Reklama

Oskarżony czuje się zagrożony

Oskarżeni rodzice Wiktorii Sebastian Sz. i Joanna M. nie przyznają się do popełnienia zarzucanych im czynów. Oboje skorzystali z prawa do odmowy składania zeznań. Sebastian Sz. jedynie zgodził się odpowiadać na pytania. Oskarżony domagał się utajnienia procesu, gdyż czuje się zagrożony ze strony współwięźniów z powodu czynu, który mu się przypisuje.

„S... z tym aparatem frajerze” - krzyczał do reportera „Pałuk” Sebastian Sz. doprowadzany na rozprawę przez policjantów
        fot. Arkadiusz Majszak

     Przed tygodniem pisaliśmy, że w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy rozpoczął się proces oskarżonych rodziców dwuletniej Wiktorii Sebastiana Sz. i Joanny M. Dziecko na skutek znęcania się nad nim zmarło w styczniu. Miało wtedy prawie dwa lata. Przypomnijmy, że Sebastian Sz. oskarżony jest o znęcanie się nad córką, co spowodowało jej śmierć, a Joanna M. o narażenie dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.
     OBAWY OSKARŻONEGO
     Proces rozpoczął się w ubiegłą środę. Rozprawy odbyły się również w czwartek i piątek. Przewodniczącym składu orzekającego jest sędzia Andrzej Rumiński, oskarżycielem prokurator ze żnińskiej prokuratury Anna Balcerzak.
     Oskarżony został doprowadzony na salę sądową z Zakładu Karnego w Potulicach przez policjantów. Jego obrońcą jest Marek Sałacki. Na rozprawach stawiła się też Joanna M., której broni adwokat Justyna Komowska. Mecenas Jan Balon występuje w procesie w charakterze kuratora i oskarżyciela posiłkowego.
Sebastian Sz. w pierwszym dniu procesu wnioskował o wyłączenie jawności sprawy. Uzasadniając wniosek wspomniał, że w zakładzie karnym, w którym odbywa areszt tymczasowy, odczuwa niebezpieczeństwo dla swojego życia i zdrowia. Podkreślał, że w więzieniu są wspólne posiłki i jest mu ciężko ze względu na czyn, jaki jest mu zarzucany. Do tej pory nie było żadnych incydentów ze strony współwięźniów, ale czuje się przez nich zagrożony.
     Obrońca Joanny M. również wnioskowała o wyłączenie jawności sprawy dla dobra oskarżonej, ponieważ krążą nowe plotki na jej temat i organizowane są demonstracje w pobliżu miejsca jej zamieszkania, które szykanują oskarżoną i członków jej rodziny.
     Sąd nie uwzględnił wniosków o wyłączenie jawności sprawy. Poza tym zakazał utrwalania przebiegu procesu przez kamery. Wnioskowała o to pani prokurator uzasadniając, że mogłoby to negatywnie wpływać na swobodę wypowiedzi. 
     REANIMACJA
     Sebastian Sz. nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu w akcie oskarżenia czynu i odmówił składania wyjaśnień. Zgodził się odpowiadać na pytania.
     Z jego odpowiedzi na pytania stron wynika, że Wiktoria tak jak chodziła w tym dniu (kiedy zmarła), tak też poszła spać. Nie była ubierana w piżamę. Zdaniem ojca, w dniu, w którym zmarła, miała siniaki na główce, rączce i nóżce. Była bardzo ruchliwym dzieckiem. Bawiła się różnymi zabawkami i często uderzała się w głowę o szafę. Sebastian Sz. wspominał, że były takie sytuacje, kiedy Wiktoria szła spać bez siniaka, a budziła się z siniakiem.
     Kilka godzin przed śmiercią dziewczynki Joanna M. poszła do lekarza. Wówczas córeczka została z ojcem. Oskarżony relacjonował, że kiedy konkubina była u lekarza, on brał dziecko na ręce, dotykał jej brzucha.
     - Jak ją brałem na ręce, to ona pokazywała w kierunku brzucha, że coś ją boli. Ten brzuch nie był siny. Był wzdęty i twardy - zeznał Sebastian Sz. Dziecko nie chciało zasnąć, więc wziął ją na swój tapczan. Dziewczynka marudziła, była niespokojna, ale - jak mówi oskarżony - nie płakała. Kiedy Joanna wróciła do domu z wizyty u lekarza, dała dziecku herbatkę. Wiktoria zwymiotowała i pokazywała, że boli ją brzuszek. Sebastian Sz. wyjaśnił, że masował brzuszek córeczki, żeby ból jej minął. Później Joanna wzięła dziecko. Razem zasnęły. Sebastian Sz. spał na swoim tapczanie. W nocy został obudzony przez Joannę, która krzyczała, że córka nie oddycha. Jak zeznał, położył dziecko na tapczanie i reanimował, jak potrafił. Podkreślił, że nigdy wcześniej nie reanimował człowieka.
     - Robiłem sztuczne oddychanie, wdmuchiwałem powietrze z moich ust do jej ust. Rękami uciskałem klatkę piersiową oraz brzuch - opowiadał ojciec. Joanna w tym czasie - jak zeznał - pobiegła do sąsiadki, żeby dzwonić na pogotowie. Rodzice mówili dyspozytorce, że dziecko nie oddycha, a według oskarżonego pani z pogotowia kazała im podać dane. Z relacji ojca wynika, że karetka dotarła po 15 minutach. Z dzieckiem pojechała tylko matka, ponieważ w karetce nie było więcej miejsca. Pół godziny później Sebastian Sz. otrzymał od Joanny M. telefon z informacją, że córeczka zmarła. Po telefonie od konkubiny, że dziecko nie żyje, był w szoku.
     DAWAŁA BUZI
     Oskarżony wyjaśniał, że zajmował się córką. Przebierał dziecko, karmił i kąpał. Zaznaczył, że nie stosował wobec Wiktorii siły. Wspominał, że kiedy córeczka była mniejsza, to kiedy Joanna M. myła dziecko i trzymała za brzuszek, to zostało na nim 5 śladów po palcach. W jego opinii zdarzało się, że dziewczynka miała siniaki na powiekach i okolicach uszu. Poza tym Wiktoria straciła ząb, gdy chodziła w chodziku.
     - Ja z tym nie mam nic wspólnego - zaznaczył Sebastian Sz. I dodał, że musiało to stać się w mieszkaniu pani M. W mieszkaniu, w którym nigdy nie był.
     Mówił również, że nie stosował przemocy wobec Joanny M. Nie pamięta, żeby uderzył ją w twarz przy jej matce. Przepraszał ją, kiedy się pokłócili. Prosił, żeby wróciła.
     Sebastian Sz. dodał, że nigdy nie mówił Joannie M., że nie potrafi panować nad swoim zachowaniem.
Część zeznań Sebastian Sz. poświęcił również swoim relacjom z córką. Jak mówił, Wiktoria przychodziła do niego, przytulała się, dawała buzi i wołała do niego tato chodź. Mówił też o stanie zdrowia dziecka. Twierdził, że ogólnie córka nie chorowała, jedynie była podatna na przeziębienia.
     - Joanna mówiła, że posiadamy papiery na to, że córka ma skazę krwotoczną. Ja tego nigdy nie twierdziłem. To twierdziła Joanna - zeznał Sebastian Sz.
     W opinii oskarżonego, podczas kontroli doktor J. mówiła, że z dzieckiem wszystko jest w porządku. Wyjaśniał, że córka jeszcze nie mówiła, była za mała, by zapytać co i jak ją boli. Nigdy nie widział, by Joanna M. uderzyła córkę. Przyznał, że jak dziecko było niegrzeczne, to krzyknął na nią, żeby się uspokoiła.
     - Dostała klapsa w tyłek i to wszystko - wyznał Sebastian Sz. Podkreślił, że dziecko miało skierowanie do hematologa. Na wizytę do hematologa mieli jechać do Warszawy po ukończeniu trzeciego roku życia przez Wiktorię.
     Joanna M. również nie przyznała się do popełnienia zarzucanego jej czynu. Odmówiła składania wyjaśnień i nie chciała odpowiadać na pytania sądu.
     Wśród świadków, których przesłuchał sąd, znaleźli się m.in. członkowie rodzin oskarżonych, lekarze i pracownicy socjalni.
     SINIAKI I URAZ UCHA
     Lekarz Elżbieta H. pamięta, że Joanna M. zgłosiła się do niej na wizytę z Wiktorią, kiedy dziewczynka miała 9 miesięcy.
     Dziecko było przeziębione. Według Elżbiety H., dziewczynka była dzieckiem niespokojnym i bardzo żywym. Na ciele dziecka zauważyła siniaki. Na twarzy było ich 2-3. Były nieduże i niezbyt świeże. Widziała też małą rankę ucha. Zaniepokoiło ją to, ponieważ była świadkiem w poprzedniej sprawie (kiedy sąd skazał Sebastiana Sz. za znęcanie się nad dzieckiem z poprzedniego związku). Skierowała więc dziecko na badania do szpitala w Żninie. - Z powodu siniaków i urazu ucha dr Z. podejrzewał zespół dziecka maltretowanego - wyjaśniła Elżbieta H.
     Ze żnińskiego szpitala dziewczynka trafiła na obserwację do szpitala w Bydgoszczy. Lekarz Elżbieta H. dodała, że latem 2010 r. matka przyszła z dzieckiem do szczepienia i wówczas wszystko było w porządku.
     PODEJRZENIE SKAZY OSOCZOWEJ
     Danuta J., inny lekarz, do którego Joanna M. przychodziła na wizyty z Wiktorią, zwróciła uwagę, że dziecko było żywe, ruchliwe, czyste, zadbane i w dobrym stanie. Stwierdziła u dziewczynki znaczną niedokrwistość i alergię. Zaznaczyła, że nawet podczas badań na stoliku trzeba było uważać, żeby dziecko nie spadło.
     - Nie widziałam u tego dziecka dużych zasinień, urazów - zeznała Danuta J. Relacjonowała, że w jednym z badań krwi był nieprawidłowy wskaźnik układu krzepnięcia. Badanie zostało przeprowadzone, ponieważ matka wielokrotnie powtarzała, że dziecko łatwo się siniaczy. Danuta J. wystawiła więc skierowanie do poradni hematologicznej. Hematolog skierował dziewczynkę na dalsze badania do Warszawy z podejrzeniem skazy osoczowej z powodu łatwego siniaczenia i przedłużonych krwawień po ukłuciach. 
     Danuta J. dodała, że podejrzenie znęcania się nad dzieckiem w 2009 r., kiedy trafiło do szpitala w Bydgoszczy, nie znalazło potwierdzenia.
     Zeznający w tej sprawie pracownicy socjalni widzieli, że dziewczynka ma zasinienia w okolicach oka, policzka i skroni. Rodzice pytani przez nich o siniaki mówili, że w związku z kruchością żył powstają takie zasinienia. Wyjaśniali również pracownikom socjalnym, że dziecko często się potyka i upada.
     AWANTURY
     Katarzyna B., siostra oskarżonego, wyjaśniła, że nie widziała nic podejrzanego. Miała kontakt z rodzicami Wiktorii od chwili jej narodzin. Przyznała, że raz Wiktoria uderzyła się grzechotką i miała siniaka na policzku. Nie widziała również, aby brat stosował przemoc wobec Joanny M.
     Maria M., ciotka oskarżonej, nigdy nie widziała u dziecka obrażeń ciała. Od matki Joanny M. słyszała, że oskarżona uciekła do siostry oskarżonego, kiedy Sebastian Sz. przyszedł pijany i się awanturował. Dowiedziała się również od matki Joanny M. po świętach Bożego Narodzenia 2010 r., że była u niej córka z wnuczką.
     Matka Joanny widziała wówczas u Wiktorii zasiniaczone oko. Mówiła, że Joanna była z dzieckiem u okulisty i że nic złego się nie stało.
     - Siostra pytała Joannę, co się stało, a ona mówiła, że dziecko się uderzyło. Koleżanka z pracy opowiadała też mi, że Joanna szła z Wiktorią w wózku, a obok nich szedł oskarżony i szarpał Joannę i się awanturował. Mówiła tylko, że szarpał Joannę. O dziecku nic nie mówiła - zeznała Maria M.
Rodzice Joanny M. skorzystali z prawa do odmowy składania zeznań.
     BIEGLI NA URLOPIE
     W miniony piątek sędzia zaplanował przesłuchanie siedmiorga biegłych. W sądzie stawiła się tylko jedna biegła, która miała wyjaśnić, czy w płynie pozostawionym w  butelce ze smoczkiem Wiktorii znajdowały się środki chemiczne. W opinii biegłej, w zabezpieczonych butelkach nie stwierdzono obecności środków odurzających i psychotropowych oraz śladów alkoholu metylowego.
     Pozostali biegli przebywają na urlopie. W tej sytuacji sędzia przerwał rozprawę i wyznaczył termin kolejnego posiedzenia na 23 września. Zamierza wtedy przesłuchać pozostałych biegłych i świadków, którzy nie mogli stawić się w wyznaczonym terminie.

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1020 (35/2011)

Reklama

 

 

Inne teksty na ten temat:

Łzy Sebastiana Sz.

11 lat więzienia dla Sebastiana Sz.

Nie choroba genetyczna, lecz pobicie

Wiktoria została pobita

Opinia gotowa, ale bez podpisu

Sprawa wysoce medyczna

Biegła z Poznania: dziewczynka mogła chorować

Ojciec Wiktorii na wolności

Nadal brak opinii w sprawie śmierci Wiktorii

Dziecko mogła zarazić matka

Zeznawali lekarze

Jelito samo nie pęka

Dłuższa przerwa

Kolejni biegli pytani o opinię

Związek między dolegliwościami matki i dziecka

Zeznawali lekarze, nie ma wyroku

Reklama

Obrona wzywa na świadka doktora Z.

Ojciec Wiktorii nie przyznaje się do winy

Skaza krwotoczna wykluczona

Sebastian Sz. nie przyznaje się

Matce Wiktorii postawiono zarzut

Zarzuty tylko wobec Sebastiana Sz.

Wiktoria zmarła w wyniku pobicia

Prokurator generalny sprawdza

Wiktoria a świat dorosłych

Oskarżony o śmiertelne pobicie córeczki

Sebastian Sz. w areszcie śledczym

Wyrok utrzymany

 

Podobne teksty:

Tragedia dziecka

(Ad)Opcja rodziny zastępczej

Babcia czeka na decyzję sądu

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości