Dzień 27 marca 2017 roku Małgorzata Meszyńska będzie pamiętać do końca życia. Wieczorem, po powrocie z pracy, zauważyła brak koni w stajni i psa. Myślała, że została okradziona. Pojechała na policję. Tam dowiedziała się, że zwierzęta zostały jej zabrane, ze względu na ich zły stan. Właścicielka chce odzyskać zwierzęta. Uważa, że zarzuty wobec niej, dotyczące zaniedbywania czy wręcz znęcania się nad zwierzętami, są bezpodstawne.
Na początku kwietnia informowaliśmy o interwencji Fundacji Viva, która ze stajni Małgorzaty Meszyńskiej w Małych Rudach (gmina Szubin) zabrała trzy konie: klacz w typie arabskim, klacz w typie konia polskiego, kuca szetlandzkiego oraz psa owczarka niemieckiego.
- Pracowałam wtedy w firmie sprzątającej do 21:00. Wróciłam z pracy, stajnia była zamknięta. Otworzyłam stajnię i pierwsze co zauważyłam to fakt, że pies mnie nie witał. Coś mi było podejrzane. Jak weszłam, to zauważyłam, że nie ma koni - mówi Małgorzata Meszyńska.
Pierwsza rzecz jaką zrobiła, to wykonanie telefonu na policję. - Jakoś tak dziwnie ze mną rozmawiali - stwierdziła. Dodała, że było jakieś stowarzyszenie. Dostała numer telefonu do tego człowieka z fundacji. Nie dowiedziała się gdzie są jej zwierzęta, ale tego, że będzie miała sprawę karną.
Fundacja dwa dni po interwencji wydała komunikat prasowy ze zdjęciami i z filmem. W treści komunikatu informowała, że obecny podczas interwencji lekarz weterynarii ocenił stan koni na bardzo zły i wymagający natychmiastowego leczenia. Konie były niedożywione, z wystającymi żebrami i kośćmi; jedna klacz miała przerośnięte kopyta, druga zaniedbane zęby. Budynek był zaniedbany, a zwierzęta stały na metrowej warstwie gnoju. Owczarek - zdaniem fundacji - miał krwawiący guz na ciele.
POCZĄTKI HODOWLI
Mieszkanka Małych Rud była związana emocjonalnie ze swoimi zwierzętami. Podczas rozmowy miała łzy w oczach, kilka razy płakała. Przyznaje, że nie może mówić o tych wydarzeniach ani spokojnie myśleć, co teraz się ze zwierzętami dzieje.
- Mnie tu wszyscy znają i wiedzą, że sama bym nie zjadła, tylko dała zwierzętom - mówi. - Kilkakrotnie dzwoniłam i zapewniono mnie, że zwierzęta są w dobrych rękach, w co ja nie wierzę. Małgorzata Meszyńska skierowała do prokuratury zawiadomienie dotyczące kradzieży zwierząt. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, uzasadniając, że czynu nie popełniono.
Owczarka niemieckiego przygarnęła w grudniu ubiegłego roku. Błąkał się około dwóch miesięcy w okolicach Zamościa. Wzięła go w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Jak zapewnia, od razu pojechała z psem do weterynarza. - Pies tu był, przyzwyczaił się, to był jego dom - mówi.
Konie w Małych Rudach były pozostałością po dawnej hodowli arabów czystej krwi, którą Małgorzata Meszyńska prowadziła z mężem. Niemniej pierwszym koniem, jaki sprowadziła do Małych Rud, był konik polski (zabrany 27 marca) o imieniu Puma. Opowiada, że uratowała tego konia, który był męczony. Trafił do niej w 2000 roku. Potem kupiła klacz arabską, potem od syndyka (sprzedawał stado po śmierci właściciela) kolejne dwa araby, następnie kolejne. I tak zaczęła się hodowla. Sprzedawała konie do Czech, do Arabów, do Elżbiety Dzikowskiej. W szczytowym okresie było w Małych Rudach ponad 20 koni. W 2013 roku zaczęli chorować jej rodzice. Małgorzata Meszyńska 2-3 razy w tygodniu musiała jeździć do Szczecina. Rodzice nie chcieli przeprowadzić się na Pałuki. Zaczęła sprzedawać konie, a w 2014 roku zaczął chorować mąż, który nie miał już siły prowadzić hodowli. Żona zaczęła opiekować się mężem, który zmarł w 2015 roku.
STARE, A NIE CHORE
W Małych Rudach zostały trzy konie. Wspomniana Puma, jak wyjaśnia Małgorzata Meszyńska, jest chora na przewlekłe zapalenie płuc. Klacz choruje od 2006 roku. Właścicielka ją leczyła. Raz była w lepszej, a raz w gorszej kondycji. Klacz stała się członkiem rodziny. Kuc szetlandzki nosi imię Gucio. Nasza rozmówczyni wzięła go do siebie, kiedy miał 5 miesięcy, za siano. W poprzedniej hodowli kuc zaczął być traktowany jak zabawka, przeciw czemu się buntował i stał się agresywny. Małgorzata Meszyńska wzięła go do siebie i stał się maskotką. Dzieci chodziły z nim na spacery. - Został, bo co miałam z nim zrobić? Sprzedać, żeby ciągnął wózek na plaży, albo żeby dzieci z nim sobie zdjęcia robiły? - pyta. Klacz arabska została, ponieważ miała wadę kopyt. Przyznaje, że mogłaby ją sprzedać, bo miała dobre pochodzenie, ale przy wadzie kopyt klacz nie powinna być nawet zaźrebiana.
- Jeżeli męczyłabym zwierzęta, to obie klacze co roku byłyby zaźrebiane - tłumaczy Małgorzata Meszyńska. - Napisali o kopytach, a kilka dni wcześniej był podkuwacz i robił te kopyta. Wiem na pewno, że Puma tęskni. Była ze mną 17 lat. To tak, jakbym dziecko wychowała do dorosłości. Puma rzeczywiście schudła, ale miała na wiosennej trawie dojść do siebie, bo jadła i nie pluła sianem. To, co oni piszą, że jakieś zęby miała chore, to bzdura.
Przyznaje, że z chwilą, kiedy zachorował jej mąż, miała coraz mniej czasu dla koni. Co chwilę jeździła do szpitala. Konie rano wypuszczała, a wieczorem zamykała. Po śmierci męża musiała zarabiać, żeby utrzymać te konie. Wyjeżdżała rano, wracała wieczorem. Nie twierdzi, że jest bez winy. Obornik w stajni był, ale też wyjaśnia, że nie miała kiedy go wyrzucić. Największy żal do fundacji ma o to, że nie dała jej szansy, że nikt nie przyszedł i nie powiedział, że taka interwencja będzie. Fundacja przyjechała pod jej nieobecność i po prostu zabrała zwierzęta, które dla właścicielki zapadły się pod ziemię. Jej zdaniem fundacji chodzi o poklask.
STAN DOSTATECZNY
Zapytaliśmy Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Nakle o to, czy miał sygnały o złym traktowaniu zwierząt przez Małgorzatę Meszyńską. Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Nakle nad Notecią poinformował, że w latach 2014-2015 nie otrzymywał sygnałów o zaniedbywaniu koni należących do Małgorzaty Meszyńskiej. Inspektorzy weterynaryjni przeprowadzili kontrolę w gospodarstwie w roku 2012 i ustalili, że stan utrzymania koni jest dostateczny, odżywienia dobry. Szczególną uwagę zwrócono na stan kopyt. Stwierdzono brak oznak zagrażających życiu koni. Nakazano usunięcie nieprawidłowości dotyczących wymaganych dokumentów oraz uporządkowanie stajni. Właścicielka zaznaczyła, że ma trudną sytuację finansową i prosiła o wydłużenie terminu wykonania zaleceń pokontrolnych. Inspektorzy w toku postępowania ustalili usunięcie nieprawidłowości.
Na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że Urząd Miejski w Szubinie wydał decyzję w sprawie czasowego odebrania zwierząt właścicielce, ale decyzja nie jest prawomocna, ponieważ Małgorzata Meszyńska nie odebrała zawiadomienia o wydanej decyzji. Szubińska policja prowadzi natomiast postępowanie w kierunku znęcania się nad zwierzętami na mocy zapisów ustawy o ochronie zwierząt. Mł. asp Justyna Andrzejewska, oficer prasowy KPP w Nakle poinformowała, że właścicielka nie stawiła się na komisariacie. Małgorzata Meszyńska złożyła zażalenie od decyzji prokuratury, która odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie kradzieży zwierząt.
Paweł Artyfkiewicz z Fundacji Viva powiedział nam, że próbowano nawiązać kontakt z właścicielką, ale w dniu interwencji. Kontakt był niemożliwy, a ze względu na stan zwierząt zdecydowano się zabrać konie i psa. Nasz rozmówca powiedział, że stan, w jakim były trzymane zwierzęta, był przewlekły, takie warunki miały od dłuższego czasu i - jego zdaniem - nic nie wskazywało na to, by się poprawiły. To, czy zwierzęta wrócą do właścicielki, zależy od sądu. Fundacja jest zdania, że wrócić nie powinny, bo skoro właścicielka zaniedbywała zwierzęta wcześniej, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że nadal tak będzie postępować.
- Każdy się pyta, jak mi pomóc, ale jak pomóc, skoro nie wiem, gdzie one są - mówi. - Czy ktoś się zastanawiał, że jestem tutaj sama? Bez środków do życia, bo oszczędności poszły na leczenie męża. Staram się jak mogę. Od czego są takie fundacje? Mogli zapytać, jak mi pomóc, a nie od razu zabierać ukochane zwierzęta. Jak można w imieniu prawa zrobić krzywdę zwierzętom i człowiekowi, bo kilka dni byłam na środkach uspokajających. Po tym wydarzeniu nie wracałam do domu, bo nie mogłam. Nie chcę, a płaczę.
Małgorzata Meszyńska ma świadomość, że musi przygotować stajnie dla tych koni. Są przygotowane trzy boksy do remontu. Reszta boksów ma być rozebrana, ale w pierwszej kolejności wyremontowany będzie dach. Wierzy, że konie wrócą. Deklaruje, że pomimo trudnej sytuacji stać ją na utrzymanie zwierząt.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1325 (27/2017)
Inne teksty na ten temat:
Nie kradzież, a ratunek
Powinna wiedzieć, gdzie są zwierzęta
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze