Reklama

Pochwała białego papieru - o Sonetach Stanisława Helsztyńskiego (recenzja)

"Biały papier jest lepszy od złego wiersza" - napisał kiedyś Władysław Broniewski. Nic dodać, nic ująć, chociażby z tego powodu, że dopóki jest biały, to można na nim wydrukować dobry wiersz. A w najgorszym razie coś pożytecznego.

    Wprawdzie w ocenie, czy wiersz jest dobry czy zły, kryteria są i płynne i subiektywne, ale odczuje to i czytelnik, a czasami potrafi o tym zadecydować i sam autor. Tej umiejętności oceny - jak można przypuszczać - nie zabrakło wybitnej w naszej nauce postaci - prof. filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim - Stanisławowi Helsztyńskiemu, który w okresie tak zwanego "międzywojnia", jeszcze jako nauczyciel gimnazjalny pisywał i drukował wiersze. Przeważnie sonety, jako że pozornie jest to ze względu na zdyscyplinowanie poetyckie najbezpieczniejsza forma.
Po prostu miał wyniesiony z domu ciąg do pióra i pisarstwa. Była to prawie rodzinna tradycja, bo i jego ojciec - Wawrzyniec Skorupka i starszy brat Tomasz Skorupka znani są w naszym pisarstwie jako niegdyś bardzo popularni pamiętnikarze. Młody Stanisław wychowany i wyedukowany w młodopolskim kulcie poezji już jako Helsztyński zaczął sam uprawiać poezję.

    Ale później, autor znakomitych źródłowych biografii o Szekspirze ("Człowiek ze Stratfordu" - 1963 r. i "Shakespeare") i Przybyszewskim, dobry tłumacz literatury angielskiej zaniechał poetyzowania, ograniczając się przez ostatnie półwiecze życia - oprócz prac naukowych - do pisania powieści historycznych i biograficznych. Nie publikował nowych wierszy, nie zabiegał o wznowienie - co przy jego nazwisku byłoby łatwe - młodzieńczych tomików.

Reklama

    Wiersze jednak zostały. Niby poprawnie zbudowane, na co zresztą technicznie stać każdego nieźle wyedukowanego filologa, podejmujące ciekawe tematy, z ambicjami do uogólnień, ale... właśnie to "ale". Po prostu napisane bez tej iskry, która określa talent. Tego się nie da metodą retorty i kolby udowodnić, ale tak jest.
    Profesor Helsztyński nie podjął prób ponownego ich przybliżenia czytelnikom, ale wyręczyły go dwa towarzystwa kulturalne i Zarząd Miejski Żnina. Zadecydował tytuł "Na Pałukach", no i tematyka wierszy. Trzeba do tego jeszcze dodać źle zrozumiany patriotyzm lokalny. Skutek bowiem jest wręcz odwrotny do zamierzeń i nadziei wydawców reprintu. Po przeczytaniu cyklu sonetów Na "Pałukach" można stracić sentyment do tego regionu i ludzi z nim związanych. Patetyczne, sztucznie udziwnione, najeżone nieadekwatnymi do wydarzeń porównaniami, wręcz rażą swą nienaturalnością. Pogłębiają ten ton chybione antyczne odniesienia i skojarzenia.  
    To wiele wierszy i nie warto analizować ich oddzielnie, a tym bardziej szczegółowo. Ale na jakiej zasadzie Władysław Lewandowski skojarzył się autorowi właśnie z Temistoklesem? Ani racjonalnie, ani irracjonalnie nie da się tego wytłumaczyć. Może gdyby to było napisane prozą? Wówczas "Dwugłos" Mickiewicza i Śniadeckiego miałby jakiś sens i uzasadnienia jako rozprawa naukowa.
    Rosjanie mają takie przysłowie: "Czto napiszesz pierom nie wyrubisz taparom", czyli co napiszesz piórem, tego toporem nie wyrąbiesz. Święta prawda!  
    Kiedyś prof. Helsztyński popełnił cykl wierszy. No i zostało mu to wypomniane. Tylko po co? Naprawdę wybitny naukowiec na to nie zasłużył. Byłoby lepiej, aby zamiast reprintu pozostał biały papier. Dla autora sonetów i dla Pałuk.

Janusz Księski
Pałuki nr 217 (16/1996)

Reklama

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości