Reklama

Szukają mieszkań na wynajem, na gminę nie liczą

Gmina pokazała cztery lokale zastępcze pogorzelcom, które - jak mówią poszkodowani - nie nadają się do zamieszkania, gdyż są albo zdewastowane, albo bez ogrzewania i zaciekają. Wszyscy starają się pozyskać mieszkania, aby mieć swój, choć wynajęty kawałek dachu nad głową, mimo że obawiają się kosztów, jakie to za sobą pociągnie. Gmina zapewnia, że robi co może i jest gotowa pomóc.

Po pożarze kamienicy w Janowcu wszyscy poszkodowani starają się pozyskać mieszkania, aby mieć swój, choćby wynajęty kawałek dachu nad głową. Gmina pokazała wprawdzie cztery lokale zastępcze pogorzelcom, ale - jak mówią poszkodowani - nie nadają się one do zamieszkania, gdyż są albo zdewastowane, albo bez ogrzewania i zaciekają. Na zdjęciu Barbara i Piotr Frąszczakowie w pokoju syna, gdzie ogień strawił dach, sufit, ściany i podłogę. fot. Sylwia Wysocka

     Kilkanaście minut przewróciło ich życie do góry nogami. Niemal cały dorobek życia pięciu rodzin zniszczył ogień, dym, czad i woda. Z tego co udało się uratować, wynieść z mieszkań zwłaszcza na piętrze, trudno cokolwiek odzyskać. Sprawdziły się słowa strażaków, że meble, kołdry, poduszki, plastikowe wyposażenie - będą się nadawały tylko do utylizacji, bo wydalające się w trakcie pożaru związki wnikną tak bardzo, że nie sposób będzie pozbyć się szkodliwego zapachu spalenizny.
     SMRÓD POŻARU, ZACIEKI I GRZYB
     Ofiary pożaru opowiadają o pranej po kilka razy odzieży, która wciąż ma nieprzyjemny zapach, o drukarce, telewizorze, gitarach, meblach, z których wciąż wydobywa się smród pożaru, mimo że wietrzą się już półtora tygodnia.
     Natomiast na parterze nie tyle ogień i dym, co woda użyta do akcji gaszenia pożaru, jak i ostatnie ulewy, mimo zabezpieczonego plandeką dachu, sprawiły ogromne straty. Mokre sufity i ściany, odpadający tynk, pleśń, grzyb i zapach stęchlizny. W jednym z mieszkań na podłodze w kuchni kałuża.
     Do tego cały budynek pęka, na ścianach i sufitach pojawiają się głębokie rysy, a dodatkowo sufity sprawiają wrażenie jakby miały zaraz zapaść się do środka. Poopuszczały się, popękały, na korytarzu odpadł tynk, widać trzcinę i pecę.
     BEZ DACHU NAD GŁOWĄ
     Pięć rodzin musiało opuścić swoje mieszkania, w panice i pośpiechu chwytając to, co najważniejsze. Inne rzeczy, jak dziś mówią, kradli pomiędzy kolejnymi wybuchami, kiedy wpuścili ich strażacy, którzy także sami wyciągali rzeczy wskazane przez mieszkańców. Resztę wynosili w niedzielę, i jak się okazało, niewiele udało się z tego odzyskać.
     Wszyscy na noc i kilka pierwszych dni trafili do swych bliskich. Teraz szukają czegoś pod wynajem, by mogli wrócić do częściowej choćby normalności, zdając sobie sprawę, że na barki wezmą kolejny ciężar związany z opłatami za wynajem.
     Opowiadają też o mieszkaniach, jakie zaproponowała im gmina. Jedno po byłym ośrodku zdrowia w Świątkowie. - Świątkowo - przychodnia z powybijanymi szybami, drzwi ze szkłem z oropiałą farbą, gdyby popchnął byłby w środku, wykładziny zalane nie wiadomo czym, toalety dwie, gdzie dziecko po wejściu do niej powiedziało, że ich po spaleniu wygląda lepiej niż ta, do tego smród niesamowity i syf. Prąd, instalacje, odpływy do kapitalnego remontu. Lokal przypominający melinę, podobne zaprezentowano nam na piętrze budynku świetlicy w Juncewie. Ściany, podłogi masakra, wszystko do remontu, zaciek, ściana się sypała - mówią mieszkańcy.
     Na parterze szansę na tymczasowe lokum stanowiła świetlica. Jednak, jak mówią mieszkańcy, miesiąc, dwa lub trzy ich w ogóle nie urządzają, bo najprawdopodobniej do swoich mieszkań już nigdy nie wrócą. Dodatkowo koszty ogrzewania świetlicy prądem znacznie przerosną ich możliwości finansowe. Była też świetlica w Bielawach, która też przeszła pożar, bez ogrzewania i z przeciekającym dachem gdzie porozstawiane były miski i wiadra do wyłapywania wody przeciekającej przez sufit podczas deszczu. - Kobiety, które tam przyszły, mówiły, że w ten sposób chronią podłogę a naczynia opróżniają, jak się zapełnią, by nie doszło do zalania. Sufit pozaciekany, obraz jak w naszych mieszkaniach i też bez ogrzewania - mówili mieszkańcy kamienicy przy Gnieźnieńskiej 6, którzy wspólnie wybrali się na rekonesans zaproponowanych im mieszkań, co wszystko starannie udokumentowali, by mieć dowody w sytuacji kiedy ktoś im zarzuci, że nie przyjęli pomocy w postaci lokali, jakie zaproponowała im gmina.

Sufit i ściany w mieszkaniu zajmowanym przez Krystynę Wypich fot. Sylwia Wysocka

     RACZEJ WYBURZENIE
     Pierwsi fachowcy zajmujący się ekspertyzą budynków uznali, że 80-85% nadaje się do wyburzenia. Mieszkańcy usłyszeli też, że koszt odbudowy może być wyższy niż budowa nowego budynku, obecnie zdecydowali się na kosztowną ocenę przez rzeczoznawcę, która da im podstawy do podjęcia kolejnych kroków.
     Opowiadając całą historię tragicznych chwil podczas spotkania, na które przybyli mieszkańcy tej kamienicy po to, by pokazać mi mieszkania, a raczej to, co z nich zostało, na nowo ożywały w nich emocje. Opowiadali co czuli, co robili, o czym myśleli w zagrożeniu utraty wszystkiego, czego dorobili się przez całe życie, w sytuacji zagrożenia życia własnego, swych bliskich czy zwierząt domowych. Ta sytuacja wywarła w ich psychice piętno, łzy mieszane z bezsilnością wobec widoku zniszczonych domostw, w których mieli mieszkać do końca życia. Jedni opowiadają o planowanym remoncie łazienki, gdzie nie zdążyli położyć płytek, inni o planie wymiany podłogi, jeszcze inni na dwa dni przed tragedią położyli nowe panele podłogowe, które miały im posłużyć na lata, a zalanie zniszczyło je w kilka dni. Pokazują wymienione okna, stopione kontakty w nawiązaniu do wymiany instalacji elektrycznej. Inni mówią, że w ubiegłym roku na dachu założona została nowa dachówka, a w tym roku miał być remontowany szczyt budynku i zapada cisza, a po niej pytania: czy jeszcze kiedyś tu wrócą, czy odbudują swój dom, czy będą jeszcze sąsiadami, bo tragedia zbliżyła ich bardzo.
     KORYTARZ
     Już na korytarzu mieszkańcy pokazują skutki pożaru i wody. Z sufitu odpadł tynk, widać trzcinę i pecę, do tego pękają ściany, robią się rysy, widać plamy i zacieki.
     - Tego nie było, a zobaczcie, co tu się dzieje, z dnia na dzień powstają nowe rysy, wszystko pęka. Na ścianie szczytowej są nowe pęknięcia od góry do dołu - mówią mieszkańcy tego budynku.

Reklama
Marek Ryska w swojej osmolonej kuchni fot. Sylwia Wysocka

     NA PARTERZE
     Na parterze pierwsze mieszkanie, do jakiego zapraszają mnie jego właściciele, należy do Elżbiety Ćwiklińskiej. Tych pomieszczeń nie dotknął ogień, było zadymienie, ale to woda sprawiła największe straty. - Woda leciała po kasetonach, chwilami mieliśmy dosłownie deszcz w mieszkaniu, kilka dni po całej tej akcji demontowałem żyrandole i stała w nich jeszcze woda - mówią mieszkańcy. Widać plamy na sufitach i ścianach, zacieki, pękają ściany i sufit zwłaszcza w narożnikach. - Na ścianach jest już pleśń, grzyb choć nasze mieszkanie chyba najmniej ucierpiało, na ścianie szczytowej są pęknięcia, których nie było, z kuchni i łazienki leciała woda na mieszkanie, sufit się obwiesza, opuszcza, panele się popodnosiły. Wszystko śmierdziało dymem. Teraz jesteśmy z całą rodziną u syna, co będzie dalej nie wiadomo - mówi Elżbieta Ćwiklińska.
     Jej domownicy opowiadają, że rzeczoznawcy, którzy byli na miejscu, mówili, iż koszt odbudowy może przekroczyć koszty budowy nowego domu. Podkreślają, że inspektor strop przeznaczył do rozbiórki, a za trzy tygodnie będą mieli dokładną ekspertyzę. - Szkoda gadać, szkoda słów - mówi zięć pani Elżbiety, Robert Boesche.
     Do kolejnego mieszkania zaprasza mnie Krystyna Wypich. Tu mieszkała wraz ze swoją pięcioosobową rodziną. - Jestem sama, reszta nie przyjechała, bo jesteśmy kątem u córki w Dąbrowie, a w dodatku nie mamy siły oglądać naszego mieszkania po tej tragedii - mówi. Ściany zalane, na nich już pleśń, zapach stęchlizny w całym mieszkaniu, woda stoi na podłodze w kuchni, sufit się opuszcza, płyty regipsowe pęcznieją, odpada tynk z sufitu. Dodatkowo czwartkowa ulewa ponowiła zalanie. - Poszłam powiesić pranie na podwórze i zauważyłam dym na strychu, wleciałam i krzyczałam do córki, żeby zabrała dziecko, psa i uciekamy z mieszkania, bo się palimy. Pobiegłam po schodach na górę powiadomić sąsiadów. Pierwsza otworzyła pani Asia Ryska i krzyczałam, że się palimy, pani Asia ratowała koty, pieska, dobrze, że byli w domu. Basia Frąszczak lała wodą na drzwi od strychu - opowiada Krytstyna Wypich.
     Jedna z córek pobiegła do straży. Mieszkanka opowiada, że jak tylko strażacy pozwolili, to wszystko wynosili. Pomagali ludzie, sąsiedzi, jednak mało co udało się uratować. Krystyna Wypich opowiada, że udało się im po wielu próbach znaleźć małe mieszkanie do wynajęcia i choć za tym idą koszty muszą gdzieś zamieszkać i zacząć na nowo funkcjonować. Przeprowadzka na wieś nie wchodzi w grę, bo nie mają prawa jazdy, a jej partner dojeżdża do pracy do Poznania, dokąd o 5 rano jest zabierany z Janowca. Połączeń autobusowych nie ma o tej porze, syn pracuje w Janowcu, obecnie mieszka u kolegi. Kobieta patrzy na swoje mieszkanie, mokre, napęczniałe sufity i ściany, mówi o wymienionych oknach, remontach ścian, o planowanym remoncie łazienki i zastanawia się, czy jeszcze kiedyś tu wróci.
     Na parterze jest jeszcze jedno mieszkanie, jednak właściciel nie dojechał na spotkanie.
     NA PIĘTRZE
     Na piętro prowadzą schody, zanieczyszczone gruzem, błotem sadzą, wszystkim tym, co znoszono czy spływało z palącego się strychu. Okopcone ściany i narastający zapach spalenizny dymu nasila się z każdym stopniem, mimo że strych przykryty jest jedynie plandeką i zapewniona jest ciągła wymiana powietrza.
     Na piętrze prawą stronę stanowi strych, to właśnie tam powstał pożar. Spalone, zwęglone belki i ściany. Po lewej natomiast wejście do dwóch mieszkań. Pierwsze Barbary i Piotra Frąszczaków, gdzie mieszkali wraz z synem, którego pokój najbardziej ucierpiał.
     - Robiłam zaprawy, napuszczałam wody do zagotowania słoików, kiedy usłyszałam krzyk sąsiadki, że się palimy. Wodę z garnka wylałam na drzwi strychu, napuszczałam w międzyczasie już następną, zbiegłam na dół wyłączyć dopływ prądu do mieszkania, ogień w tym czasie rozprzestrzeniał się z taką siłą, że z połowy strychu dosłownie w kilkadziesiąt czy kilkaset sekund był już pod drzwiami klatki schodowej - opowiada Barbara Frąszczak.
     Szybko informowali męża, który był na rybach, że mają pożar w budynku. Pozamykane okna sprawiły, że ogień szedł pod podłogą ich mieszkania i nad sufitem. Doszczętnie spalony został pokój syna, który sąsiadował ze strychem. Obwieszają się i pękają sufity, pawlaczy już nie można otworzyć, bo opuścił się sufit. W drugim pokoju pęknięcie w suficie biegnie na środku. Okopcone ściany, zapach spalenizny, widoczne efekty zalania i pokój syna, którego już nie ma. - Gdzieś pod gruzowiskiem wystaje jeszcze książka, tam stało biurko syna - mówi Barbara Frąszczak.
     Po tragedii mieszkali u rodziny, teraz urządzają się w mieszkaniu w bloku, które też tymczasowo zajmą dzięki przychylności rodziny. - Każdego dnia dojeżdżamy 80 kilometrów do pracy do Poznania i słyszymy, że powinniśmy tam się przenieść. Jednak nie wyobrażamy sobie mieszkać w innym miejscu niż Janowiec, lata tu spędzone związały nas z tym miejscem. Urządzamy szybko mieszkanie w bloku po starszej osobie, które wymaga pewnych modernizacji. Chodzę z kąta w kąt, nie mogę sobie znaleźć miejsca, mój dom jest tutaj - mówi Piotr Frąszczak.
     Z ich mieszkania niewiele udało się uratować. Ogień, dym, woda zniszczyły niemal cały dorobek życia, tak samo jak sąsiadów zza ściany - Joanny i Marka Rysków. Tu do mieszkania ogień wdarł się od korytarza, paliło się nad mieszkaniem i pod podłogą, lała się woda. Do tego otwarte okna sprawiły, że wdzierał się dym. Okopcone, czarne ściany z białymi znaczeniami po zdjętym krzyżu, obrazie. Na jasnych płytkach warstwa tłustego, smołowatego osadu i mimo wietrzenia ciągły zapach spalenizny, dymu. Miękka, nasiąknięta podłoga. Prawie wszystko, co wynieśli, nadaje się do wyrzucenia.
     Rodzina Rysków cieszy się z tego, że udało się uratować ich koty i psa, którym pomoc i opiekę zapewnili lekarze weterynarii Alina i Mieczysław Sokołowiczowie.

Mieszkańcy spalonej i zalanej kamienicy przed swoim domem. Pozostają w niepewności, czy jeszcze kiedyś w nim zamieszkają. fot. Sylwia Wysocka

     POMOC Z OPIEKI I KONTO
     Mieszkańcy mówią o pomocy, jaką dostali z Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w postaci zasiłku celowego. Podkreślają zaangażowanie kierownik Joanny Malak. W dodatku kierownik wystosowała wnioski do wojewody o pomoc finansową w związku z tragedią. I z konkretów, jakie otrzymali, to jest wszystko. Mówią o czterech lokalach na przekoczowanie. Mówią też o trudnościach, jakie mieli w ratuszu z podstawieniem kontenera na odpady. Mają żal do władz, oczekiwali większego wsparcia i pomocy, a na kolejne schody natrafili podczas ulewnych opadów, prosząc o poprawę zabezpieczenia dachu, bo woda leje się do budynku.
     - O wszystko musimy walczyć, domagać się, a tak właściwie to gmina powinna nam zabezpieczyć dach nad głową, a proponując lokale wyglądające gorzej niż nasz budynek po spaleniu i zalaniu z powybijanymi szybami, bez ogrzewania, zanieczyszczone, tylko dołożyła nam zmartwień, przygnębiła, żeby nie mówić dosadniej - uważają mieszkańcy, którzy wspólnie dokonali oględzin proponowanych lokali. Przyznają, że jedyne co gmina zrobiła, to uruchomiła konto bankowe, na które społeczność może wpłacać pieniądze dla pogorzelców: 18 8959 0001 5500 0198 2000 0530 z dopiskiem Pomoc pogorzelcom z Janowca Wielkopolskiego.
     Teraz mieszkańcy kamienicy przy ul. Gnieźnieńskiej 6 w Janowcu oczekują kosztownej opinii rzeczoznawcy, którą mają otrzymać w połowie sierpnia i ona określi faktyczne koszty remontu i pozwoli obrać dalsze kroki działania. W poniedziałek był inny rzeczoznawca, który po zapoznaniu się z wielkością strat uznał, że koszty remontu będą wyższe niż budowanie domu od podstaw. Nic tu nie spełnia norm, zwłaszcza klatka schodowa - nie było wieńca, teraz wszystko będzie trzeba robić z zachowaniem wymogów budynku wielorodzinnego. Remont ogrzewania, bo dotychczas każdy palił sam sobie, oddzielne instalacje wodne, kanalizacyjne.
     Wszyscy jednak mówią zgodnie, że szczęściem w nieszczęściu było to, że pożar miał miejsce w dzień, dzięki temu został zauważony, wszyscy opuścili mieszkania. W nocy pewnie wszyscy by zostali w swych łóżkach.
     GMINA OTWARTA I GOTOWA NA POMOC
     Wiceburmistrz Jadwiga Chojnowska zapytana o rozmiar pomocy, na jaką mieszkańcy mogą liczyć z Urzędu, zapewniła, że burmistrz wystąpił do departamentu polityki socjalnej Urzędu Wojewódzkiego o pomoc finansową, również do Ministra Finansów o środki z rezerwy państwowej dla pogorzelców.
     - Posprzątaliśmy teren po pożarze, zabezpieczyliśmy dach, daliśmy plandeki, nasi ludzie tego pilnowali podczas deszczu, uruchomiliśmy konto bankowe (stan na 20.07.2016 - 5.200 zł), na 7 sierpnia planujemy koncert charytatywny na rynku. Podstawiamy kontenery na odpady, jesteśmy otwarci i gotowi do pomocy. Będziemy partycypowali w kosztach dalszych decyzji w części ułamkowej, bo w tym budynku jedno mieszkanie było gminne - zapewniła Jadwiga Chojnowska.
      Film w zakładce Filmy.

Reklama

Sylwia Wysocka
Pałuki nr 1275 (29/2016)

Inne teksty na ten temat:

Pięć rodzin straciło cały dobytek

Pogorzelisko pod młotek

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości