Andrzej Wybrański: - Komitet Obywatelski przygotowywał ludzi do komisji wyborczych. Chodziło o to, aby nasi przedstawiciele byli członkami komisji. Musieliśmy dopilnować, aby tak się stało. To była potężna operacja. Zdzisław Małecki: - Nie wszyscy spodziewali się sukcesu opozycji, a nawet jeśli, to było przewidziane, że partia będzie dalej rządzić, a opozycja będzie w opozycji. Liczyliśmy na to, że będzie można wyprowadzić kraj z zapaści gospodarczej, ale bez zmiany układu sił politycznych.
Pierwsze zebranie Komitetu Obywatelskiego w Żninie odbyło się w 27 lutego 1989 roku, a więc jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu w Warszawie.
LUDZIE KO
Było na nim 18 osób, które reprezentowały różne zakłady pracy. Jako pierwszy na listę obecności wpisał się Jerzy Buczkowski z Muzeum Archeologicznego w Biskupinie. Dalej swe podpisy złożyli: Wiesław Ćwiąkała z ZOZ Żnin, Stanisław Popkowski z Cukrowni, Andrzej Wybrański z LO w Żninie, Salomea Glaser z Liceum Ekonomicznego w Żninie, Bogdan Rewers i Wiesław Drabik ze Spomaszu, Wiesław Cholewiński z GS w Janowcu, Kazimierz Stachowiak z TPTTCh Cerekwica, Stanisław Przyjazny z PGR Żnin, Karol Stawniak z Zespołu Szkół Zawodowych, Krystyna Krzemińska z ZEC Żnin, Stefan Pilarski z PGR w Żninie, Stanisław Lewandowski z ZR w Cerekwicy i Halina Malinowska ze żnińskiej Spółdzielni Inwalidów. Nie zachował się protokół z tego zebrania. Od początku istnienia przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego w Żninie był Andrzej Wybrańskim jako osoba mająca kontakt z Lechem Wałęsą i jego najbliższym otoczeniem. - W Bydgoszczy spotykaliśmy się na długo zanim odbyło się pierwsze spotkanie w Żninie. Kiedy ustaliliśmy, że niezbędne są struktury, rozpoczęliśmy działania do stworzenia komitetów w terenie - mówi Andrzej Wybrański. - W Żninie najpierw rozmawiałem z osobami, z którymi byłem blisko związany podczas tworzenia i działania „Solidarności” na początku lat 80. Przeprowadziłem sondaż, czy zachowali potrzebę i czy chcieliby włączyć się do pracy w nowej organizacji. Najpierw rozmawiałem z najbliższymi współpracownikami. Zresztą działania podjęte były dwukierunkowo. Po pierwsze - zajęliśmy się reaktywowaniem „Solidarności”, a po drugie - tworzeniem komitetu obywatelskiego. Ludzie widzieli, że dochodzi do zmian, że władza ustępuje. Ludzie byli gotowi, by działać, pomagać i dokonać transformacji. To był taki czas, kiedy było wiadomo, że władza chce porozumienia. Nie od razu wiedzieliśmy, w jakim kierunku to pójdzie, ale osoby, do których się zgłaszałem, wyrażały gotowość współpracy. Z pierwszych zebrań Komitetu Obywatelskiego zachowały się jedynie listy obecności. Kolejne zebranie miało miejsce 13 marca 1989 roku i zjawiło się na nim 25 osób. Pojawiły się nowe nazwiska: Remigiusz Ostrowski, Bernard Marosz, Aleksander Kmiećkowiak, Halina Walendzik, Andrzej Bauza, Stefan Niewiadomski, Helena Kosińska, Bogdan Zieliński, Łukasz Ciemnoczołowski, Aniela Nowakowska, Maria Jarmuż. Nie wszystkie podpisy na protokole są czytelne. Na zebraniu KO 24 kwietnia 1989 roku było już 31 działaczy.
Na mocy porozumień okrągłostołowych między stroną rządową, skupiającą w większości członków Polskiej Zjednoczonej Partii Politycznej, a opozycją skupioną wokół Lecha Wałęsy, 4 czerwca 1989 roku miało dojść do półwolnych wyborów do Sejmu i wolnych wyborów do Senatu. Do niższej izby parlamentu opozycja otrzymała 35% miejsc, czyli na 460 posłów mogła wprowadzić ich 160. W wyborach do reaktywowanej, wyższej izby nie było takich ograniczeń, a na kandydatów czekało 100 foteli senatorskich. Od zakończenia Okrągłego Stołu - 5 kwietnia 1989 roku do wyborów zostały dwa miesiące. Stronie partyjnej wydawało się, że opozycja nie zdąży przygotować się i zorganizować kampanii wyborczej w tak krótkim czasie. Jednak przygotowaniami do wyborów zajmowały się po stronie opozycyjnej komitety obywatelskie. Struktury KO istniały już wtedy w całym kraju. Początki KO sięgają grudnia 1988 roku, a w Żninie lutego 1989 r.
- Komitety powstawały przed reaktywacją „Solidarności”. Tworzyli je działacze związani z „Solidarnością”. Jednak miały one szerszy zasięg. Oprócz działaczy związkowych, skupiały członków NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych oraz Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Mogli do nich dołączyć również ci, którzy nie byli zrzeszeni w tych organizacjach, a widzieli potrzebę zmian i chcieli pomóc - wyjaśnia Andrzej Wybrański, pierwszy przewodniczący NSZZ „Solidarność” Ziemi Pałuckiej i założyciel Komitetu Obywatelskiego w Żninie. - Około 90% działaczy KO było starymi działaczami „Solidarności” z lat 80 - 81. Tak było nie tylko w Żninie. W związku z tym jak działaliśmy i stworzyliśmy oddział w Żninie. Był to ośrodek najprężniej działający. Zarówno wtedy jak i w czasach Komitetu Obywatelskiego działacze związkowi z innych gmin zgodzili się utworzyć w Żninie silny oddział. Gdyby zostało otworzonych kilka mniejszych, miałyby zbyt małą siłę. Ci, którzy uwierzyli, że Okrągły Stół może spowodować przemiany w Polsce, o które walczyli jako członkowie „Solidarności”, teraz jako przedstawiciele nowej organizacji mogli przekonywać do tej idei wielu ludzi na swoim terenie. Natomiast kiedy po Okrągłym Stole został ustalony termin wyborów, ludzie ci wspierali kampanię wyborczą i organizowali ją na swoim terenie - przypomina Andrzej Wybrański.
- Trudno powiedzieć, jakie zadania przypisane były KO, a jakie „Solidarności”. One się zazębiały. Pierwsze spotkanie KO odbyło się w świetlicy LO w Żninie, kolejne w siedzibie SD, później w siedzibie „Solidarności” na Śniadeckich 15. Pierwsze spotkanie miało charakter głównie informacyjny. Mówiłem na czym mają polegać działania Komitetu Obywatelskiego. Najpierw komitet został utworzony w Żninie. Potem tworzyliśmy struktury we wszystkich gminach, które współtworzyły „Solidarność” Ziemi Pałuckiej, a więc Mogilno, Trzemeszno, Dąbrowa Mogileńska, Barcin, Janowiec, Rogowo, Gąsawa. Pamiętam, że na pierwsze spotkanie przyszło dużo osób, może nawet 60-70. Padały głównie pytania dotyczące działalności Komitetu Obywatelskiego. Dotyczyły również tego, jakie mamy informacje o toczących się wtedy obradach Okrągłego Stołu. Ludzie chcieli wiedzieć, czy mogą mieć zaufanie do tego, co tam się dzieje. W tym samym czasie pewna grupa działaczy wyrażała wątpliwości co do sensu działalności przy Okrągłym Stole argumentując, że nie należy prowadzić żadnych rozmów z władzami komunistycznymi, ale też nie podając przy tym ze swojej strony jakichkolwiek innych rozwiązań. Stosunek ludzi do Okrągłego Stołu zależał również od tego, skąd otrzymywali o tym informacje - mówi Andrzej Wybrański.
- Postanowienia Okrągłego Stołu przyjąłem z pewnym niedowierzaniem, ale także z wielką nadzieją. Nikt z nas nie wierzył w to, że w wyborach odniesiemy tak duży sukces. Tak, to był fajny czas - powiedział Aleksander Kmiećkowiak i długo się zamyślił. - Nam wszystkim po prostu chodziło o to, aby dokopać komunie i to nas jednoczyło.
ROZŁAM KO W ŻNINIE
Aby zrozumieć rozłam obozu solidarnościowego w Żninie, trzeba cofnąć się do tworzenia Komitetu Obywatelskiego w Bydgoszczy. Na zebraniach w Bydgoszczy na przełomie 1988 i 1989 roku część działaczy twierdziła, że Solidarność nadal działa i powinna funkcjonować bez konieczności nowej rejestracji. Ta grupa uznawała przywództwo Jana Rulewskiego - pierwszego szefa regionu bydgoskiego z początku lat 80. i ówczesnego kontrkandydata Lecha Wałęsy w wyborach na przewodniczącego. W Żninie reprezentantami tej grupy byli Henryk Tokarz oraz Stanisław Raczyński. Działacze, którzy uważali, że możliwa jest ponowna rejestracji związku z nowymi władzami, byli skupieni wokół Antoniego Tokarczuka w Bydgoszczy, a w Żninie - wokół Andrzeja Wybrańskiego. Na początku 1989 roku między tymi frakcjami toczyły się bardzo gorące dyskusje na zebraniach organizowanych w bydgoskich kościołach.
- Na jednym z takich spotkań Andrzej Wybrański powiedział, że problem podziału w Żninie nie istnieje - wspomina Henryk Tokarz. - Być może mówił w ten sposób, bo nie do końca wyczuwał linie podziału, jakie nastąpiły w Bydgoszczy i nie przypuszczał, że może to nastąpić w Żninie. Na pierwszym spotkaniu w żnińskim Liceum Ogólnokształcącym podczas dyskusji przedstawił sytuację w Bydgoszczy. Mówił o dwóch strukturach związkowych, dając do zrozumienia, że grupa wokół Jana Rulewskiego jest poza tworzącymi się strukturami związku. Mówił też o tym, że do tworzenia związku w województwie wyznaczone są cztery osoby. Jedna z tych osób upoważniła Andrzeja Wybrańskiego do tworzenia „Solidarności” w Żninie. Poprosiłem wówczas, aby podziały bydgoskie nie przeniosły się na grunt żniński. Tworzyliśmy tutaj jedną grupę. Nie udało mi się przekonać obecnych, a w szczególności Andrzeja Wybrańskiego, który oświadczył, że posiada upoważnienie z Bydgoszczy do tworzenia struktur związkowych. Dodał, że nie musi tego robić osobiście i upoważnił obecnego na zebraniu Bogdana Rewersa. Po wymianie kilku zdań zdecydowałem się opuścić zebranie. Po mnie zrobił to Stanisław Raczyński. Wyszła za mną pani doktor Malinowska, która prosiła o zachowanie jedności i powrót na salę. Ale sprawy były zbyt daleko posunięte. Nie mogłem wrócić, ponieważ obecni negatywnie ocenili grupę związaną z Janem Rulewskim,Stefanem Pastuszewskim i Tadeuszem Jasudowiczem, a przecież w strukturach podziemnych grupa ta dużo zrobiła. Dlatego decyzja o odsunięciu tej grupy od KO i związku była dla mnie nie do przyjęcia. A te dwa organizmy trudno było rozdzielić, bo skupiały te same osoby. Ja miałem się przyłączyć do KO, ale nie mogłem zostawić działaczy związanych z Janem Rulewskim, z którymi wiązała mnie wspólna działalność. Naraz okazało się, że jesteśmy grupą niechcianą. Działać mogli tylko ci, którzy byli w jakimś stopniu upoważnieni, a nam chodziło o to, że władze na mocy ustawy mają przywrócić legalną działalność związkową sprzed stanu wojennego. Antoni Tokarczuk i jego grupa twierdziła zaś, że temat „Solidarności” sprzed stanu wojennego nie istnieje.
A tak ten moment zapamiętał Andrzej Wybrański: - Ludzie tworzący Komitet Obywatelski w Żninie i w Bydgoszczy również byli działaczami „Solidarności”. Uważaliśmy, że związek istniał również w czasie stanu wojennego i w dalszych latach 80., że nie był legalnie rozwiązany. Ja uważałem, że w dalszym ciągu jestem przewodniczącym „Solidarności” Ziemi Pałuckiej. Na wspomnianym zebraniu poruszone zostały kwestie odtworzenia struktur „Solidarności”. Ponieważ czułem się nadal przewodniczącym oddziału, uważałem za swój obowiązek, aby razem z ludźmi „Solidarności” odtworzyć jej struktury w oddziale w Żninie. Te słowa spowodowały wyjście z zebrania naszych kolegów, cenionych zresztą działaczy, Henryka Tokarza i Stanisława Raczyńskiego. Uważali, że Komitet Obywatelski nie ma prawa do odtwarzania „Solidarności”. Było to oczywistym nieporozumieniem, ponieważ „Solidarność” mieli tworzyć działacze związku. Byliśmy, pozostawaliśmy i pozostaliśmy przede wszystkim członkami „Solidarności”. Staliśmy na stanowisku, że „Solidarności” nikt nie zlikwidował, że związek trwa i funkcjonuje nadal. Cały czas uważaliśmy, że żyjemy i działamy, że trzeba odtworzyć struktury, a nie rejestrować od początku. Pomimo tego, że poszliśmy w kierunku działalności w KO. Na mnie, jako przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Ziemi Pałuckiej, spoczywał największy obowiązek, aby „Solidarność” odtworzyć. Wymagało to ciężkiej pracy i osób, które będą chciały ją podjąć. Po wyjściu z sali powiedziałem kolegom, że drzwi w Komitecie Obywatelskim będą dla nich zawsze otwarte.
ANDRZEJ WYBRAŃSKI - SKUPIAŁ I MOBILIZOWAŁ LUDZI
Wyjście dwójki działaczy Solidarności nie spowodowało zamieszania w żnińskich szeregach opozycji, która gremialnie skupiła się wokół Andrzeja Wybrańskiego. Rozpoczęły się przygotowywania do odtworzenia struktur Solidarności w zakładach pracy i do zorganizowania Komitetu Obywatelskiego, którego zadaniem było przygotowanie kampanii wyborczej.
- Zawsze wszystko w KO działo się z inicjatywy Andrzeja Wybrańskiego. On skupiał i mobilizował ludzi, którzy później pomagali mu w pracy - mówi Krystyna Krzemińska, wtedy skarbnik komisji oddziałowej Solidarności w Zakładzie Energetyki Cieplnej w Żninie. - Nie przywiązywałam wagi do tego, co działo się przy Okrągłym Stole. Dopiero jak powstały komitety obywatelskie zaczęłam poważnie o tym myśleć. Uważałam, że komitety mogą coś zmienić i dlatego związałam się z nimi od samego początku. Nie pamiętam dokładnie pierwszego zebrania. Odbyło się chyba w LO. Później odbywały się one przy pl. Wolności w lokalu, którego użyczyło nam Stronnictwo Demokratyczne. W komitecie skupiona była ogromna liczba ludzi, którzy przygotowywali Andrzejowi Wybrańskiemu wybory. Nie było wtedy pieniędzy. Ludzie tacy jak rejent Dobaczewski, czy doktor Tupikow wpłacali datki na poczet wyborów. Początki działalności w Komitecie Obywatelskim były spontaniczne.
- Komitet zajmował się najróżniejszymi sprawami. W latach 80. ludzie traktowali związek jako jeden z elementów władzy. Dlatego przychodzili do działaczy „Solidarności” z różnym sprawami: socjalnymi, bytowymi, gospodarczymi, czy z konfliktami na terenie zakładów pracy. Takimi sprawami zajmowaliśmy się w latach 1980-81, jak i później. Jednak my formalnie władzy nie sprawowaliśmy. Angażowaliśmy się w kwestie moralnie słuszne i poprzez używanie w tych sprawach argumentów odnoszących się do kwestii moralnych odnosiliśmy efekty - wyjaśnia Andrzej Wybrański.
- Życzliwość, otwartość, chęć do działania. W jednej wielkiej grupie ludzi o najróżniejszych poglądach politycznych, systemach wartości, to się nie liczyło. Nic i nikt nie potrafiłby lepiej tego wszystkiego określić. Wyraz „Solidarność” mówił wszystko - stwierdził Aleksander Kmiećkowiak.
KANDYDAT NA POSŁA
Zgodnie z postanowieniami Okrągłego Stołu Komitetom Obywatelskim na 460 wszystkich przyznano 160 miejsc w Sejmie. Ordynacja wyborcza dzieliła dawne województwo bydgoskie na trzy okręgi: południowy z Inowrocławiem, Bydgoszcz i okolice oraz północny z Chojnicami. Pierwotnie wariancie każdemu z trzech okręgów przysługiwał jeden mandat.
- Miałem ubiegać się o mandat inowrocławski - wyjaśnia Andrzej Wybrański - ale kandydatem do tego mandatu był również Roman Bartoszcze, który mieszkał pod Inowrocławiem. Odmówiłem wtedy ubiegania się o mandat poselski. Nie zgodziłem się na kandydowanie. Uważałem, że miejsce na liście bardziej należy się Romanowi Bartoszcze, którego ojciec był działaczem „Solidarności” Rolników Indywidualnych, a brata Michała zamordowała milicja. Nie było sensu tworzyć walki o mandat. Zaproponowano mi wtedy start w wyborach z okręgu północnego. Nie chciałem jednak kandydować z nie swojego okręgu. Potem okazało się, że przy Okrągłym Stole źle zostały przeliczone mandaty, które przyznano opozycji. Na województwo bydgoskie przypadł dodatkowy mandat i trafił on do okręgu południowego. To był bardzo trudny okręg dla ludzi „Solidarności”. Inowrocław był bastionem PZPR. Działalność „Solidarności” nie była tam mocna. Mimo prężnej działalności Komitetu Obywatelskiego na terenie okręgu inowrocławskiego, uzyskanie mandatu dla mnie, jako osoby nie tak znanej jak Roman Bartoszcze, nie posiadającej zdjęcia z Lechem Wałęsą, które było sygnałem rozpoznawczym dla ludzi, że tę osobę należy poprzeć, było trudne. Dlatego jako jedyny solidarnościowy kandydat na posła musiałem stanąć do walki w drugiej turze wyborów - mówi Andrzej Wybrański.
- Kandydatów nie wyznaczano centralnie. Nie wiem, czy kandydaturę Andrzeja Wybrańskiego wysunęli ludzie z Bydgoszczy, czy ze Żnina. Nawet, gdy tak nie było, to i tak byśmy go wytypowali, bo był człowiekiem najbardziej spośród nas znanym. Nie pamiętam mechanizmów związanych z wyborem kandydatów na posłów. Nawet jeśli nominacja przyszłaby z Bydgoszczy, to byłaby przez nas zaakceptowana - twierdzi Aleksander Kmiećkowiak.
- Andrzej Wybrański był w Bydgoszczy człowiekiem znanym i oni go wystawili. Zdecydowana większość była za Wybrańskim. Uważali, że tylko on będzie miał szansę wygrać. Zresztą w każdych wyborach nauczyciele mają większe szanse, bo są znani i cenieni. Zorganizowanych było wiele spotkań. Nie działałam czynnie w kampanii wyborczej, ponieważ znalazłam się w szpitalu. Wzięłam udział dopiero w wyborach. Komitety Obywatelskie obsadziły mężami zaufania wszystkie komisje wyborcze. Głównym zadaniem KO było prowadzenie agitacji do półwolnych wyborów. Agitowaliśmy oczywiście za Wałęsą, chociaż dziś jestem tym załamana, bo widziałam Wałęsę jak podnosi kieliszek z oprawcami księdza Popiełuszki i Michała Bartoszcze. Nie może być tak, że pije się z oprawcami - wyznaje Krystyna Krzemińska.
SPOTKANIA I SZKOLENIA
Komitety Obywatelskie na terenie okręgu wyborczego organizowały spotkanie wyborcze, na które przychodziły setki, a niekiedy tysiące ludzi. Entuzjazm, jaki dało się zauważyć wśród ludzi na tych spotkaniach, już wtedy zapowiadał sukces wyborczy. - Nie pamiętam, żeby ktoś zabrał głos z osób nam przeciwnych. Myślę, że w związku z tak licznymi spotkaniami i entuzjazmem, nasi przeciwnicy obawiali się okazania swojej nieprzychylności - wspomina poseł ze Żnina. - Najbardziej zapadło mi w pamięci zebranie w Białych Błotach. Przyszła na nie moja mama. Było to dla mnie niespodziewane i wzruszające. - Jeździliśmy parami i próbowaliśmy odnajdywać ludzi „Solidarności” i wciągać do działalności - wspomina Aleksander Kmiećkowiak - Pamiętam, że tworzyłem taką parę z nieżyjącym Stanisławem Popkowskim. Sporo czasu spędzaliśmy na takich objazdach. W Gąsawie ktoś skierował nas do księdza proboszcza. Miał on być dla nas skarbnicą wiedzy o nazwiskach osób związanych z „Solidarnością”. Poszliśmy na plebanię. Mieliśmy teczkę z dokumentami. Dzwonimy do drzwi, ale musieliśmy długo czekać aż ksiądz otworzy. Później nam się zwierzył, że czekaliśmy tak długo, bo myślał, że jesteśmy świadkami Jehowy. Z kolei ksiądz na plebanii w Chomiąży Szlacheckiej zaprosił nas do pokoju na piętrze. Tam nam dał kopertę z pieniędzmi i powiedział, że jest to na kampanię wyborczą. Nie pamiętam, jaka to była suma, ale znaczna .
- Jeździłam i rozklejałam plakaty wyborcze. Granice naszego okręgu sięgały aż do Solca Kujawskiego. Tam też zorganizowaliśmy spotkanie wyborcze i tam rozlepialiśmy plakaty. Pamiętam, że w jednej z aptek odmówiono mi wywieszenia plakatu w oknie. Nie miałam natomiast problemu w innych, zwykłych sklepach - mówi nam Halina Malinowska.
- Komitet Obywatelski przygotowywał ludzi do komisji wyborczych. Chodziło o to, aby nasi przedstawiciele byli członkami komisji. Musieliśmy dopilnować, aby tak się stało. To była potężna operacja. Wymagała wielu spotkań. Mówiliśmy ludziom, dlaczego ich obecność w komisjach jest konieczna. Osoby te brały później udział w szkoleniach i dowiadywały się, na czym ich praca polega. Byli instruowani, na jakie niespodzianki mogą trafić w dniu wyborów. Musieli porównywać liczbę oddanych głosów z liczbą osób, które przyszły głosować - dodaje Andrzej Wybrański.
KONKURENCJA W OPOZYCJI
Henryk Tokarz po wyjściu z zebrania założycielskiego znalazł się poza strukturami Komitetu Obywatelskiego, ale nadal pozostawał członkiem Solidarności. Przed wyborami 4 czerwca 1989 r. powstał Solidarnościowy Opozycyjny Komitet Wyborczy w Bydgoszczy, który wystawił własnych kandydatów w nadchodzących wyborach. Komitet ten był konkurencyjny do ówczesnej opozycji, czyli KO. W ówczesnym okręgu bydgoskim SOKW do Sejmu wystawił Stefana Pastuszewskiego, a do Senatu Tadeusza Jasudowicza. Obydwaj byli z Bydgoszczy. W Żninie ten komitet zorganizował tylko jedno spotkanie przedwyborcze w Żnińskim Domu Kultury. - Pamiętam, że przyszły trzy osoby z KO, których nazwisk celowo nie wymienię. Jedna z nich wygłosiła oświadczenie, że należy głosować tylko na kandydatów KO. Zachowania tych osób na sali pozostawało wiele do życzenia. Przez cały czas między obydwoma stronami solidarnościowymi trwała wojna na plakaty. Nasze były regularnie niszczone. Wybory w ostateczności przegraliśmy. Nie było szans na sukces. Pomimo ówczesnych różnic w poglądach na temat „Solidarności”, w wyborach do Senatu poparłem Tadeusza Jasudowicza, a ponieważ w inowrocławskim okręgu wyborczym nie było kandydatów naszego komitetu wyborczego, to w wyborach do Sejmu postanowiłem poprzeć Andrzeja Wybrańskiego, ponieważ wymagała tego sytuacja - relacjonuje Henryk Tokarz.
SB: Głównie się przyglądaliśmy
Zapytaliśmy Andrzeja Wybrańskiego o ówczesne relacje na linii opozycja - partia. Były poseł odpowiedział, że kierownictwo PZPR nie przeszkadzało opozycji, ale i współpracy żadnej między stronami nie było. Czy była inwigilacja struktur opozycyjnych na krótko przed wyborami? - Rozsiewane były plotki mające na celu pomówienie działaczy „Solidarności”. Były to informacje nieprawdziwe, żeby wprowadzić zamieszanie. W 1989 roku władza musiała już być ostrożna. Ja nie stwierdziłem nic takiego, co mogłoby świadczyć o inwigilacji naszych szeregów. Było po Okrągłym Stole, weszły w życie porozumienia i nie mogli ich naruszać. Ich struktury robiły swoje. Nie odczułem tego, aby Komitet PZPR podejmował jakieś działania operacyjne - mówi Andrzej Wybrański.
- Wiele osób przychodziło na te dyżury z wieloma problemami. Organizowane był grupy osób, które się przewinęły przez biuro. Czy chodzili ze swoimi sprawami, czy na zwiady, to trudno powiedzieć. Partia nas traktowała tak, jakbyśmy w ogóle nie istnieli. Nie interesowali się nami, ale jestem w 100% przekonana, że inwigilacja i śledzenie naszych kroków mogło być - tak uważa Krystyna Krzemińska.
Ówczesny referat Służby Bezpieczeństwa w Żninie liczył 7-8 pracowników. Składał się z szefa, którym w latach 1984-1990 był Michał Grobelny, sekretarza, kierowcy i pracowników departamentów lub wydziałów w Bydgoszczy. Liczebność struktur SB zależała od liczby mieszkańców miejscowości. Praca SB w Żninie nie polegała wyłącznie na śledzeniu opozycji. Ta działalność była - jak to określił nasz rozmówca - marginesowa. Służba Bezpieczeństwa zajmowała się głównie zadaniami kontrwywiadowczymi, które polegały na zabezpieczeniu terenu, ważnych obiektów, zabezpieczeniu przemysłu i przestępstwami gospodarczymi.
- Mimo dużych możliwości operacyjnych i dużej wiedzy nie stosowaliśmy represji - mówi Michał Grobelny, szef SB w Żninie - Nie wyskakiwaliśmy przed orkiestrę. Głównie się przyglądaliśmy. I działanie opozycji i nasze było wyważone i taktowne. Opozycja nie podejmowała działań operacyjnych, które rodziłyby agresję u moich podwładnych. My z kolei nie robiliśmy nic, co mogłoby zagrażać sytuacji. Każdy chciał mieć spokój. Od 1987 roku mieliśmy wszyscy świadomość nadchodzącego końca oraz to, że idzie załamanie systemu. Okrągły Stół wszystkim nam się podobał. Dlatego w 1989 r. mieliśmy schodzić z drogi i nie zaogniać sytuacji. Co nie znaczy, że nie przyglądaliśmy się. Monitoring był, ale cokolwiek byłoby robione przez opozycjonistów, nawet niezgodnie z prawem, my tego nie tykaliśmy. Udawaliśmy, że nie widzimy. Powtórzę raz jeszcze, że mieliśmy unikać sytuacji mogących zaognić sytuację. Nie chcieliśmy sobie robić przeciwników. Każda akcja wywołuje przecież reakcję. Można myśleć inaczej, mieć odmienne poglądy, ale zawsze trzeba być człowiekiem. W Żninie klimat był specyficzny i socjalizm był specyficzny. Taki swojski, nie marksistowski. Działacze jednej i drugiej strony rozmawiali, pili piwo, a później się rozchodzili. Jeśli chodzi o Służbę Bezpieczeństwa, to mieliśmy dobre rozpoznanie środowiska opozycyjnego. Żnin był i jest małym miastem i do tego o bardzo rodzinnych powiązaniach. Na tych związkach opierały się struktury różnych organizacji. Dlatego rozpoznanie nie było trudne. Poza tym mieszkańcy mieli duże zaufanie do władz administracyjnych, a nawet do SB. Do mnie przychodziło równie dużo, jeśli nie więcej, ludzi niż do komitetu PZPR. Widać było zaufanie do władzy. Społeczeństwo nie szalało za „Solidarnością”. Nie było kłopotów z uzyskaniem informacji. Ale najpierw musiałem wejść w specyficzny klimat miasta. Żnin trzeba było zrozumieć. A dziś mile wspominam Żnin. Jak jestem w Żninie, to jeszcze teraz ludzie mi się kłaniają - kończy Michał Grobelny.
- Z wieloma działaczami Komitetu Obywatelskiego znałem się z pracy w Miejskiej Radzie Narodowej, dlatego wzajemnej wrogości nie było. Poglądami się różniliśmy, ale dogadywaliśmy się. Wybrańskiego nie popieraliśmy, ale i nie zwalczaliśmy - twierdzi Zdzisław Małecki, pierwszy sekretarz Miejsko-Gminnego Komitetu PZPR w Żninie.
BYŁO PRZEWIDZIANE, ŻE PARTIA
BĘDZIE DALEJ RZĄDZIĆ
Nastroje w szeregach PZPR były bojowe, ale oceny sytuacji różne. Część działaczy PZPR uważała, że wybory są wygrane, a część przewidywała początek końca. Strona rządowa także przygotowywała się do wyborów.
- Wytyczne z góry były takie, żeby dążyć do wygranej. Nastroje wewnątrz Partii przed wyborami były różne. Sekretarz w Słupsku, znany później z innej strony, niejaki Włodzimierz Czarzasty namawiał, aby nie skreślać na listach wyborczych ludzi z „Solidarności”, żeby za mocno nie przegrali. Nastroje wśród części działaczy sprowadzały się do tego, że my ich i tak ogramy. Jakby nie patrzeć, porozumienia Okrągłego Stołu dawały przewagę stronie rządowej. Przyznam, że my nie do końca byliśmy przekonani o naszej wygranej. Sytuacja ekonomiczna była zła, a ona wpływała na nastroje ludzi. Podczas kampanii wyborczych miało miejsce zrywanie plakatów. Jeśli darte były plakaty „Solidarności”, to winą obarczano PZPR, a jak nasze, to podejrzenia szły w drugą stronę. Miały miejsce wzajemne oskarżenia - mówi nam Zdzisław Małecki.
Z list Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego kandydował poseł Zenon Bartkowiak. O ten sam mandat, co Andrzej Wybrański, ubiegał się bezpartyjny, ale mający zaufanie władzy Ryszard Fałszewicz, ówczesny wicedyrektor Spomaszu: - Był człowiekiem wychowanym w patriotyzmie, przywiązanym do tradycji. Miał kolekcję orłów i odznaczeń. Poglądami różnił się od członków PZPR. Był człowiekiem chętnym do współpracy i zaangażowanym na rzecz środowiska lokalnego. Z przyczyn politycznych Andrzeja Wybrańskiego nie mogliśmy poprzeć, byliśmy więc za Fałszewiczem. Nieformalnie go popieraliśmy, ponieważ nie był członkiem Partii. Poza tym poseł ze Żnina, nieważne kto nim był - Hałas czy Bartkowiak, zawsze pomagał Żninowi. Dlatego ważne było, aby w Sejmie był nasz reprezentant. Dlaczego Fałszewicz? Wokół niego nie było złej atmosfery.
Zenon Bartkowiak i Ryszard Fałszewicz spotykali się z wyborcami. Tłumaczyli, dlaczego te wybory są inne od poprzednich i dlaczego dopuszcza się do nich opozycję. Spotkania były w zakładach pracy w mieście oraz na wsiach. I to nie tylko dla kandydatów ze Żnina. Na jedno przyjechała urodzona w Żninie, a startująca z listy rządowej Anna Bańkowska. - Nie wszyscy spodziewali się sukcesu opozycji, a nawet jeśli, to było przewidziane, że partia będzie dalej rządzić, a opozycja będzie w opozycji. Liczyliśmy na to, że będzie można wyprowadzić kraj z zapaści gospodarczej, ale bez zmiany układu sił politycznych - wyjaśnia Zdzisław Małecki. W następnym odcinku - o dniu wyborów 4 czerwca 1989.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 900 (19/2009)
SO24LI
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze