Prezes wiedział
Zdziwiła mnie wypowiedź dla Pałuk (nr 35) nowego prezesa Pałuckiego Centrum Zdrowia doktora Tomasza Kussa, który twierdzi, że nie znał sytuacji finansowej szpitala przed objęciem tej funkcji. Ta funkcja jest w każdym szpitalu ściśle związana z kłopotami finansowymi i doktor Kuss to od dawna wiedział. Być może nowy prezes, tuż po nominacji był tak zaaferowany przygotowaniami do dłuższych wakacji, że nie doczytał podsumowania wszystkich zobowiązań finansowych spółki, które przesłałem Zarządowi Powiatu w czerwcu tego roku?
Bycie dyrektorem szpitala to nie tylko splendor i awans społeczny, ale przede wszystkim masa kłopotów. Ale tak to już jest w życiu, coś za coś. A to coś - to własne zdrowie, życie rodzinne i (co dla lekarza najgorsze) stopniowe cofanie się w fachu lekarskim, wynikające z braku czasu na praktykę.
O stopniu trudności w prowadzeniu szpitala nie ma zielonego pojęcia nikt, kto nim nie zarządzał i doktor Kuss o tym wiedział od co najmniej roku, pełniąc funkcję mojego zastępcy. Zarządzanie szpitalem nie ma żadnego porównania z zarządzaniem typowym zakładem produkcyjnym czy prowadzeniem jakiegoś, nawet dużego, zakładu administracyjnego. Prezes jednoosobowego zarządu szpitala podejmuje decyzje finansowe i zarządcze sam i ma osobistą odpowiedzialność finansową za spółkę i jej działalność. I co najważniejsze, 95 procent przychodów szpitala jest związane z leczeniem pacjentów, a decyzje w sprawie ludzkiego zdrowia, a nieraz i życia, są nieporównywalne z decyzjami przy prowadzeniu zakładu produkcyjnego, gdzie chodzi o produkcję i zysk czy nawet miejsca pracy.
Od początku mojego dyrektorowania borykałem się z wieloma problemami, przede wszystkim tymi finansowymi. Kasa szpitalna w roku 2005 była pusta i trzeba było zaciągnąć pierwszy kredyt, żeby szpital ruszył. Starosta też nie miał lekko. Pozostał z długiem „starego szpitala”. Dał spółce dość kosztowną wyprawkę w postaci przebudowy starych budynków na nową poradnię specjalistyczną i pomieszczenia administracyjne oraz zakupił podstawowy sprzęt medyczny. Chwała mu za to. Szpital był w opłakanym stanie. W poprzednich latach brak było jakichkolwiek remontów, sprzęt medyczny nie był konserwowany, atestowany, brak było koniecznych okresowych przeglądów, które dotyczyły nawet takich urządzeń, jak respiratory i aparaty do znieczulania pacjentów. Sale operacyjne pamiętały czasy doktora Tupikowa i doktora Hoffmanna. Blok operacyjny nie spełniał podstawowych warunków epidemiologicznych, nie mówiąc już o wymogach technologicznych, które wyznaczają dzisiejsze standardy zabiegowe. Zamknięcie bloku operacyjnego wiązałoby się jednoznacznie z zaprzestaniem działalności oddziałów operacyjnych, a więc chirurgii, ortopedii i ginekologii, a - co za tym idzie - przekształceniem szpitala w lecznicę dla przewlekle chorych. Mimo że takie szpitale są w dzisiejszej sytuacji demograficznej bardzo potrzebne, to jako lekarz zabiegowy nie dopuszczałem myśli o takim przekształcenia szpitala.
W 2005 roku szpital miał także w niektórych specjalizacjach duże braki kadrowe. Pozyskiwanie tych specjalistów zbiegło się w czasie z obowiązywaniem w Polsce unijnej dyrektywy o czasie zatrudnienia lekarzy. Spowodowało to gwałtowny wzrost kosztów osobowych lekarzy. Przez pięć lat usuwałem wszystkie zaległości i nadrabiałem lata, w których zapuszczono placówkę. Tylko nieodzowne remonty, łącznie z robocizną, kosztowały szpital przez pięć lat prawie 2,2 miliona złotych. Inwestycje pochłonęły kwotę 5,3 miliona złotych, w tym 3 miliony złotych ze środków własnych szpitala i 2,3 miliona złotych dofinansowanych z innych źródeł. Budżet placówki wzrósł dwukrotnie, co też jest miarą jej rozwoju.
Gdyby rozwiązywanie problemów szpitala spotkało się z większym zrozumieniem starostwa nie tylko na początku kadencji, ale i pod jej koniec - może doktor Kuss miałby teraz mniejsze zmartwienia. Ze starostą łączyła mnie od dawna tak zwana szorstka przyjaźń. Ta szorstkość zaczęła się od moich usilnych starań o zwolnienie spółki z opłat za dzierżawę budynków szpitalnych i starań o przekazanie ich spółce drogą aportu. Przekazanie budynków na własność szpitala w drodze aportu, bez żadnych dodatkowych kosztów związanych z tą transakcją, było możliwe do grudnia 2008 roku. Decyzja nie zapadła. Dzierżawę uważam za niesłusznie płacony haracz celem podreperowania finansów starostwa. Zawsze prawie wszyscy radni byli za moimi propozycjami i zawsze się kończyło tylko na dobrych chęciach.
Drugim punktem zapalnym była decyzja starosty o pokryciu przez szpital kosztów opracowania projektu termomodernizacji budynków szpitalnych. Nie zgodziłem się na to. Jakby budynki były własnością szpitala - wtedy co innego. Jednak uważałem za zupełny nonsens, by płacić za projekt modernizacji budynków nienależących do majątku szpitala. Doskonale rozumiałem problemy finansowe starostwa, dopóki borykało się z długami starego szpitala, ale gdy w 2009 roku zapadła ministerialna decyzja o oddłużeniu szpitali przekształconych w spółki, było dla mnie jasne, że starostwu zostanie częściowo umorzony ten dług. Jeżeli chodzi o płatności za dzierżawę, moje działania były - jak myślę - dla wszystkich zrozumiałe. Zamiast płacić terminowo własnemu organowi założycielskiemu za użytkowanie budynków, płaciłem - gdy zaistniała taka konieczność - w pierwszej kolejności za inne nieodzowne potrzeby szpitala. Od roku 2005 do dnia 31 czerwca 2011 r. szpital zapłatami za dzierżawę wzbogacił budżet starostwa o kwotę 1,66 miliona złotych. Doktorowi Kussowi pozostawiłem do spłaty starostwu zaległych 312 tysięcy złotych plus odsetki w wysokości 134 tysięcy. Pocieszam się i wierzę, że przyjaźń doktora Kussa ze starostą będzie mniej szorstka niż moja, a większa jej gładkość będzie bardziej korzystna - i dla niego, i dla szpitala, a tym samym - dla pacjentów żnińskiego szpitala.
Cel mojego działania był prosty i jasny od początku urzędowania. O tym, że nie będę się starał o dalszą kadencję w 2011 roku było wszystkim zainteresowanym wiadomo już od dwóch lat. Założyłem, że w tym terminie muszę doprowadzić szpital do takiego stanu, aby przed rokiem 2012 spełniał wszystkie warunki, jakie stawia Narodowy Fundusz Zdrowia przed szpitalami powiatowymi z drugim stopniem referencji.
Czy osiągnąłem swój cel? Myślę, że tak. Przy budżecie szpitala w wysokości ok. 21 milionów, zobowiązania rzędu 10-20 procent to nie powód do paniki i manifestowania jej w gazetach, co przynosi szkodę szpitalowi.
Zostawiłem mojemu następcy szpital w trudnej sytuacji finansowej, ale z wyraźną i pewną perspektywą, że szpital wyjdzie na prostą do końca 2012 roku.
były dyrektor Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie
Aleksander Kmiećkowiak
Pałuki nr 1021 (36/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze