Dowódca akcji: - Polna droga była podmokła, ale z pewnością nie błądziliśmy
Samotny dom spłonął w polu
Pierwsze relacje z wydarzeń, do których doszło w Jeżewie pod Łabiszynem w nocy z 5 na 6 stycznia były jednoznaczne i odpowiedzialność za pożar domu mieszkalnego zrzucały na Adama S. Mało tego, przedstawiano go jako wyrodnego syna, który chciał spalić żywcem swego ojca. - Oczywiście, że nie chciałem spalić ojca. Ja nawet domu nie podpaliłem celowo. To był przypadek - tłumaczy Adam S. - Rzeczywiście wina podejrzanego nie musi być aż tak jednoznaczna, skoro sąd nie zastosował wobec niego nawet aresztu tymczasowego i zwolnił go do domu - przyznała po kilku dniach policja.
Na uboczu wsi Jeżewo pod Łabiszynem stoją w odległości około 100 metrów od siebie dwa domostwa. A właściwie stały obok siebie do połowy zeszłego tygodnia. Po jednym z nich bowiem w czwartek 6 stycznia nad ranem zostały tylko zgliszcza.
W stojącym bardziej na południe domu mieszkają państwo Lewandowscy. Zaś w czterech ścianach, które nocą ze środy na czwartek uległy płomieniom do feralnego wieczora mieszkali Tadeusz S, jego syn Adam S., a także konkubina tego drugiego, Anna G.
Paweł Lewandowski, sąsiad pogorzelców, na zgliszczach W środę około 23 państwo Lewandowscy przygotowywali się w swoim domu do snu. Wówczas jeszcze odwiedziła ich Anna G. - Pytała, czy nie ma, albo nie było przed chwilą u nas dziadka. To znaczy chodziło jej o Tadeusza, który jest ojcem Krzysztofa (Adam S. na drugie imię nosi Krzysztof, ale to właśnie tak przeważnie zwraca się do niego rodzina i znajomi - przypis kg). Pani Anna mogła go tutaj u nas szukać, bo wcześniej pan Tadeusz przyzwyczaił się przychodzić do nas po wodę. Wprawdzie oni pogłębili ostatnio swoją studnię przy domu, ale pan Tadeusz i tak twierdził, że my mamy smaczniejszą wodę i przychodził często po nią. Ale tamtego wieczora nie było go u nas przed wizytą pani Anny. Wcześniej widziałem go bodaj tylko rano w tamtą środę - opowiada Paweł Lewandowski.
Ale Tadeusz S. tamtego wieczora jeszcze się na posesji państwa Lewandowskich pojawił.
- Coś koło północy zaczął walić do naszego okna. Mówił, żebym telefonował po straż i policję. Nie wspominał, że się pali, ale skoro kazał wzywać straż, można się było tego domyśleć. Oczywiście zadzwoniłem na policję. Funkcjonariusz powiedział, że już on zawiadomi strażaków - kontynuuje pan Paweł.
Po chwili i on dostrzegł łunę ognia na posesji, którą zajmowali panowie S. oraz Anna G. Jak wspomina, długo czekali na strażaków. zarówno Paweł Lewandowski, jak i Adam S. i Anna G. wspominają, że było słychać syreny straży w oddali, ale wozy nie podjeżdżały.
- A kiedy już byli to nie gasili, bo czekali na energetykę, żeby prąd odłączyła. Jak już zaczęli gasić, to dach płonął. Nie mogli już tego opanować - wspominają świadkowie pożaru.
Tadeusz S., choć państwo Lewandowscy zapraszali go do domu, żeby mu podać herbatę, uspokoić go, wolał na wszystko patrzeć z podwórza.
- To dobry człowiek, taki szczuplutki pan, co motorem jeździł z tobołami po okolicy. Grzyby, jagody, świerk, jemioły zbierał po lesie i na targu w Łabiszynie sprzedawał. Miał jaką rentę chyba, ale to było dodatkowym źródłem jego utrzymania - opowiada Paweł Lewandowski.
- Kiedy się paliło, Tadziu stał z nami na podwórku, patrzył, nie jęczał, nie stękał. Nie wiem, czy był pobity, jak później się rozniosło. Stał obok nas, ale nie było widać śladów, że pobity, czy coś takiego. Tutaj na wiosce ciemno jak diabli. Świateł nie ma. Tylko wtedy z oddali ta łuna nas trochę zaczynała oświetlać, jak się pożar rozwijał. A Tadeusz tylko stał, patrzył na ogień i mówił w takim szoku: "Ciuchy, papiery mi się spaliły". A o tym, jak do tego doszło nie powiedział ani słowem, więc nie wiemy, czy to Krzysztof podpalił, jak mówiła policja, czy co innego - relacjonuje Tadeusz Lewandowski, ojciec Pawła.
Ten ostatni wskazuje, że ich domy leżą na kompletnym uboczu. Prowadzi do nich tylko polna droga. Nie ma lamp oświetleniowych. Kiedy pada, droga dojazdowa do tej zapomnianej części Jeżewa zamienia się w breję błota. A w połowie zeszłego tygodnia akurat obficie padało. - Taka sytuacja powoduje, że kiedy dzieje się coś złego - nie daj Bóg na przyszłość - u sąsiadów, tak jak ostatnio, czy u nas, to trafić tutaj służby ratunkowe nie mogą. Tu trzeba coś zmienić - wskazuje Paweł Lewandowski.
Kapitan Sławomir Ryś z Państwowej Straży Pożarnej w Żninie, stanowczo nie zgadza się z opiniami, że strażacy pobłądzili i przez to nie uratowali domostwa.
- Zawiadomienie przyjęliśmy dokładnie dziesięć minut po północy. Już po 18 minutach na miejscu pojawiły się 2 zastępy OSP Łabiszyn, które miały najbliżej. A biorąc pod uwagę, że miały do pokonania kilka kilometrów, i w końcowym etapie na polnej drodze w błocie, to pojawienie się ich na miejscu jeszcze przed 030 uważam za bardzo dobry rezultat. Strażacy z Łabiszyna od razu też przystąpili do gaszenia. Nie było żadnego oczekiwania - jak to później nie znający się w materii obserwatorzy opowiadali - na energetykę, która miałaby odłączyć prąd. W mojej karierze zawodowej jeszcze się nie zdarzyło, żeby straż stała na miejscu i czekała z gaszeniem. Bowiem nawet jeśli założymy, że jest w płonącym budynku prąd i powstaje nadpalenie przewodów, to w momencie polania wodą powstaje zwarcie i od razu wyrzuca bezpieczniki. Zatem energetyka nie ma tutaj większego zdarzenia. Mogę stwierdzić z całym przekonaniem, że budynek w momencie, kiedy się tam pojawiliśmy był już nie do uratowania. Pożar za bardzo się rozprzestrzenił. Być może byłoby inaczej, gdyby ogień został przez pogorzelców stwierdzony wcześniej, i wcześniej też otrzymalibyśmy wezwanie - powiedział Sławomir Ryś. Dodajmy, że oprócz strażaków z Łabiszyna, kilka minut później dojechali też druhowie z Barcina, Mamlicza i JRG Żnin.
Na miejscu byli nie tylko strażacy, ale też policjanci. Zabrali oni na przesłuchanie Tadeusza S. i Annę G., którzy pożar oglądali z podwórza państwa Lewandowskich. Póź niej Tadeusz S. trafił do szpitala w Szubinie, bo źle się poczuł. Policjanci początkowo nie mogli przesłuchać Adama S., bo tułał się on gdzieś po pobliskich lasach, mając przy sobie psy, które zbiegły razem z nim z płonącej posesji. Dopiero następnego dnia policja odnalazła go około 900 siedzącego na legowisku w miejscu po spalonej oborze, która była dobudowana do budynku mieszkalnego, który zajmowali wcześniej pogorzelcy. Badanie na zawartość alkoholu wykazało tamtego ranka, że Adam S. ma w wydychanym powietrzu ponad 0,30 promila.
Policja po wstępnych przesłuchaniach wydała oświadczenie, że przyczyną pożaru było celowe podpalenie, którego miał się dopuścić po pijanemu, w trakcie rodzinnej awantury, 29 - letni Adam S. Według tego oświadczenia Adam S. miał najpierw wylać substancję łatwopalną na spodnie swego 58 - letniego ojca, Tadeusza S. oraz na dywanik leżący na podłodze i na sprzęty w domu, a następnie zaczął to podpalać przy użyciu zapalniczki. Według tego komunikatu, Tadeusz S. zdołał się uratować tylko dzięki udanej ucieczce z domu. Sama posesja jednak spłonęła.
Adam S. jest zszokowany taką relacja przedstawioną przez policję. Dodajmy, że po zatrzymaniu go w czwartek rano w barłogu na pogorzelisku, trafił do policyjnej izby zatrzymań. Wypuszczono go w sobotę.
Bezpośrednio w sposób fizyczny w pożarze w Jeżewie ucierpiał - Nie wiem dlaczego ojciec takie zeznania przedstawił policji, że chciałem go podpalić, ze wylewałem na niego jakąś substancję łatwopalną. Ja nie tylko nie chciałem podpalić ojca, ale też nie wylewałem i nie podpalałem celowo jakiejś substancji, żeby spalić w rezultacie dom. Nie wiem, jak powstał pożar. To był przypadek. Choć przyznaję, że byłem tamtego wieczoru wypity - broni się Adam S.
Adamowi S. policja przedstawiła zarzut podpalenia mienia. Ale on stanowczo zaprzeczył w rozmowie ze mną, żeby biegał po mieszkaniu, po pokojach i wylewał łatwopalną substancję na podłogi i meble.
- Ten pożar wcale nie powstał w samym domu, a ojciec nie uciekał wybiegając z niego, tylko razem z nim wydostawałem się przez okno - relacjonuje podejrzany - Tamtego dnia byliśmy z Anią na zakupach w Łabiszynie. Rowerami, bo "polonez". który mam zatarł mi się we wigilię. Wracając do domu, trafiliśmy do sąsiadów (nie chodzi tu jednak o państwa Lewandowskich, ale o trochę dalszych sąsiadów, którzy mieszkają w posesji oddalonej o kilkaset metrów - przypis kg). Pytał czy nie mam papierosów. Owszem, ale musiałem ukręcić papierosy z tytoniu, a maszynka była u mnie. ale tak od słowa do słowa zaczęliśmy - przyznaję - pić wódkę. Akurat miałem wódkę, bo wcześniej kupiłem razem z innymi zakupami w Łabiszynie. Później jeszcze, już w trakcie imprezy dokupiliśmy jeszcze alkohol.
Adam S. mówi, iż tamtego wieczoru wspólnie ze znajomymi wypili 4 butelki praktycznie w trzy osoby. Ale impreza przenosiła się z domu sąsiadów do do mu S. W pewnym momencie sąsiad Adama S. - według relacji tego ostatniego - chciał pożyczyć skórzaną smycz do psa. Adam S. chciał oddać tę przysługę znajomemu. - Smycz była w takiej szafie na półce w jej wnętrzu. A szafa stała w naszej takiej altance dobudowanej do części mieszkalnej. I przez tę altankę również wiodło wyjście z domu na zewnątrz. Kiedy sięgałem smycz, łokciem trąciłem słoiczek mały po ketchupie, który w tej szafce stał. A w słoiczku tym była benzyna. Gdzieś tak 1/3 tego słoiczka była wypełniona benzyną. Słoiczek spadł na podłogę, trochę się rozlało na chodniczku, który tam był położony, a reszta na gumolicie. Ania jeszcze to mopem wytarła - mówi Adam S.
Jak wspomina, benzyna w szafce wlana do słoika została po Sylwestrze. Otóż Adam S. zakupił wówczas petardy, z których jednak część nie mogla zostać odpalona w normalny sposób, bo starły się tam zadraski. Ale mężczyzna nie chciał utracić tych petard, i moczył je w benzynie w słoiczku po to, żeby później w polu móc je odpalić przez rzucony na petardę ogień, przy jednoczesnym uskoku własnym do tyłu. Resztki benzyny jednak zostały w domu, co miało kluczowe później znaczenie dla powstania pożaru.
Już po przetarciu podłogi z benzyny, młodzi ludzie bawili się dalej u sąsiadów. Anna G. wróciła wcześniej. Jak opowiada rzeczywiście szukała Tadeusza S. u Pawła Lewandowskiego. W tamtym czasie wrócił Adam S.
- Kiedy wchodziłem do domu, nic się w altance nie działo. Ojciec leżał na tapczanie w głębi mieszkania, w swoim pokoju. Pytałem go o Anię, odpowiadał, że wyszła do Pawła po mleko, czy po coś. Nie wiem. Gadaliśmy. Później chciałem wyjść poszukać Anię. Nie wiem, ile to było po moim przyjściu do domu. Tak do pół godziny, kiedy otwierałem drzwi do przejścia przez altankę, żeby wyjść na zewnątrz i poszukać Ani. Ale już nie wyszedłem, bo w altance był normalnie żywy ogień. Nie wiem, jak wybuchł, ale to nie było jakieś tlenie się, ale duże płomienie. Szybko zawołałem na ojca, że się w altance pali, i poprowadziłem go przez okno pokoju z tyłu, bo tylko tak mogliśmy uciec. Później jeszcze wiadro wylałem wody na ten ogień. Wodę wziąłem ze studni na podwórzu. Nic to nie dawało. Było już za późno. Byłem w szoku. Nie wiedziałem, co się dzieje. Wypuściłem psy z kojca i gdzieś się tułałem całą noc po lesie. Rano wróciłem na pogorzelisko i tutaj zastali mnie policjanci.
Również rano, ale wcześniej, bo jeszcze w ciemnościach w czwartek, Adama S. szukała w okolicy Anna G., która wróciła z policji. - Ja nie byłam pobita, jak później opowiadano we wsi, i pisali tak w gazetach. Owszem, przyznaję, że rok temu może wzywałam raz policję na interwencję spowodowaną agresją Krzysztofa. Ale tego wieczora w środę on nie był agresywny. Szukałam go rano w okolicy, nawoływałam. Ale wracając do pożaru, to bardzo mnie zastanawia to, że ojciec Krzysztofa nie gasił altany, kiedy jeszcze był wewnątrz, i Krzysztof go zawołał, że się pali - dziwi się Anna G.
Chodzi o to, ze Tadeusz S. dzień wcześniej, we wtorek - jak opowiadają młodzi - nanosił od sąsiadów wody, która stała w pomieszczeniu tuż przy przejściu wiodącym przez altankę. - To były dwie kany: 20 i 25 litrowa oraz wiadro. Wszystko pełne wody. Krzysztof nie wiedział, że one tam pod stołem stoją. Ojciec mu nie powiedział. A gdyby to wtedy wylać na ogień, to pewnie pożar nie rozprzestrzeniłby się - mówi Anna G.
Zapytałem ją, czy jest prawda, że i ona była tamtej nocy pod wpływem alkoholu. Przyznała, że tak, pokazując wydruk alkotestu policyjnego z uwidoczniona wartością 0,57 promila.
Spalone domostwo nie było własnością pogorzelców. Od marca 2003 r, wynajmowali je od czterech sióstr - współwłaścicielek, dla których był to dom rodzinny. Kiedyś się w nim wychowywały. zatem to one poniosły największe straty.
Pogorzelcy stracili cały dobytek: wyposażenie mieszkania, odzież, dużą część dokumentów. Anna G. i Adam. S. zamieszkali tymczasowo w maleńkim pokoiku w Łabiszynie, w którym mieszka na co dzień matka Adama S. Nie wyobrażają tam sobie dalszego życia.
Tadeusz S. miał po pożarze duże kłopoty ze zdrowiem. Trafił do szpitala w Szubinie. Jego sytuację pilotuje Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Łabiszynie. Według ustaleń, które poczyniła kierownik MOPS, Regina Słowińska, Tadeusz S. wyjść miał ze szpitala być może już w środę (wczoraj). MOPS przekazał mu jednorazowy zasiłek w wysokości 100 zł na potrzeby związane z pobytem w szpitalu. Otrzyma on również środki w postaci odzieży, bo przecież wszystko stracił. MOPS załatwił też i opłacił miejsce dla Tadeusza S. w noclegowni w Bydgoszczy. - Pan Tadeusz S. zgodził się tam zamieszkać. Obecnie w gminie nie dysponujemy mieszkaniami zastępczymi. Kiedy się coś zwolni, to Tadeusz S. będzie mógł z powrotem wrócić do naszej gminy - powiedziała Regina Słowińska.
Jeśli chodzi o Adama S. i Annę G., to burmistrz Jacek Kaczmarek powiedział, że gmina nie ma obowiązku pomagać człowiekowi, który sam przyczynił się do spalenia mienia. W dodatku nie swojego. - Nie mamy żadnej opcji pomocowej, i na razie nie będziemy mieli. Adam S. dotychczas sam wynajmował mieszkania od prywatnych właścicieli. Nie mamy obowiązku szukać mu zatem mieszkania zastępczego, zwłaszcza, że sam się przyczynił do pożaru. Z kolei jego konkubina w ogóle nie jest mieszkanką naszej gminy, zatem i wobec niej nie my mamy obowiązki - powiedział twardo burmistrz.
Regina Słowińska przyznała, że Anna G. pochodzi z Kołaczkowa w gm. Szubin i teoretycznie to nie Łabiszyn powinien jej pomagać ale rodzimy samorząd. Natomiast Adam S., jako mieszkaniec gminy Łabiszyn może skorzystać z pomocy ustawowo przysługującej pogorzelcom, którzy utracili cały dobytek. Musi jednak złożyć w tej sprawie wniosek w MOPS, a tego do wtorkowego popołudnia nie zrobił.
Bezpośrednio w sposób fizyczny w pożarze w Jeżewie ucierpiał jedynie kot Tadeusza S., który uległ poparzeniom, a także prawdopodobnie oślepieniu. Był maści białej, ale po pożarze jego sierść stała się rudawa. Żył jeszcze do piątkowego popołudnia cierpiąc w zgliszczach domu. Wezwałem mu na pomoc doktora weterynarii z Łabiszyna, ale Ryszard Lisiewski nie zdołał mu pomóc. Po przybyciu do Jeżewa zastał czworonoga już martwego.
W posesji żyły przed pożarem również 4 psy. Po opuszczeniu policyjnego aresztu Adam S. dwa z nich zabrał razem z konkubiną do swojej matki. Dwa pozostałe psy oddał na przechowanie znajomym. Żaden z nich nie ucierpiał wskutek pożaru
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze