Reklama

Święta na swoim, ale nie dla wszystkich

Pół roku temu wraz z zawaloną ścianą zawaliło im się życie. Trzy rodziny w jednej chwili znalazły się na bruku. Dla części z nich marzenia o świętach na swoim się spełnią. Jedna rodzina na powrót do domu musi jeszcze poczekać.

„Jakby nie było co jeść, czym palić, to byłoby źle” - mówi Leszek Rosiek fot. Remigiusz Konieczka

     Środek lata, 30 lipca, Słupy w gminie Szubin, około 9:00. Iwona Bajczyk była w domu. Jakiś dziwny dźwięk dotarł do jej uszu. Później powiedziała, że słyszała jakby coś biegało za ścianą. Nagle zobaczyła, jak router wylatuje do góry. Urządzenie było podłączone do gniazdka w ścianie. Potem gniazdko razem ze ścianą wyleciało na zewnątrz, a router pociągnięty przez kabel razem z nimi.
     Ten widok był dla niej takim szokiem, że stanęła jak wryta. Walącą się ścianę zobaczył sąsiad, który wezwał straż. Wszyscy, którzy byli w środku, musieli wyjść na zewnątrz. Potem wrócili na chwilę po rzeczy, ale mieszkać już tam nie mogli. Powiatowy inspektor nadzoru budowlanego z Nakła Bogusław Wołowicz uznał, że budynek nie nadaje się do zamieszkania i nakazał rodzinom opuszczenie go. W budynku mieszkały trzy rodziny; 14 osób. Początkowo nakaz opuszczenia miały dwie rodziny, ale ta trzecia bała się zostać w zrujnowanym budynku i też się wyprowadziła. Lokatorzy w 2012 roku przeżyli pożar, wyremontowali mieszkania, a teraz znów musieli odbudowywać swój dorobek.
     Iwona Bajczyk z rodziną zamieszkała u swoich rodziców. Cały czas marzyła o tym, by święta Bożego Narodzenia spędzić w swoim domu. Jeszcze latem realizacja marzeń wydawała się odległa. Nie dość, że na remont potrzeba było kilkadziesiąt tysięcy złotych, to zawaliła się druga szczytowa ściana. Jest coś takiego w społecznościach, że w obliczu trudnych chwil się mobilizują. Zmobilizowali się też mieszkańcy Słupów, gminy Szubina, ale nie tylko.
     Sołtys Słupów Agnieszka Krajnik-Damazyn przy wsparciu innych życzliwych osób zorganizowała koncert charytatywny. Odbyło się pięć występów wykonawców muzyki disco i dance. Koncert odbył się 13 września, a pieniądze uzyskane podczas imprezy zasiliły subkonto poszkodowanych. Trzeba dodać, że do pomocy dołączył Parafialny Oddział Akcji Katolickiej, tworząc przy swoim koncie subkonto dla poszkodowanych. Pomoc płynęła z innych sołectw, z gminy Szubin, z Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, Caritas, leśnictwa i słupeckiej parafii pw. św. Wita. Już 17 września sołtys na portalu społecznościowym zamieściła zdjęcie z podpisem Ruszyły prace.

Reklama

Iwona Bajczyk nie ukrywa radości i mówi, że jej marzenie o powrocie na święta do domu się spełniło fot. Remigiusz Konieczka

     W Słupach byliśmy 17 grudnia, trzy miesiące po rozpoczęciu prac i pięć miesięcy po katastrofie. Iwona Bajczyk nie ukrywa radości i mówi, że jej marzenie o powrocie na święta do domu się spełniło. Mieszkanie zupełnie nie przypomina tego, co oglądaliśmy w lipcu. Została odbudowana ściana, potem dach, wnętrze, nowe podłogi. Koszt związany z zakupem materiału budowlanego udało się pokryć z uzbieranych z różnych źródeł pieniędzy. Remont wnętrza rodzina przeprowadziła własnymi siłami. Na szczęście ściana przewróciła się na zewnątrz, więc meble nie uległy zniszczeniu. Mieszkanie jest odmalowane, zadbane, aż się nie chce wierzyć, że jeszcze nie tak dawno był tam plac budowy. Budynek zyskał nie tylko nowy dach, ale również rynny. Iwona Bajczyk przyznaje, że marzy jej się jeszcze odmalowanie ścian zewnętrznych, ale to marzenie na razie musi odłożyć na przyszłość. Cieszy się z tego, co ma.
     - Chciałabym podziękować wszystkim dobroczyńcom, którzy przyczynili się do odbudowy - mówi mieszkanka Słupów. - Pomogli spełnić marzenie, by święta spędzić w swoim mieszkaniu. Dziękuję pani sołtys i proboszczowi. Cieszę się, że tylu ludzi nam pomogło.
     Leszek i Joanna Rosiekowie oraz piątka ich dzieci trafili do świetlicy wiejskiej w Słupach. Ich również odwiedziliśmy w dniu tragedii. Próbowali jakoś wszystko ogarnąć. I tak ogarniają już pięć miesięcy.
     Świetlica wiejska mieści się w starym dworku, w którym kiedyś była Szkoła Podstawowa. Do dziś po szkole został szyld, który wisi nad oknami pomieszczenia zajmowanego przez rodzinę Rosieków. Od frontu można wejść do sklepu, przed którym często przebywają stali klienci. Wejście do świetlicy znajduje się z tyłu budynku. Naszą uwagę zwraca biało-czerwona flaga wywieszona na drzewie, nieopodal wejścia. To Leszek Rosiek ją wywiesił. Zrobił to - jak powiedział - by uczcić 34. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. W tym czasie pracował w kopalni i brał udział w strajkach. Teraz tak upamiętnia niedzielę
13 grudnia 1981 roku.
     Drzwi do świetlicy zostały wzbogacone o dodatkowe ocieplenie, przez co nabrały osobliwego wyglądu. Mieszkaniec Słupów pochwalił się, że uszczelnił też okna. One również wyglądają dość oryginalnie - białe ramy z niebieską, niewyrównaną pianką. Grunt, że spełniają swoje zadanie. Pałac jako własność Agencji Nieruchomości Rolnych ekipy remontowej dawno nie widział, więc każdy musi jakoś sobie radzić. Siedmioosobowa rodzina w korytarzu ma kuchenkę na butlę gazową, jest stół pod ścianą, szafa, kilka krzeseł. Lokatorzy mogą skorzystać z toalety. W porównaniu z poprzednim mieszkaniem to udogodnienie, bo tam łazienki nie było. Swoje potrzeby dorośli członkowie rodziny załatwiali w ubikacji na zewnątrz, a dzieci w mieszkaniu. Szamba też nie było, a jedynie odpływ na zlewki z kuchennego zlewu. W świetlicy wszyscy śpią w jednym pomieszczeniu. Łóżka są rozstawione przy ścianach. Na środku pomieszczenia stoi stół. Całe pomieszczenie ogrzewa piec kaflowy, a obok niego jest regał z książkami. Opału nie brakuje, bo drewno pochodzi ze spalonego dachu. Na podłodze leżą dywany, a po niech wesoło biega szczeniak.
     Leszek Rosiek mówi, że dadzą radę zimę w świetlicy przeżyć. - Jakby nie było co jeść, czym palić, to byłoby źle. Mamy co jeść, do pieca jest co włożyć, to nie jest źle. Może trochę pieniędzy by się więcej przydało - mówi mieszkaniec Słupów. On i żona nie pracują. Otrzymują renty i zasiłki na dzieci. Dodaje, że całe dni ma wypełnione rozjazdami. A to z dzieckiem do lekarza, do szkoły, z sobą do lekarza. Martwi się, że nie był jeszcze w szkole w Żninie, w której uczy się syn, ale twierdzi, że pojedzie. - Ktoś powie, że sobie tak jeżdżę, a jeżdżę, bo muszę.
     Oni również otrzymali pomoc od tych wszystkich osób i instytucji, które pomagały ich sąsiadom. Ale ta rodzina spędzi święta w świetlicy. W starym mieszkaniu prace remontowe ślimaczą się. Jest tam jeszcze stare wyposażenie, jakieś meble, zlew, żyrandol na ścianie. To nie jest tak, że nic tam się nie robi. Instalacja elektryczna już została wykonana. Jeden z synów codziennie tam chodzi, pali w piecu, osusza ściany, kuje gruz. Jednak końca prac z trudem wypatrywać. Z zadaniem mieszkańcy Słupów jakby sobie nie do końca radzili.
     Proboszcz ks. Leszek Kroll wziął sprawy we własne ręce i skierował tam ekipę remontową. Lokatorzy mają uporządkować swoje mieszkanie, by potem mogła wejść ekipa remontowa Jacka Wiśniewskiego z Kowalewa. W rozmowie z Pałukami proboszcz parafii św. Wita w Słupach wyjaśnił, że najważniejsze jest wykonanie łazienki, której dotychczas państwo Rosiekowie nie mieli, i wykonanie szamba. Potem będzie konieczny remont reszty mieszkania.
     Leszek Rosiek pokazuje choinkę, która lada dzień zostanie ubrana i pokaźną ilość choinkowych ozdób. Jest dobrej myśli. Mówi, że dużo w starym mieszkaniu do zrobienia nie zostało, że teraz już tylko z górki, że teraz to na pewno w lutym wrócą na swoje. Jeśli nie te, to może święta wielkanocne uda się tej rodzinie spędzić w dawnym mieszkaniu. Tego będą chyba sobie życzyć w wigilię.

Reklama

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1245 (51/2015)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości