Pierwszy dekret Lenina był o prasie
a nie o jakimś tam pokoju dla ludzi czy ziemi dla chłopów, a nawet nie o władzy Rad.
Wszędzie władzę sowiecką zainstalowano dopiero po zlikwidowaniu większości prasy, a totalnemu podporządkowaniu reszty.
Chyba mało kto o tym wie; przyznam się, że ja też nie wiedziałem, a z tym faktem uczestników programu staży dla dziennikarzy i wydawców niezależnej prasy lokalnej z krajów położonych za polską granicą wschodnią Ukrainiec Petro Antonienko, redaktor naczelny tygodnika "Siwierszczyna" z Czernihowa.
Uświadomienie tego faktu zwalnia od komentarzy o tym, co należy robić, żeby wyjść z tego koszmaru, w którym jedni przebywali 50, a drudzy - całe 70 lat.
Już za czasów stanu wojennego w Polsce prasa drugiego obiegu stworzyła atmosferę wolnego słowa i rozmaitości zdań. Była to odpowiedź narodu na komunistyczną przemoc i krakanie wronowskich mediów. I ani milicja, ani SB nie dawały (i nie mogły dać) sobie z tym rady.
Później, niestety, układy okrągłostołowe i "gruba kreska" okazały się bardziej skuteczne od aparatu przemocy. A jednak poza dzisiejszym ponurym krajobrazem politycznym istnieje codzienne życie ludzi w małych miasteczkach, osiedlach, wsiach. Życie dość dalekie od polityki, a płynące swym wartkim nurtem.
Redaktorów gazet regionalnych, nie mówiąc już o ogólnokrajowych, interesują wydarzenia zwane "historycznymi", "wielkimi" lub przynajmniej "większymi". A przecież rzadko kto nie chce żeby ktoś napisał o jego i sąsiadów codziennych troskach i radościach, świętach, imprezach i problemach, o tym, co się dzieje nie w stolicy, nie w centrum województwa, lecz tu, w jego miejscu zamieszkania, ulicy, bloku. Miejscowa przedsiębiorczość, stosunki z dobrymi albo złymi władzami gminy.
Byty lokalne w różnych miejscach mają własny, być może niepowtarzalny odcień. Jeżeli są notowane i omawiane, to znaczy, że oddolna demokracja istnieje niezależnie od postępów czy odstępów transformacji ustrojowej. A robią to niezależne pisma lokalne. Jak to działa, każdemu powiedzą czytelnicy, na przykład "Pałuk".
Wiele spośród tych gazet założyli ludzie o podziemnej biografii. Od sześciu lat, wypełniają one dawną lukę informacji lokalnych w różnych miejscach kraju. Nie było to proste, i nie wszystkim udało się utrzymać na rynku. Ale te, które ocalały, żyją prawdziwym życiem miejscowych mieszkańców i mają ich zaufanie. A ze skupionego przez nich doświadczenia inni wiele mogą się nauczyć.
SPRZEDAŻ TO DALEJ NA WSCHÓD
A głównie ci, którzy dzisiaj muszą wszystko zaczynać od zera, tak, jak kiedyś oni. Mowa tu o wschodnich sąsiadach Polski z byłego imperium. Może polskie lekcje byłyby w stanie skrócić ich drogę do niezależnego słowa lokalnego?
Z myślą o tym i z inspiracji Instytutu na Rzecz Demokracji w Europie Wschodniej (IDEE) "Pałuki" i Stowarzyszenie Wielkopolska - Kubań w Żninie wystąpiły z programem stażu dla niezależnych gazet z Ukrainy, Białorusi, Litwy i Rosji. Na podobne staże polskich dziennikarzy kiedyś zapraszały pisma zachodnie. Np. redaktorzy naczelni "Pałuk" oraz "Gazety Radomszczańskiej" ongiś doświadczenia nabywali we Francji. Dzisiaj postanowili przekazać zdobytą wiedzę dalej na wschód, tym samym jakby spłacając dług wobec ich nauczycieli sprzed kilku lat.
Znalezienie trenerów, którzy przyjęliby u siebie stażystów, nie było trudne - środowisko niezależnych wydawców gazet lokalnych zna się i utrzymuje kontakty od kilku lat.
O wiele bardziej skomplikowane było znalezienie sponsorów. Fundacja Stefana Batorego od razu zgodziła się na pokrycie części kosztów. Ale ze strony fundacji zachodnich wielkiego entuzjazmu jakoś nie było widać, i na poszukiwaniu funduszy minął cały rok. Całe szczęście, że z pomocą przyszedł znany żninianom ochotnik amerykańskiego Korpusu Pokoju Joseph Rothstein, który zajął się angielskojęzyczną korespondencją. Po każdym liście, faksie - czekanie z nadzieją.
I przychodzą odpowiedzi: - "We regret to inform you że nie znaleźliśmy możliwości... tym razem nie ma jak, może w przyszłości...kolejne podanie... przykro nam, ale mamy prawo finansowania wyłącznie programów wewnątrzkrajowych... dziękujemy, życzymy powodzenia"...
Nareszcie - Fundacja Westminsterska na Rzecz Demokracji z Londynu. Udało się załatwić. Intensywna korespondencja ze sponsorem. Listy tylko do tej fundacji stanowią plik o dwucentymetrowej grubości...
W POSZUKIWANIU STAŻYSTÓW
Ale kłopotów nie brakowało także... ze znalezieniem potencjalnych stażystów za wschodnią granicą i ze sprowadzaniem ich do Polski. Tu obowiązki sekretarza pełnił uczeń żnińskiego liceum, Rosjanin Maksim Bażan. Wysłano zaproszenia do ponad 40 gazet z Ukrainy, Białorusi i Litwy.
Chętnych nie brakowało. Ale Białorusini, żeby mogli wyjechać z granic swojego ujarzmionego kraju, muszą mieć sowiecki paszport zagraniczny. A bynajmniej nie każdy go ma (ZSRR już nie istnieje, a Białoruś nie posiada własnej książeczki paszportu) i nie każdemu ją się wydaje.
Innymi słowy, jeszcze nie żelazna kurtyna, ale dążenia w tym kierunku wyraźne. Z paszportami problemy mają także Ukraińcy: u nich właśnie zmieniają sowieckie paszporty na ukraińskie i też brak książeczek. Też nie ma rady.
Litwa takie czasy ma już daleko poza sobą. Ale trzy litewskie gazety lokalne, do których wysłano zaproszenia, nie zdobyły się nawet na odpowiedź. Dlaczego? A kto to może wiedzieć? Prawdę mówiąc, nie wiadomo, czy te pisma w chwili otrzymania zaproszenia jeszcze się ukazywały, bo sytuacja ich była bardzo daleka od prosperity...
I w tym miejscu wypada stwierdzić, że aczkolwiek sytuacja polityczna na Litwie jest podobna do polskiej (tzn. w równym stopniu paskudna, ale jednocześnie nieporównalnie lepsza niż w krajach, objętych strukturą Wspólnoty Niepodległych Państw), to w sprawach prasy lokalnej Polska dla Litwy jest wzorem niełatwym do osiągnięcia. Niestety, nowo powstałe pisma na Litwie nie wytrzymują konkurencji z byłymi organami miejskich czy rejonowych komitetów Komunistycznej Partii Litwy, które obecnie zostały sprywatyzowane, a nieraz zmieniły nazwę i obecnie udają niezależne. Z tym że stare układy pozostały.
Gazety te jeszcze kilka lat temu były ludziom świetną rekompensatą za brak papieru toaletowego albo służyły do zawijania śledzi w te radosne a rzadkie dni, kiedy były rzucane na rynek.
Ale dzisiaj inne czasy. Wczorajsi indoktrynerzy nauczyli się, że dezinformacja skuteczna jest wtedy, kiedy mówi się 90% prawdy, a 10% zostawia na ukierunkowane kłamstwo, o które właśnie chodzi...
Następne dwa pisma litewskie (naprawdę niezależne) z którymi nawiązano kontakt, sytuację miały taką, iż stwierdziły, że nie mogą wysłać kogoś ze swoich ludzi nawet na krótko, bo gazeta jest robiona dokładnie przez 3 osoby, i wyjazd jednej z nich może spowodować krach numeru...
STAŻE I WRAŻENIA
W każdym razie 12 maja 10 (zamiast planowanych 14) dziennikarzy i redaktorów z byłego imperium przybyli do 10 polskich pism lokalnych. Dwa tygodnie każdy spędził obserwując jak powstaje kolejny numer: od zbierania materiałów do reportaży, składania na komputerze, łamania, redagowania do drukowania i kolportażu.
Poznali też pracę organizacyjną: akwizycję reklam, wyznaczanie terminów zamknięcia numeru itd. W każdej gazecie to się robi może trochę inaczej, ale wszędzie sprawnie. W końcu to były te najlepsze... Liubow Ryżkowa z riazańskiej "Karty" w swoim wywiadzie dla Polskiego Radia Wrocław wyrażała zachwyt z tego, co zobaczyła i o czym się dowiedziała w "Wiadomościach Oławskich". Można stwierdzić że ten stan zachwytu był wspólny dla wszystkich uczestników, "porozrzucanych" po rożnych miejscowościach Polski. A Andrzeja Wyszyńskiego, redaktora pisma "Inform - Prohułka" z Łunińca (Białoruś) obserwacja pracy "Gazety Jarocińskiej" natchnęła na założenie u siebie własnej gazety. (Tylko co na to powie towarzysz Łukaszenka?...)
Goście ze wschodu zresztą też mieli coś do powiedzenia. Andrzej Bojanowski, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W Wesołej, 18 km od centrum" długo zastanawiał się nad tym, czego nauczyć swego stażysty Taliata Iliasowa, redaktora naczelnego tatarskiego tygodnika "Kjarasuw" z Biełogorsku na Krymie - a on zaczął uczyć ich. W dodatku napisał dla nich artykuł o krymskich Tatarach. A edytorzy "Głosu Wolsztyńskiego" z pomocą Białorusina Kiryła Pałuchowicza ("Płoszcza", Pińsk), z wykształcenia programisty, poznawali możliwości własnych komputerów. (Zresztą Kirył po krótkim pytaniu: - "Zrusyfikować ci komputer?" - wprowadził rosyjskie litery także do maszyn "Pałuk").
Między innymi stażyści zobaczyli jak w Polsce wyglądają stosunki gazety z władzami miasta czy gminy. Angelika Biełusz z baranowickiego "Intexpressu" była wprost przerażona nieskrępowanym i familiarnie przyjacielskim zachowaniem redaktora "Głosu Wągrowieckiego" wobec burmistrza Wągrowca. Ot, normalne stosunki, jak dawnych znajomych, dziś społecznie równych między sobą (choć po przegranym przez burmistrza procesie przeciw "Głosowi"...). Spróbowałby ktoś tak wobec urzędnika "Ispołkomu"... A może właśnie należałoby spróbować?...
Z kolei Georgij Sawintnok, dziennikarz wydawnictwa "Wariag" z Pińska miał okazję obserwować rozprawę sądową w Braniewie, gdzie pozwanym był redaktor naczelny "Ilustrowanego Kuriera Terenowego" (IKAT) u którego odbywał staż, a powodem - burmistrz miasta Braniewa (burmistrz przerżnął). Cóż, to jeszcze jeden aspekt kontaktów niezależnej prasy z władzą...
Oprócz tego Angelika Biełusz oraz Meriem Bilałowa ("Eski Jurt", Bachczysaraj, Krym), stażystka w "Gazecie Radomszczańskiej" w ramach stażu uczestniczyły na zajęciach warsztatowych dla dziennikarzy prasy lokalnej zorganizowanych przez Małopolski Instytut Samorządu Terytorialnego i Administracji w Krakowie. Oczywiście zwiedziły też gród na Wawelu. Smok puścił ich wolno, choć Angelika podobno się bała.
No, a oczywiście każdy wyjazd dla dziennikarza to wspaniała możliwość zebrania nowych materiałów dla swojej gazety, wywiadów, zdjęć. Stażysta "Pałuk" Petro Antonienko w Bydgoszczy i Warszawie przeprowadził wywiady z Leszkiem Balcerowiczem i innymi znanymi postaciami polskiego krajobrazu politycznego (szkoda, że Lech Wałęsa właśnie miał wylecieć do Stanów i nie mógł się spotkać) oraz z liderem Białoruskiego Frontu Narodowego Zenonem Paźniakiem, który znalazł tymczasowy azyl polityczny w Polsce (dzisiaj powrócić do Białorusi oznaczałoby dla niego celę więzienną...).
Kirył Paluchowicz zebrał materiały na relację o rozwoju inicjatywy prywatnej w Polsce. Zapewne napisze też u siebie o Prymasie Józefie Glempie, którego widział na własne oczy w Obrze.
A wciąż nie mówimy o najważniejszym: - o wrażeniach osobistych każdego z pobytu w redakcjach opiekujących się nimi gazet. Będzie to zapewne materiał dla każdego z nich.
"Nowy Łowiczanin" miał szczęście, bo gościł biegle językiem władającą językiem polskim Tamarę Bażan z kropotkińskiej gazety "Kavkazsk na Kubani", która podczas swego pobytu urozmaiciła tematykę pisma niejednym swoim artykułem, m. in. o przejeżdżających przez Łowicz swoich rodakach.
Ja sam miałem okazję odwiedzić "Tygodnik Tucholski". Redaktor Hanna Szulwic zorganizowała spotkanie z uczniami tucholskiego liceum, gdzie odpowiadałem na liczne pytania o Litwie. Przy okazji muszę zaznaczyć, że są bardzo inteligentni, myślący i wymagający - poprawienie sytuacji w naszych krajach zależy na pewno od zmiany pokoleń.
Toruń
Po ukończeniu stażów indywidualnych, 27 maja wszyscy uczestnicy zebrali się w Toruniu na szkolenie komputerowe. Ale najpierw w Aleksandrowie Kujawskim, gdzie zamieszkali, poznali się wzajemnie i odbyła się dyskusja o możliwościach kontrolowania działalności władz przez małe gazety lokalne, która niebawem przekształciła się w gorącą dysputę o niezależności prasy, która, między innymi, dobrze zilustrowała sytuację, istniejącą w różnych krajach.
Tamara Bażan np. stała na stanowisku, że gazeta nie powinna utożsamiać się z żadną partią czy ruchem politycznym, jakim by dobrym i demokratycznym on nie był, już nie mówiąc o finansowaniu pisma przez struktury polityczne. Wołała, że nastał czas, by takie właśnie gazety budować.
Poparł ją Krzysztof Szczepaniak, redaktor braniewskiego IKAT"u, który stwierdził. że dobra gazeta niezależna musi opierać się o dobrze prowadzony interes - pismo musi przynosić dochód, by było samodzielne. Prawo to działa też w drugą stronę: jedynie robienie dobrej gazety to robienie dobrego interesu.
Polityczne zaangażowanie temu przeszkadza, bo odpycha ludzi sympatyzujących się z innymi partiami; zresztą to nie polityka dzisiaj jest głównym przedmiotem zainteresowania ludzi.
Ich oponentem był Petro Antonienko, którego gazeta jest częściowo finansowana przez partię Ukraiński Ruch. Jego zdaniem, zasada politycznej neutralności prasy sprawdza się tam, gdzie sytuacja jest mniej więcej normalna, a nie taka, jak na Ukrainie, gdzie cały majątek narodowy spoczywa w rękach 10% jej mieszkańców, czyli komunistycznej nomenklatury.
W takim stanie rzeczy jakakolwiek inicjatywa prywatna, a więc także inicjatywa wydawania gazety jest niezwykłe trudna do zrealizowania. W Polsce, na przykład, jeżeli kogoś nie zadowalają warunki drukowania, to można po prostu pójść do innej drukarni. Tymczasem na Ukrainie... owszem też są drukarnie, ale wszystkie państwowe. I gazety niepaństwowe muszą im płacić cztery razy więcej, bo takie jest rozporządzenie prezydenta, który całą prasę podzielił na dobrą i złą, gdzie dobra to oczywiście ta państwowa.
Nie szkodzi, że w niektórych jej odmianach (dotowanych przez prezydenta) są publikowane hasła "Precz z prezydentem!", "Precz z państwem ukraińskim!", "Niech żyje ZSRR!" To się podobno ma mieścić w ramach wolności wypowiedzi. Ale gazety niezależne, i jeszcze nie lubiące zarówno komunistów, jak i różowych - to dopiero ekstremizm...
Druga sprawa - reklamy. Wiadomo, że bez nich gazeta nie dotowana nie utrzyma się. Ale na Ukrainie większość przedsiębiorstw jest państwowa i obowiązuje ich rozporządzenie rządu, by reklamować się wyłącznie w prasie państwowej.
W ten sposób państwowy browar, zamiast dać reklamę swej produkcji do gazety Petra, która ma 38-tysięczny nakład i jest jedną z najbardziej poczytnych gazet na Ukrainie, zmuszony jest reklamować się w mało czytanej gazety państwowej z tylko 4-tysięcznym nakładem. Dlatego nie wszystko, czego się nauczył w Polsce, Petro będzie w stanie zastosować u siebie. W tym stanie rzeczy poparcie liczącego ruchu opozycyjnego wydaje się mu być jedyną szansą.
INTERNET
A w następny dzień w Toruniu rozpoczęło się szkolenie komputerowe, które zorganizował administrator sieci Torman (bardzo ważna osoba) Piotr Konstanty z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nauczono wszystkich korzystać z poczty elektronicznej i zapoznano z siecią Internet. Oczywiście, trudno było oswoić sobie wszystko za parę dni, ale przynajmniej każdy z nas został wyposażony w podstawową wiedzę o tych współczesnych środkach komunikacji. Dla niektórych gości to była w ogóle pierwsza znajomość z komputerem. A przecież już jutro to może stać się urządzeniem niezbędnym dla każdej redakcji.
OPINIE
A oto niektóre wypowiedzi z dyskusji podsumowującej.
Tamara Bażan: - "Dopiero w Polsce zobaczyłam, jaka jest rosyjska prasa lokalna i co ona sobą reprezentuje"
Liubow Ryżkowa: - "Zobaczyłam, że i w innych krajach są ludzie o demokratycznym sposobie myślenia. Co innego wiedzieć, co innego widzieć".
Dodajmy, iż po spotkaniu Liuba zapaliła się chęcią nauczenia się polskiego. A tak naprawdę pod koniec dyskusji tłumacze mogli sobie spokojnie odpoczywać - wszyscy doskonale się rozumieli...
Proste, a wzruszające były wypowiedzi Białorusinów, którzy przez parę tygodni mogli oddychać swobodnym powietrzem. Posłuchajmy ich... Według Andrzeja Wyszyńskiego, tu, w Polsce ... "istnieje w ogóle inny świat"... Georgi Sawintok: - "Tu zwykłe sprawy są niezwykłe". Angelika Biełusz: - "Przekonałam się, że świat jest dobry".
Spotkanie było korzystne także dla dziennikarzy polskich:
Mirosława Walczak ("Pałuki"): - "Jeśli człowiek siedzi w jednym miejscu, wydaje mu się, że wszędzie jest tak samo. Przedtem w ogóle nie wiedziałam, co się dzieje za naszą wschodnią granicą"...
Andrzej Klimm, redaktor naczelny "W Wesołej, 18 km od centrum": - "Bałem się, że nie będziemy mogli gościa niczym nowym obdarzyć. Ale zorientowałem się, że jest taka rzecz: wiedza o tym, jak się robi gazetę bez pieniędzy. Gdzie leży klucz. Pożytkiem dla nas wszystkich było uzyskanie tej świadomości".
Oczywiście, nie wszystko udało się zrobić. Według planu początkowego, każdy stażysta pod koniec programu miał zostać zaopatrzony w komputer i modem dla swojej gazety. Modem mieli dostać także ich polscy gospodarze. Niestety, skromne fundusze nie pozwoliły na to (ogólne koszty programu wynosiły 11.450 USD). Owszem, brak niezbędnego sprzętu nie sprzyja rozkwitowi gazet i kontaktowaniu ich między sobą. A jednak, jak to trafnie zauważył Jerzy Mianowski, redaktor "Głosu Wągrowieckiego": - "Najważniejsze jest, żeby gazeta była robiona nie urzędowo, ale z pasją. Wtedy przyjdzie sukces".
A dalsza współpraca gazet lokalnych wydaje się być obiecującą. Zauważono, np., że poczytność pism ogólnokrajowych w Polsce spada, a lokalnych - przeciwnie, wzrasta. Są więc podstawy przypuszczać, iż ewentualnie przyszły syndykat gazet lokalnych mogła by stanowić poważną konkurencję dla gazet centralnych nawet w skali ogólnokrajowej. A gdyby wschodnim sąsiadom udało się u siebie wystartować z niezależnymi pismami, to mogła by powstać nawet międzynarodowa organizacja dziennikarzy lokalnych.
Oczywiście, byłby to już program na daleką metę, a zagadnienia finansowe dla każdego nadal pozostają kłopotliwe.
Pod koniec spotkania Dominik Księski, wycieńczony (czy to możliwe?) organizacją całej imprezy wyrażał poważne wątpliwości, czy jeszcze raz zgodzi się wziąć na siebie coś takiego... ("Każdy z was przecież może być Dominikiem Księskim"...). Dzisiaj jednak znowu jest pełny optymizmu i szczęśliwy, że przez wspieranie rozwoju wolnej prasy na wschodzie przyczynia się choć trochę do demontowania tam komunizmu.
Bo przecież pierwszy dekret Lenina był o prasie...
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze