Reklama

Rodzinny zjazd Kledzików w Chomiąży Szlacheckiej

Do Grodu Piasta zjechało 78 potomków Antoniny i Jana Kledzików z Chomiąży Szlacheckiej. Inicjatorką rodzinnego zjazdu, który odbył się w sobotę 3 sierpnia była Ewa Olszewska - najstarsza z żyjących wnucząt Antoniny i Jana, którzy spoczywają na chomiąskim cmentarzu.

Antonina i Jan Kledzikowie mieli dziewięcioro dzieci. Marian i Stefania-Ludomiła urodzili się w Prusach Wschodnich. Pozostała siódemka przyszła na świat w Chomiąży Szlacheckiej. Czworo z nich miało potomków. Właśnie potomkowie rodzeństwa Stefanii- Ludomiły (Skarbińskiej), Remigiusza i Marii (Kulczyńskiej) uczestniczyli w zjeździe, a także najmłodsza córka brata Jana Konstantego, Halina Domazer z córką Ewą. Najstarsza żyjąca z ośmiorga dzieci Stefani-Ludomiły - Wanda Skarbińska-Zdrok zainicjowała przygotowanie i opracowanie poszczególnych odłamów drzew genealogicznych. Ze względu na fakt, że rodzina jest bardzo liczna było to nie lada wyzwanie. Pani Wanda opracowała drzewo najstarszych Kledzików, sięgając do najstarszego przodka rodu Josephusa Kledzika urodzonego w 1758 r. Z kolei Andrzeja Maćkowiaka, syna Krystyny zaintrygowało miejsce urodzenia (Elflur) jego babki Stefanii-Ludomiły dotychczas okryte tajemnicą - miejscowość o tak brzmiącej nazwie nie znajdowała się na żadnej z map.

Andrzej Maćkowiak tak opowiedział redakcji o swoich poszukiwaniach: - Przy okazji tworzenia drzewa genealogicznego mojej rodziny zaintrygowała mnie pewna historia. Mianowicie, w dowodzie osobistym mojej babci - matki mojej matki (Stefania-Ludomiła Skarbińska z domu Kledzik) jako miejsce urodzenia podana była miejscowość Elflur k. Szczytna. Babcia urodziła się w 1919 roku na terenie Prus Wschodnich. W rodzinie znana była historia, że mój prapradziadek Franciszek na początku XX wieku kupił majątek w Prusach Wschodnich, ponieważ w Wielkopolsce skąd wywodzi się nasza rodzina nie było możliwości zakupu ziemi przez osoby pochodzenia polskiego, ze względu na przepisy wprowadzone przez niemieckiego zaborcę, które miały doprowadzić do rozproszenia ludności polskiej i docelowo całkowitej germanizacji terenów Wielkopolski, które były w większości zamieszkane przez Polaków. W tym właśnie majątku, na terenie Prus Wschodnich urodziła się moja babcia. Krótko po jej narodzinach pradziadek i prapradziadek wraz z rodziną przenieśli się z powrotem do Wielkopolski na ziemie z których pochodzili. Tylko tyle było mi wiadomo. Nasz rozmówca w toku poszukiwań odkrył wiele ciekawych wątków, ściśle związanych z burzliwą historią kraju oraz z rozterkami i problemami, z jakimi musieli mierzyć się jego przodkowie.

Reklama

- Na samym początku poszukiwań okazało się, że miejscowość o nazwie Elfur w ogóle nie istniała. Zacząłem dokładnie przeszukiwać w archiwach niemieckie mapy sztabowe Prus Wschodnich w poszukiwaniu tego miejsca, niestety bezskutecznie. Brałem pod uwagę fakt, że być może nazwa ta została przekręcona w jakiś sposób np. przez urzędnika Urzędu Stanu Cywilnego w PRL. Szukałem więc miejscowości o podobnej nazwie w okolicach Szczytna (niem. Ortelsburg), niestety bez żadnych efektów. Im trudniejszy stawał się ten temat, tym bardziej zaczynał mnie on interesować i tym bardziej zależało mi na tym aby rozwikłać tą zagadkę. Znalazłem w archiwach cenną książkę z epoki - słownik nazw geograficznych Prus Wschodnich - Andrzej Maćkowiak przeszukał go dokładnie, jednak nic nie znalazł. 

- Moja ciocia (Wanda Zdrok z domu Skarbińska – córka Ludomiły- Stefanii – mojej babci), która była bardzo zaangażowana w tworzenie naszego drzewa genealogicznego i poznawanie historii naszych przodków, a której pomagałem w tworzeniu części drzewa genealogicznego znalazła w archiwach akt ślubu mojego prapradziadka i praprababci – Franciszka i Julianny Kledzików, a więc rodziców ojca mojej babci. To był przełomowy moment w poszukiwaniach, bo w dokumencie tym znajdowało się ich ówczesne miejsce zamieszkania. Nazwa, która się tam pojawiła to Elchflur, Kreis Neidenburg. Pomyślałem, że faktycznie urzędnik musiał przekręcić tą nazwę w dowodzie osobistym mojej babci, jednak przecież, gdy szukałem miejscowości o podobnych nazwach, to nic nie znalazłem. Zacząłem dalej szukać informacji w Internecie już używając właściwej nazwy – znalazłem stronę poświęconą historii Witowa – niewielkiej wsi na Mazurach, w okolicach Szczytna, gdzie przeczytałem, że w 1857 roku przeprowadzono w Witowie separację gospodarstw chłopskich, której skutkiem było rozrzucenie większości z nich po koloniach. Stąd też Witowo do drugiej wojny światowej nie posiadało wyraźnego centrum a było raczej wsią kolonijną. Wśród powstałych kolonii wyróżniały się dwie, uznawane za majątki. Był to majątek o nazwie „Elchflur” (dosłownie oznacza to „korytarz łosiów”) oraz majątek należący do rodziny Lux. Bingo! Udało się rozszyfrować zagadkę. Okazało się, że jest to nazwa majątku, a nie miejscowości, a na to nie sposób było wpaść. Informacja, że miejsce to znajdowało się w okolicach dzisiejszego Szczytna była prawidłowa, ale wprowadzała mnie w błąd, bowiem Witowo (niem. Ittowen, po 1927 r. Gittau) owszem znajduje się niedaleko Szczytna, ale przed II wojną światową znajdowało się w powiecie Nidzickim (Kreis Neidenburg), a nie w powiecie Szczycieńskim (Kreis Ortelsburg). Ja natomiast szukałem w mapach i nazwach miejscowości w powiecie Szczycieńskim - kontynuował wnuk Stefanii-Ludomiły.

Reklama

Przy okazji okazało się, że jego babcia przyszła na świat w całkiem sporym majątku. Świadczy o tym również fakt, że po jego sprzedaży prapradziadek kupił sobie i swoim dzieciom kilka odrębnych majątków już w Wielkopolsce.

- Jest jeszcze jedna strona całej tej historii. Przy okazji moich poszukiwań zdałem sobie sprawę z jakimi problemami i rozterkami musieli się mierzyć moi przodkowie. Czasy były trudne. W lipcu 1919 roku, gdy urodziła się moja babcia mieliśmy już za sobą zwycięskie Powstanie Wielkopolskie, w wyniku którego tereny Wielkopolski, z których pochodzili znalazły się w granicach powstającego Państwa Polskiego. Moi pra- i prapradziadkowie tymczasem osadzeni byli na terenach, co do których nie było pewności w granicach jakiego państwa się znajdą. Na mocy postanowień Traktatu Wersalskiego (czerwiec 1919 roku) postanowiono w 11 powiatach Prus Wschodnich przeprowadzić plebiscyt, który miał zdecydować głosem mieszkańców, czy opowiadają się za przyłączeniem tych terenów do Polski, czy za pozostaniem w granicach Niemiec. Sytuacja zatem była bardzo niepewna. Łatwo jest nam teraz oceniać wybory tamtych ludzi, ale ich decyzje wcale nie były takie oczywiste. Wyobraźmy sobie, że my i nasza rodzina od ponad 120 lat mieszkamy w danym kraju o określonym systemie prawnym, mamy zgromadzony pokaźny majątek w tym kraju. Pojawia się pytanie co się stanie, gdy nagle wszystko to znajdzie się w granicach innego kraju o systemie prawnym, którego jeszcze nie ma i nie wiemy jaki będzie. Nie wiemy, czy nasza rodzina i majątek będą bezpieczne. Oczywiście wchodzą tutaj również względy patriotyczne, ale chociażby obserwując współczesnych polskich imigrantów w USA, Wielkiej Brytanii, czy innych krajach, często już w drugim pokoleniu to poczucie patriotyzmu się zaciera, jakie może ono być zatem w trzecim, czy czwartym pokoleniu? Odpowiedź znajdujemy w wynikach tych plebiscytów przeprowadzonych latem 1920 r. W okręgu plebiscytowym, w jakim znajdowało się Witowo ani jeden mieszkaniec nie opowiedział się za opcją polską, a w spisie ludności przeprowadzonym na tych terenach przez Niemców niecałe 20 lat później możemy znaleźć wiele polskich nazwisk. Moi pra- i prapradziadkowie wyprowadzili się stamtąd i sprzedali majątek jeszcze zanim został przeprowadzony plebiscyt. Myślę, że było dla nich jasne, że najprawdopodobniej wyniki będą niekorzystne dla opcji polskiej. Sprzedali wszystko na co pracowali przez długie lata i powrócili na ziemie, z których pochodzą - do Wielkopolski do nowo powstającego Państwa Polskiego, aby rozpocząć wszystko od nowa - opowiadał Andrzej Maćkowiak.

Reklama

Dzięki ogromnemu zaangażowaniu Wandy, Przemysława, Agnieszki, Krystyny, Andrzeja, Marii i Dominika powstały pięknie opracowane drzewa genealogiczne, które z zainteresowaniem rozczytywane były przez wszystkich uczestników zjazdu. Emocje wzbudzało także rozpoznawanie poszczególnych osób na starych zdjęciach. Na jednej ze ścian sali, w której odbywał się zjazd wisiał portret Antoniny i Jana (udostępniony przez Zbigniewa) - ten sam, który zajmował honorowe miejsce w domu rodzinnym Kledzików w Chomiąży Szlacheckiej.

Najmłodszą uczestniczką - potomkinią zjazdu była Bianka Kledzik, córka Pawła i Darii, natomiast najstarszą Ewa Olszewska. Warto zaznaczyć też, że obecny podczas rodzinnego spotkania Zbigniew Kledzik z Kierzkowa, syn Anny i Aleksandra z Chomiąży Szlacheckiej jest najczęściej prezentowanym w Pałuckim Kurierze Sportowym biegaczem zdobywającym puchary i nagrody w biegach: gąsawskich, janowieckich, żnińskich i innych.

Reklama

Potomkowie Antoniny i Jana Kledzików mieszkają na Pałukach, w Wielkopolsce i na Pomorzu, w Europie - w Brandenburgu i Dortmundzie (Niemcy), Paryżu (Francja), a także za Atlantykiem w Nowym Jorku (USA).

To udane i dobrze zorganizowane spotkanie pokoleń - potomków Kledzików zakończyła wspólna zabawa i tańce z didżejem Canada. Nad sprawnym przebiegiem zjazdu czuwała Barbara Skarbińska-Szocińska z Włoszanowa - córka Stefanii-Ludomiły.

Justyna Kulpińska

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/08/2024 08:57
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości