Niemal równo co do dnia po 4 latach od chwili rozpoczęcia sukcesywnie realizowanej rewitalizacji dachu i wież kościoła św. Jakuba Większego w Barcinie, dach ten został uszkodzony przez petardę użytą w związku z powitaniem nowego roku. Wiele osób od kilku lat zaangażowanych w zbieranie środków finansowych na remont świątyni jest podłamanych tym faktem.
Neogotycki kościół pw. św. Jakuba Większego w Barcinie na przełomie XX i XXI w. wyglądał coraz gorzej. Było widać, że szczególnie dach i wieżę główną oraz wieżyczki nadweręża upływ czasu. I to, że przez wiele lat nie było tam żadnych remontów. Dodatkowo nawałnica z sierpnia 2017 r. nadwątliła dach i rynny.
Sytuacja odmieniła się, gdy proboszczem został ks. Arkadiusz Wzięch. Najpierw ten nowy zarządca parafii prowadził działania zmierzające do pozyskiwania środków finansowych potrzebnych na podjęcie remontu. Biorąc pod uwagę skalę całego zadania trzeba było je podzielić na etapy. Tym bardziej, że dofinansowania można było uzyskać w ramach różnych projektów i z różnych źródeł, czy to europejskich przez Urząd Marszałkowski, czy ze środków budżetu państwa.
W gromadzenie środków finansowych potrzebnych na remont zaangażowali się mocno również parafianie. Kościół św. Jakuba ma dla nich zresztą nie tylko znaczenie religijne, ale też sentymentalne. Widok na farę z mostu przez Noteć w ciągu ul. św. Wojciecha jest prawdopodobnie najpiękniejszym, a z pewnością najbardziej reprezentacyjnym widokiem z Barcina. Utrwalanym na licznych zdjęciach, w folderach, na kartkach pocztowych.
Nieco ponad pół wieku temu osiedla mieszkaniowe (bloki i domki jednorodzinne) na południe od tzw. Rydzka jeszcze nie istniały. Barcin na południu kończył się na początkowym odcinku ul. Polnej. Dzisiejsze bloki to był jeszcze Krotoszyn. Jedyną parafią w mieście była ta św. Jakuba Większego. Miasteczko było bardzo małe, ograniczało się do rynku i raptem kilku ulic od niego odchodzących oraz mniej zurbanizowanych osiedli na prawym brzegu Noteci (obecna ul. Żnińska, wtedy ul. Marchlewskiego oraz ul. Dąbrowiecka). W miasteczku każdy znał się z każdym i spotykał niemal codziennie na ulicy. Najczęściej w którymś ze sklepów, w kinie, albo przy pompie na rynku, gdzie chodziło się z wiadrami po wodę do celów spożywczych. Mieszkańcy byli więc zintegrowani. Ich poczucie wspólnoty pogłębiał również kościół św. Jakuba Większego. Byli dumni z tej budowli, bo powstała dzięki wysiłkowi ich przodków na początku XX w.

Żółtym okręgiem zaznaczone jest miejsce, w którym dach kościoła został uszkodzony fot. archiwum księdza Arkadiusza Wzięcha
Historia kościoła w Barcinie zaczęła się jednak w innym miejscu, choć w linii prostej oddalonym raptem około 200 m od dzisiejszej fary. Było to mianowicie na Górze św. Wojciecha, która jest miejscem kultu od tysiącleci - jeszcze przed św. Wojciechem. Tyle że najpierw były to oczywiście kulty pogańskie. Informacje o barcińskiej parafii przekazał nam kilkanaście lat temu historyk zajmujący się niegdyś naukowo Barcinem (pisał na ten temat pracę magisterską), Artur Skrzypczyk.
Wzdłuż Noteci na odcinku barcińskim znajdują się bardzo liczne zabytki neolityczne. Sama Góra kryje pochówki z I i II w. n.e. (800 lat przed misją św. Wojciecha do Prusów), gdyż przy Noteci wiodła odnoga Szlaku Bursztynowego. Legenda opowiada o św. Wojciechu, który wędrował przez Barcin. Góra św. Wojciecha jest częściowo fragmentem naturalnego wzniesienia terenu od koryta Noteci na północ, a częściowo kopcem usypanym dla potrzeb kultu wcześniejszych kultur, a następnie dla kultu chrześcijańskiego. Ze źródeł historycznych wiadomo, że wczesnogotycki kościół na Górze w Barcinie istniał na pewno w XIV w. W 1325 r. proboszczem był ks. Tomko. W 1390 r. Barcin był położony przede wszystkim na prawym brzegu Noteci u podnóża Góry św. Wojciecha, czyli odwrotnie niż jest dzisiaj, posiadał królewski przywilej targowy, a życie tej osady pełniącej już wtedy rolę miasta skupiało się właśnie u zboczy Góry. Po kościele wczesnogotyckim na Górze św. Wojciecha stanął kościół drewniany, który rozebrany został w 1850 r. Jednak cmentarz na Górze istniał aż do 1852 r. Dodajmy, że Góra św. Wojciecha zajmowała wtedy większą powierzchnię. W 1920 r. arcybiskup gnieźnieński wyraził zgodę na częściowe podebranie Góry dla potrzeb rozbudowy mleczarni. Dzisiaj mleczarnia już nie istnieje.
Pod koniec XVII w. kościół stanął w miejscu dzisiejszej organistówki, przy obecnej ul. Kościelnej. Ta świątynia dość szybko spłonęła i na kolejne ponad 100 lat kościół wrócił na Górę św. Wojciecha. Plebania wówczas znajdowała się w miejscu, gdzie teraz stoi budynek lecznicy dla zwierząt przy ul. św. Wojciecha. Ksiądz na Górę wchodził serpentyną, począwszy od strony północno-zachodniej. W połowie XIX w. kościół na Górze rozebrano. Parafianie liczyli, że błyskawicznie wybudują nowy, murowany kościół na drugim brzegu Noteci, gdzie rozrastało się miasto. Jednak kościół ten stanął dopiero w 1901 r. i stoi do dzisiaj. To neogotycki kościół św. Jakuba, obecnie najważniejszy (choć nie najstarszy) zabytek Barcina.
Historia parafii i kościoła jest więc imponująca. Obecni parafianie św. Jakuba nie chcieli, by fara nadal podupadała. Tym bardziej, że lecące z 50-metrowej wieży dachówki mogły kogoś na dole zabić. Zaczęli więc rokrocznie organizować festyny na parkingu od strony Noteci przy kościele. Były na tych wydarzeniach zbierane środki na remonty dachu i wieży.
Od 7 stycznia 2020 r. aż do teraz ks. Arkadiusz Wzięch zlecał kolejne etapy remontu dachu, wież i attyk. Łącznie na te remonty wydatkowano około 1.400.000 zł.
6 stycznia br. proboszcz parafii jak codziennie obszedł kościół dookoła, by zobaczyć, czy gdzieś nie pojawiły się usterki. Tego dnia tym bardziej mógł cokolwiek zobaczyć z dołu, czy coś się nie stało na dachu, ponieważ śnieg zalegający na jego połaci nieco zsunął się w dół. I wtedy właśnie ksiądz dostrzegł obsunięte dachówki i dziurę dachu od strony północnej, czyli od Noteci. Okazało się, że prawdopodobnie w noc sylwestrową lub któryś z dni w pobliżu nocy przełomu roku, gdy ludzie używają w przestrzeni publicznej środków pirotechnicznych, petarda wystrzelona gdzieś z parkingu, uderzyła w dach kościoła. Zapytaliśmy księdza, czy oprócz widocznych strat w dachówkach nie było też zagrożenia pożarowego? Przecież petarda mogła wlecieć do wnętrza kościoła. Ksiądz przyznał, że mogło tak się stać. Co prawda nie spadłaby w takim przypadku bezpośrednio na posadzkę i wyposażenie świątyni. Zatrzymałaby się na podłodze poddasza. Tym bardziej była więc groźba pożaru.
Ksiądz nie zgłosił tego zdarzenia na policję. Trudno mu też oszacować szkody. Do wnętrza wieży, skąd mógłby cokolwiek dojrzeć, obawia się wchodzić. Jest to dość niebezpieczne. Nie można więc wykluczyć, że jest tam dziura, przez którą teraz będzie wlewała się woda. Może usterkę uda się naprawić przy użyciu podnośnika, a być może trzeba będzie zamawiać rusztowanie. Od tego też zależą faktyczne straty, które poniosła parafia w wyniku tego incydentu.
Proboszcz parafii zgłosi tę szkodę w firmie ubezpieczeniowej. Jeśli ta będzie sugerowała konieczność powiadomienia o tym policji, to wtedy ksiądz zgłosi to również organom ścigania. Jakkolwiek ustalenie sprawców przy braku monitoringu będzie trudne. Chyba, że są jacyś świadkowie tego zdarzenia.
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze