jak w Soplicowie. Dom, do którego Pan Tadeusz dojeżdżał. Była stodoła, obora, chlewy. Ogromna przestrzeń. Staw. Brama na  zawsze była otwarta.... I dla mnie, jak czytałem „Pana Tadeusza” i potem kiedy grałem, to zawsze sobie wyobrażałem, że to jest ten dom.
    - Na Hubach, czyli tam gdzie się wyjeżdża z Gąsawy na Szelejewo, po lewej stronie?
    - Tutaj na rogu jest pierwszy Maciejewski, brat mojej mamy - Ignacy, starszy brat. A na tej drugiej Hubie, jak się jedzie dalej w lewo i potem w prawo, to tutaj jest to gospodarstwo, o którym mówię.
    - Tam był pożar w ubiegłym roku. Byłem tam.
    - Tak, ale był pan w domu, który jest przed podworcem. A tutaj jest taki teren ogrodzony [Tadeusz Malak bierze kartkę, długopis i dokładnie rozrysowuje układ budynków], tu się tą drogą jedzie, tu jest staw, a tutaj jest teraz wybudowana willa. Tutaj się wjeżdża, tutaj jest stodoła...
    - A tu była chlewnia, która spłonęła.
    - Tutaj była dobudówka. Tam był piec, w którym wypiekano chleb. Duże bochenki, u babci.
    - I to było Soplicowo?
    - Tak. A ten ogród, proszę zwrócić uwagę, jakie to jest piękne, w tym ogrodzie były stare drzewa. I to wszystko jest w „Panu Tadeuszu”. To jest ten ogród opisany, w którym Zosia przez okno wbiega, Hrabia przychodzi i ją podgląda i tam są te kurki.
    Jest gdzieś we mnie powód do uszanowania wyobraźni odbiorcy. W normalnym teatrze przychodzi facet i udaje, że umiera. A im bardziej udaje, tym bardziej wydaje się przekonujący. Potem wstaje, kłania się i uśmiecha się, że jednak przeżył. Teatr w tym sensie mało mnie interesował. U Kotlarczyka zapadała kurtyna i nie było oklasków. U Osterwy też. Wyspiański nienawidził aktorów kłaniających się na scenie i oklasków. Takie udawania i robienie min. Aktorzy to uwielbiają. Liczą potem, ile czasu trwały brawa.
    - Jakie były początki Teatru Jednego Aktora?
    - Tutaj punktem wyjścia jest właściwie Teatr Rapsodyczny. Dlatego, że ja sam się przekonałem, że człowiek może podjąć się jakiegoś ważnego działania, licząc tylko na siebie. Po pierwsze, najważniejszą rzeczą według tego jest słowo. Nadawanie mu znaczenia i działanie przez słowo na wyobraźnię odbiorcy. Jeżeli odbiorca tę wyobraźnię posiada i jest chętny do rozwijania swojej wyobraźni, to się z tym zgodzi. I wtedy staje się partnerem mojego dialogu. Ja to zacząłem robić z jakiś takich prób manifestacji. Spodobała mi się poezja Federico Garcia Lorci, hiszpańskiego poety. Po hiszpańsku ładnie brzmiało. Po polsku wydawało mi się źle przetłumaczone. Zacząłem śledzić ten temat, jakby to przetłumaczyć lepiej, studiować i uczyć się po hiszpańsku. I wiedziałem, że po hiszpańsku to tak się mówi, a po polsku to brzmi ble-ble-ble. Więc starałem się tak przetłumaczyć, aby po polsku nie było tego ble-ble-ble. No i potem z nagraną na magnetofonie gitarą zbudowałem sobie taki hiszpański program. Później zrobiłem sobie „Małego Księcia”. Bardzo mnie interesował. Marzyłem, aby móc to opowiedzieć. No tak, ale obrazki są potrzebne. Poprosiłem koleżankę ze studiów plastycznych na ASP. Wzięła takie duże plansze i porysowała obrazki. Ja potem to wszystko sobie ułożyłem i zbudowałem scenografię. Postawiłem tablicę, na której rysowałem tego baranka, tę skrzynkę. Nauczyłem się sam ładnie rysować kredą na tablicy. A potem przedstawiałem. To jest Mały Książę, to jest to, to jest tamto, to jest taka planeta, to jest inna planeta. I te obrazki na wzór szkiców Saint-Exupéry’ego stanowiły moją scenografię. Tu krzesło sobie postawiłem, tam coś powiesiłem. Zawsze sobie przestrzeń planowałem, w której występowałem. Planowałem scenografię, która rosła i jak się kończyło przedstawienie i Mały Książę odlatuje, to powstaje cudowny świat. Występowałem z tym wiele razy.
    Teraz już nie występuję właściwie. Ludziom coraz bardziej brakuje wyobraźni. Ludzie w tej chwili czytają jedynie obrazki. Ciężko jest dotrzeć do takiego, co tylko obrazki w telewizji by chciał. On nic innego nie zrozumie. Nie wiem, może świat zmierza w tę stronę? Najprawdopodobniej tak. Tylko czy to dla świata dobre, to nie wiem.
    - Ale Teatr Jednego Aktora, to też przygoda z telewizją.
    - Telewizja dodatkowo realizowała formy jednoosobowe. Zrobiłem monolog z Różewicza. Zdobyłem na tym pierwszą nagrodę we Wrocławiu na festiwalu teatrów jednego aktora. Dawno już, ale to tam mi pamiętają do dzisiejszego dnia. A potem postanowiłem dać to do telewizji. Musiałem to zainscenizować. Postawić pokój. W tym pokoju ludzie. Patrzą w telewizor. Jakieś takie dyrdymałki musiałem robić. Ludzie nie wytrzymują dłużej niż 2-3 minuty słuchania tekstu. Stąd te obrazki.
    Czy w telewizji z okazji 11 listopada słyszał pan, żeby Holoubek, Zapasiewicz, czy Malak mówili jakiś wiersz patriotyczny? Nie ma czegoś takiego od zmiany w 1989 roku. Czyli te zmiany na dobre nie poszły. Ja miałem swój powód, żeby sprzeciwiać się systemowi, który nas deptał. I robiłem to. Ile razy człowiek recytując robił to jako protest. Wydawało mi się, że jak czasy się zmienią, to dopiero wtedy człowiek będzie miał szansę. Nieprawda. Nie ma. Są przemówienia prezydentów, polityków, działaczy i... reklamy.
       - A jak takie protesty wyglądały?
    - W 1981 roku zrobiłem „Pana Cogito” to w Starym Teatrze. Herbert wrócił z zagranicy. Był w kraju i dostałem od niego jego teksty z cyklu o Panu Cogito. Stanisław Radwan robił mi muzykę. Wystawialiśmy to całe lata. Taka poetycka forma. Siódemka najwybitniejszych aktorów. Tam był i Trela. Tam był i Stuhr. To był sukces Starego Teatru. Herbert przyjechał na premierę z żoną w marcu 1981 roku. Wtedy było trochę luzu. I potem nastąpił 13 grudnia. Stop. Nie wolno. Nie pozwalają. Próbujemy coś ruszyć po miesiącu, dwóch, a oni mówią: - „Nie ma mowy”. „Dlaczego?” - „No bo tam wyście umiejscowili taki wiersz Potęga smaku. O Leninowskich kurtkach zachciało wam się wyśmiewać”.

    - „No tak, ale to jest wiersz i to jest tylko przenośnia”. - „Wy mi tutaj takich rzeczy nie opowiadajcie”. I nie chcieli się zgodzić. - „Jak wykreślicie ten wiersz, to wam pozwolimy”. Jest spektakl. Dochodzimy do miejsca, w którym ten wiersz był przez nas interpretowany. Wszyscy aktorzy stają i jest 30 sekund kompletnej ciszy. Nie było większego wrażenia w tym spektaklu, bo ludzie się orientowali. Tak wtedy było.
    „Żyd z Wesela” to jest jeden z najdoskonalszych spektakli granych w tej chwili w Krakowie. Tylko, że grany bardzo rzadko. Nie wiem. Ci szefowie Teatru Narodowego wystawiają wszystko, co się łączy z rozporkiem, z kopulacją i nic na to nie można poradzić. Oni dostają od państwa, z narodowego budżetu, pieniądze na eksperymentowanie. Zamiast poświęcić je na sprawy artystyczne, które ważne są dla wyższych celów, dla ducha narodu.
    - Jak poznał pan Herberta?
    - Poznałem go, jak już byłem aktorem w Teatrze Rapsodycznym, a potem zacząłem zajmować się reżyserią. Chciałem zrobić i połączyć jeszcze z czymś utwór Herberta „Drugi pokój”. Problem mieszkaniowy, para młodych ludzi oczekuje na śmierć starej kobiety. Dwuosobowa sztuka. Zgłosiłem to do dyrektora. Było to trochę krótkie, więc dołączyłem jakąś adaptację według Stanisława Kowalewskiego. Zrobiłem z tego spektakl, na który zaprosiłem Herberta, ale był wtedy w sanatorium. Przyjechał jakiś miesiąc później, kiedy graliśmy sztukę i przyszedł po spektaklu. Nic na jego temat nie mówił. Trzeba się było powitać, to do dyrektora Kotlarczyka poszliśmy, a potem on zaproponował, że może moglibyśmy pójść gdzieś razem. Poszliśmy do jakiejś knajpy. Napiliśmy się i tak rozmawialiśmy co on, co ja. On, starszy ode mnie, był bardzo sympatyczny. Zaproponowałem, aby mi przysłał tekst „Rekonstrukcje poety”. Przysłał. Ja mu odpisałem i tak się to zaczęło. Pewnego dnia przyjeżdża.    

Reklama

    Spotykaliśmy się, przeszliśmy na ty. I tak stopniowo ta przyjaźń się rozwijała. Ja jego utwory od początku wysoko ceniłem. Potem nastąpiła coraz  trwalsza korespondencja. I odwiedziny. Jak byłem z teatrem w Warszawie, to go odwiedzałem. Przesiadywałem tam niekiedy nieostrożnie nawet cały dzień. Ale nie wyrzucał mnie za drzwi. Lubiliśmy się. To trwało od 1959 roku do 1998.
    - Teatr Jednego Aktora, to też osoba Karola Wojtyły Jana Pawła II. Jednego aktora w sensie takim, że mając aktorskie korzenie sam potrafił skupić uwagę milionów. Jak wyglądały pana kontakty z Janem Pawłem II. Widziałem zdjęcie, na którym jest pan u papieża z Jerzym Stuhrem.
    - Karol Wojtyła był aktorem Teatru Rapsodycznego w czasie wojny. Tylko. Jeszcze w czasie wojny zmienił swoją drogę. Był kibicem tego teatru, ale głównie studiował już teologię. Pilnował swoich kontaktów. To byli przecież koledzy i koleżanki. On tak jakoś czuwał. Miał szczególną bliskość do kolegów z pierwszego teatru, z którymi pracował na scenie, do Danuty Michałowskiej, czy Haliny Kwiatkowskiej. Kontakt wzmocnił się po 1978 roku. One wiele razy do niego jeździły do Watykanu.
      Karol Wojtyła nie angażował się, ale jak trzeba było, to pisał recenzje. Są wydrukowane m.in. w tej książce, którą zawiozłem Ojcu Świętemu - Mieczysław Kotlarczyk i Karol Wojtyła „O Teatrze Rapsodycznym”. Wydaliśmy ją w tysiącu, czy dwóch tysiącach egzemplarzy. I po wydaniu książki, zawieźliśmy ją Ojcu Świętemu do Watykanu. Był rok 2003. Zostaliśmy zaproszeni na niedzielną mszę świętą. Poszliśmy do kaplicy Ojca Świętego, w której zawsze kilka zaproszonych osób również się modliło. Czytaliśmy czytania. Potem daliśmy mu książkę, specjalnie na tę okazję oprawioną w skórę. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że osobiście ją odebrał. Myśleliśmy, że na tym zakończy się nasz kontakt z papieżem. A on żegna się z nami i mówi: - „No to się jeszcze zobaczymy”. Podszedł bp Dziwisz po naszym wyjściu i mówi: - „O pierwszej u Spiżowej Bramy. Na obiad przyjdźcie. Ojciec Święty zaprasza”. To dla nas było wydarzenie niebywałe. On miał na głowie cały świat, szkoda każdej chwili,  a on nas tak długo trzymał.
    Teraz na cześć Słowackiego, 4 września ubiegłego roku na Wawelu, robiłem duży spektakl. Fantastyczny. Nie dotarło pewno do Żnina? To było coś niezwykłego. Dwa razy to robiliśmy. To było oratorium: Wyspiański, Słowacki, Wojtyła. Prezentowałem Wojtyłowy tekst „Stanisław”. Danuta Michałowska po koncercie mówi do mnie: - „Słuchaj, jak zacząłeś mówić ten tekst, to pomyślałam, że gdzieś to Karol nagrał i Tadziu puścił to nagranie”.
    - Jak pan odebrał informację o nadaniu tytułu Honorowego Obywatela Żnina?
    - To wyróżnienie i zaszczyt. Z godnością, szacunkiem, z wdzięcznością przyjmuję to, jakkolwiek na pewno jest wiele osób, które bardziej zasługują na to wyróżnienie, bo one całe życie dla Żnina pracowały bezpośrednio na miejscu.
    - Kiedy wybiera się pan do Żnina?
    - Latem. Jak będzie ciepło. Jak będzie zdrowie. Jak znajdę sposób na dojazd z Krakowa do Żnina.
    - Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w Żninie.

z Tadeuszem Malakiem
rozmawiał
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 960 (27/2010)

Reklama

 

Zobacz także:



S2UFLADA

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/06/2024 11:35
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości