Reklama

Ryszard Torba i Judym

Był prawą ręką Marka Kotańskiego. Założył 22 ośrodki dla bezdomnych w Polsce. Od 6 lat prowadzi ośrodek dla bezdomnych w Kołaczkowie, w którym mieszka 60 osób.

Ryszard Torba w ośrodku „Judym” działa od sześciu lat fot. Remigiusz Konieczka

     - Wstaję najczęściej o 6:00 rano i pierwsza myśl, to co mam zrobić. Jak mam coś zaplanowane, to wstaję nawet o 4:00. Najczęściej zajmuję się drobiem, który hodujemy. Wiele czasu zajmują mi sprawy remontowe. Często wyjeżdżam i kontaktuję się z naszymi sponsorami - tak o swoim dniu pracy mówi Ryszard Torba, prezes Kujawsko-Pomorskiego Stowarzyszenia Pomocy Bliźniemu Judym w Kołaczkowie, które opiekuje się ludźmi samotnymi i takimi, którzy znaleźli się na życiowym zakręcie.
Ryszard Torba (57 lat) prowadzi ośrodek w budynku po Bakutilu w Kołaczkowie. Mieszka tam ok. 60 osób, które - również w ramach terapii - zajmują się hodowlą drobiu czy uprawą skrawka gruntu rolnego, użyczonego im przez sąsiada, stałego mieszkańca Kołaczkowa.
     - Pracujemy z ludźmi, którzy nie mogą się odnaleźć, z problemem alkoholowym i z osobami chorymi psychicznie, które nie stanowią zagrożenia. Trzeba tylko z nimi dużo pracować i rozmawiać. Żeby mieli wizję sensu życia. Jak im się w pewnych sprawach nie podpowiada, nie rozmawia się z nimi, to się załamują. Mamy też osoby starsze, których rodziny nie chcą i przywożą tutaj. Przyjeżdżają potem w odwiedziny i zadają cały zakres pytań, stawiają wymagania, a nie zdają sobie sprawy, gdzie przywieźli swoich najbliższych. Przyjmujemy starsze osoby. Jak można odmówić - mówi prezes.
     POCZĄTKI W MONARZE
     Ryszard Torba uczył się prowadzić ośrodki dla bezdomnych od Marka Kotańskiego. Był ostatnią osobą, z którą Kotan rozmawiał przed tragiczną śmiercią. Zanim go poznał, pracował w gospodarstwie rolnym rodziców w Pakości. Później był mechanizatorem rolnictwa w PGR Piechcin. Pracował też w Zakładach Eksploatacji i Kruszywa jako operator ciężkiego sprzętu maszyn budowlanych (spycharki i koparki).
     Pracę z Markiem Kotańskim rozpoczynał w 1992 roku. Od tego czasu dla Mar-Kotu zorganizował 22 ośrodki dla osób bezdomnych w całym kraju. Ryszard Torba nie był tylko administratorem ośrodków dla bezdomnych. Pracował ciężko nad tym, aby niekiedy z ruin stworzyć coś, w czym ludzie mogliby zamieszkać. Bezdomnym z Dworca Centralnego w Warszawie obcinał włosy na tak zawszawionych głowach, że wyglądały jak jeden strup.
     - Zaczynałem razem z Markiem Kotańskim w Warszawie na ul. Rudnickiego 1a. Był to pierwszy dom „Monaru”. Otwarty został 22 października 1992 r. o 9:00. Praca nie była łatwa. Nie miałem nikogo, kto mógłby nawet gwóźdź wyprostować młotkiem. Musiałem być zaradny i byłem. Tak wychowali mnie rodzice. Jak Marek mnie przyjmował, to zostałem kierownikiem. Ale nie mogłem nim być. Chciał, żebym wydawał polecenia. Nie mogłem tego robić, bo nikt tam nic nie potrafił. Zamiast pokazywać każdemu, co i jak ma zrobić, to wolałem wykonać to sam. Elektryka, hydraulika, przygotowywanie jedzenia. To należało do moich obowiązków. Przystosowałem nawet gniazdka dla osób na wózkach - wspomina Ryszard Torba.
     Po 2-3 latach nastąpiła zmiana. Z Warszawy przeniesiony został do nowo otwieranego ośrodka koło Nowego Dworu Mazowieckiego.
     - Marek często mnie potrzebował w różnych ośrodkach na terenie Polski. Gdzie tylko się pojawiałem, to starałem się mobilizować ludzi do tego, żeby byli samowystarczalni. Że jak coś robią, to robią dla siebie. Lenistwo, to jest dość popularna cecha, ale ja jej nie cierpię. Od dzieciństwa jestem przyzwyczajony do pracy - powiedział prezes.
     Kotański miał do niego zaufanie i kierował go do ośrodków, w których znajdowali się trudni lokatorzy. Przez ok. rok prowadził Centrum Samotnych Matek i Dzieci w Warszawie.
     - Nazywało się „Bajka”, ale bajką wcale nie było. Wśród mieszkańców „Bajki” znajdowało się 12-14 kobiet z dziećmi, które były po prostu non stop pijane i miały nie mniej jak dwa promile w organizmie. W czasie mojego zarządzania „Bajką” wyznaczyłem kilka matek z dziećmi, zawiozłem i ulokowałem w kontenerach mieszkalnych pod Bełchatowem. Zostawiłem im żywność i niezbędne rzeczy do przeżycia. Na początku strasznie się buntowały. Nie zabrałem ich stamtąd. Zostały i po 3 miesiącach zaskoczyły mnie. Przyjechały do „Bajki” z kwiatami i podziękowaniami za to, że je tam, pod Bełchatowem, umieściłem. W „Bajce” byłem ponad rok. Jak odszedłem, to zaczęły się tam cyrki - opowiada.
     Potem znalazł się w Świerkowie. Marek Kotański skierował tam Ryszarda Torbę po tym, jak doszło tam do zabójstwa, z zadaniem likwidacji ośrodka. W Gościejewicach musiał zaadaptować blok po PGR, który przekazała gmina. Były tam tylko same ściany.
     - Musiałem wybudować dach, postawić ściany wewnątrz, wybudowałem drewniane schody, bo innego materiału nie miałem - opowiada.
     ŚMIERĆ KOTANA
     - Krótko przed wyjazdem do ośrodka w Suchym Lesie rozbieraliśmy kontenery robotnicze przy pasie startowym na Okęciu. Były to drewniane konstrukcje, które potem przewieźliśmy do Suchego Lasu. Jeszcze jak żył Marek chcieliśmy tam postawić z tych baraków dwa budynki mieszkalne. Pech chciał, że Marek się wtedy zabił. Pojechałem „żukiem” do Warszawy, bo potrzebowałem od Marka pełnomocnictw do załatwienia spraw formalnych z władzami Poznania. Rozmawiałem z nim o 22:20. Umówiliśmy się na następny dzień na 10:00. Marek wsiadł w dżipa i pojechał. W nocy nadeszła wiadomość, że miał wypadek i nie żyje. Po śmierci Marka musieliśmy się z Suchego Lasu wyprowadzić. Ludzie myśleli, że jak Marka nie ma, to nic z tych ośrodków nie będzie i zaczęli się wycofywać ze współpracy. Wtedy około 40% placówek padło. A prowadzenie schronisk na terenach z krótkim okresem dzierżawy nie miało racji bytu - mówi Ryszard Torba.
     Po tym jak ośrodek w Suchym Lesie miał zostać zlikwidowany, mieszkańcy chodzili za nim i płakali. Miał propozycję od brata, ale stwierdził, że nie mógł zostawić podopiecznych.
     - Szansę na inne życie miałem. Brat ma firmę. Chciał ją prowadzić razem ze mną. Ojciec namawiał mnie, abym skorzystał z okazji i przyjechał. Bałem się zostawić tych ludzi, bo nie wiedziałem, czy ktoś dałby radę z nimi funkcjonować - mówi.

Reklama

Co roku w Barcinie prowadzona jest mikołajkowa akcja charytatywna, podczas której grono dzieci zostaje obdarowane upominkami. W tym roku paczki otrzymało 68 dzieci ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Barcinie, a wręczaniu podarunków towarzyszyły występy uczniów. Akcja organizowana jest przez Elżbietę Zimmermann i nauczycieli Szkoły Podstawowej nr 2 w Barcinie. fot. Magdalena Kruszka

     PRZYSTANEK KOŁACZKOWO
     - Czekałem na kogoś w Szubinie. Osoba ta załatwiała coś w urzędzie, a ja wykorzystałem ten czas na szukanie miejsca, właśnie dla tych ludzi z Suchego Lasu. Wcześniej zjeździłem całą Polskę i nic nie znalazłem. Lada moment miała zacząć się zima i musiałem zrobić coś, żeby ludzi gdzieś umieścić. Objechałem teren wokół Szubina i trafiłem tutaj. Na tablicy przy bramie zobaczyłem kto jest właścicielem. Skontaktowałem się z Jackiem Lucińskim. Po dwóch, trzech rozmowach właściciel zgodził się użyczyć teren dla „Mar-Kotu”. Jak zdecydowaliśmy się utworzyć stowarzyszenie „Judym”, musiała być zgoda właściciela. Nie robił nam przeszkód - twierdzi Ryszard Torba.
     Pod koniec 2009 roku pisaliśmy o tym, że Ryszard Torba zniknął z ośrodka, a mieszkańcy zostali zostawieni samym sobie. Członek zarządu stowarzyszenia Adam Żebracki nie mógł się z prezesem skontaktować i nie miał dostępu do konta bankowego, aby zapłacić za prąd. Mieszkańcy ośrodka nie wiedzieli gdzie jest, bo wyjazd Ryszarda Torby był niespodziewany. Nie orientowali się też, czy wróci. 
     - W ubiegłym roku nieprzemyślane decyzje pracowników spowodowały, że trafił mnie szlag i musiałem wyjechać - wyjaśnia.
     Ryszard Torba powiedział, że wtedy nie było go trzy tygodnie. Mówi, że musiał odpocząć od ośrodka. Odreagować to wszystko, pomimo że Marek Kotański nauczył go radzić sobie w trudnych sytuacjach.
     ZADANIA NA ŻYCIE
     W tym roku, oprócz imprez dla mieszkańców, udało się wyremontować budynek, w którym jest biuro i noclegownia. Ryszard Torba podkreślał kilkakrotnie, że sytuacja w ośrodku zmieniła się na dużo lepszą po zatrudnieniu Marleny Nowaczewskiej i Angeliki Szymańskiej. - Przez cztery lata zwolniłem stąd około 30 pracowników. Od stycznia i lutego, kiedy są te dwie panie, jestem bardzo zadowolony z ich pracy. Dzięki nim mam o połowę roboty mniej. W tym roku zorganizowały już cztery imprezy dla podopiecznych, w tym jeden wyjazd do Lichenia - powiedział prezes
     Prezes nie może się nachwalić swoich pracownic. Mówi, że organizują spotkania terapeutyczne z mieszkańcami dwa razy w tygodniu. Mobilizują ludzi do aktywnego życia.
     - W przeszłości z pracownikami różnie było i sprowadzało się do tego, że sam musiałem wszystko robić. Takie podejście dawnych pracowników dobijało mnie. Miałem dość przez pół roku, rok zwracać uwagę komuś kto twierdzi, że chce pracować. Teraz zaangażowanie pracownic jest bardzo duże. Zostają dłużej i jeszcze coś robią. Dawniej pracownicy zjawiali się o 10:00, a te są już przed ósmą, przekazują mieszkańcom wskazówki co mają robić i angażują się bez ograniczenia. Przygotowują mieszkańcom listy z zadaniami na 2-3 dni. Piszą co mają zrobić i jak, żeby nic się nie zmarnowało. Zaskoczyło mnie to, że są jeszcze tacy ludzie, którzy chcą pracować, a nie muszą - chwali prezes.
      Każdy podopieczny zgodnie z regulaminem zobowiązany jest do pracy w ramach terapii zajęciowej. Każdy ma przydzielone obowiązki i według nich pracuje. Wszyscy mają o 8:00 śniadanie, o 14:00 obiad, a o 18:00 kolację. Co wtorek odbywają się zajęcia terapeutyczne prowadzone przez wolontariuszkę Monikę Koth, studentkę resocjalizacji. Natomiast co czwartek zebrania prowadzone przez pracownika ośrodka Marlenę Nowaczewską. Zajęcia mają na celu omówienie i rozwiązanie wszelkich problemów i konfliktów
     Wypłaty pracowników i inne wydatki są finansowane z wpłat, które wnoszą podopieczni. Koszt pobytu w ośrodku w Kołaczkowie wynosi 20 zł na dobę. Ci, którzy mają rentę, płacą sami za siebie. Są też osoby, za które płacą gminy, bo samorządy są zobowiązane zapewnić dach nad głową osobom bezdomnym. Innych dochodów stowarzyszenie Judym nie ma. - Tu nie ma żadnego innego dofinansowania. Odkąd tu jesteśmy nie dostaliśmy żadnego grosza. Moje kontakty z różnymi ludźmi i rodziną pozwalają na zorganizowanie jakiejś pomocy dla tych ludzi, którzy tu są - dodaje Torba.
     NA SWOJEJ ZIEMI
     To co chciałby zrobić, to znaleźć coś na własność dla stowarzyszenia. Chce jeszcze coś wybudować dla ludzi. Jednak, żeby wybudować, musi mieć odpowiednie fundusze. Może się o nie ubiegać, ale bez własnego gruntu nie dostanie dofinansowania. Różne terminy umów dzierżawy nie pozwalają na to.
     - A jak już to się stanie, to chciałbym przekazać to takim ludziom jak moje obecne pracownice - deklaruje.

Reklama

Remigiusz  Konieczka
Pałuki nr 984 (51/2010)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości