Uniewinnienie przez sąd niemiecki 10 grudnia 1941 przedwojennego prezesa sądu w Żninie oskarżonego o mordowanie Niemców jest rzadko spotykanym przypadkiem. Stanisław Kuczkowski, skazany trzykrotnie na karę śmierci przeżył i po wojnie wrócił na swoje stanowisko. Los sprawił, że do żnińskiego sądu trafiła też sprawa tego, który go fałszywie oskarżył.

Przedwojenny prezes sądu w Żninie Stanisław Kuczkowski - zdjęcie z dokumentów procesowych z 1941 roku
Sądownictwo niemieckie w okresie drugiej wojny światowej karało Polaków z wyjątkową bezwzględnością i surowością. Początkowo odbywało się to w oparciu o prawo niemieckie z okresu międzywojennego, dopiero 4 grudnia 1941 roku wprowadzone zostało specjalne prawo karne dla Polaków i Żydów. Sądzono zgodnie z wszystkimi wymogami proceduralnymi, w stosunku do Polaków prawie zawsze jednak zapadały wyroki skazujące. Wyrok uniewinniający, jaki zapadł w sprawie Stanisława Kuczkowskiego i Walentego Kozłowskiego był naprawdę precedensowy.
Stanisław Kuczkowski od maja 1937 roku sprawował funkcję kierownika Sądu Grodzkiego w Żninie. Studia prawnicze ukończył w Poznaniu. Był podporucznikiem rezerwy. Wojna zastała go w Żninie, gdzie w sierpniu został powołany do Batalionu Obrony Narodowej pod dowództwem mjr. Wultańskiego. Pełnił służbę jako adiutant trzeciego batalionu kpt. Jana Mikołajczaka. Jego oddział stacjonował w okolicach Żnina, następnie wycofał się w kierunku Kutna, brał też udział w walkach nad Bzurą gdzie Kuczkowski został ranny. W dwa dni później dostał się do niewoli, do obozu dla jeńców wojennych w Dortmundzie, następnie do Brunszwiku i wreszcie do Woldenbergu.

Walenty Kozłowski - zdjęcie z dokumentów procesowych
Walenty Kozłowski przed wojną był robotnikiem w Janowcu Wlkp., zasadniczą służbę wojskową odbywał w pułku polskim piechoty w Bydgoszczy, zwolniony został w stopniu starszego szeregowca, następnie uzyskał stopień kaprala. W czasie wojny powołano go do tej samej jednostki co Kuczkowskiego.
18 grudnia 1940 roku Kuczkowski wraz z Walentym Kozłowskim zostali aresztowani pod zarzutem zamordowania pięciu volksdeutschów. Sprawa odbyła się 7 czerwca 1941 roku przed I Sądem Specjalnym w Inowrocławiu. Głównym świadkiem był Bolesław Kurek, pomocnik murarski z Janowca Wlkp., który służył w tym samym oddziale co oskarżeni.
Według jego zeznań batalion ich zatrzymał się w czasie marszu ze Żnina do Inowrocławia na skraju lasu w okolicy Annowa, gdzie obozował od wczesnego ranka do późnego wieczora (nie potrafił jednak podać konkretnej daty). W godzinach rannych podporucznik Kuczkowski wezwał jednego z żołnierzy na ochotnika do specjalnej akcji, nie mówiąc na czym ma ona polegać. Zgłosił się Kozłowski i razem oddalili się w stronę lasu. Po chwili rozległy się strzały z karabinu. Kozłowski jeszcze tego samego dnia miał opowiedzieć Kurkowi, jak to na rozkaz zwierzchnika zastrzelił dwóch volksdeuschów (początkowo Kurek zeznawał, że było ich pięciu, później, że czterech) z niemieckiego domu handlowego z Janowca - Kaufhausu. Jednego z Niemców mieli oni pobić i puścić wolno. Doniesienie o tym wydarzeniu złożył Kurek na posterunku w Janowcu 26 listopada 1939 roku.
Dalsze zeznania obciążały tylko Kuczkowskiego. Kilka dni później żołnierze rozłożyli się na odpoczynek w okolicy miejscowości Juf (prawidłowo: Iłów). Kurek był wtedy chory i poprosił niemiecką gospodynię o wodę, ona podała mu filiżankę gorącego mleka, za co chciał jej zapłacić 10 groszy. Widząc to Kuczkowski zwymyślał żołnierza i - jak zeznał Kurek - strzelił do kobiety, która od razu upadła na ziemię i nie poruszała się już więcej. Córka szybko przeniosła ją do domu, więc nie wiadomo czy strzał był śmiertelny.
Obaj oskarżeni zaprzeczyli zarzucanym im czynom. Kuczkowski podawał, że nie zna świadka Kurka, ani oskarżonego Kozłowskiego. Oświadczył, że zawsze był świadomy, że rozstrzeliwania i rabunki są przez władze zwierzchnie jak najsurowiej zakazane i on nigdy takich czynów się nie dopuszczał. Kozłowski twierdził, że Kuczkowskiego nie zna w ogóle, a świadka Kurka tylko z nazwiska, jako że mieszkali w tym samym mieście, wie też, że byli w tej samej kompanii.
Kuczkowski zeznawał po niemiecku, którym to językiem posługiwał się biegle. Słabiej znał język drugi oskarżony, którego przesłuchiwano z tłumaczem. Protokół z tego przesłuchania opatrzono dopiskiem: "Obwiniony rozumie dobrze po niemiecku i również dobrze po niemiecku mówi, nie rozumie on jedynie tego, czego rozumieć nie chce. Sprawiał wrażenie jakby wiedział dlaczego jest przesłuchiwany. Gdy postawiono mu zarzuty zbladł wyraźnie i widać było po nim podniecenie".
Chociaż pozostali świadkowie: Markiewicz, Wrombel i Tomaszczyk, zeznali, że nic o całej sprawie nie wiedzą, wypowiedzi Kurka uznano za wystarczające i wiarygodne, rozbieżności tłumacząc upływem czasu między kolejnymi przesłuchaniami. Uznano, że oskarżeni działali spokojnie, świadomie, rozważając wszelkie okoliczności przemawiające za i przeciw, kierując się zimną nienawiścią w stosunku do wszystkich Niemców. Uznano, że Kozłowski nie mógł działać tylko jako bezwolne narzędzie na rozkaz Kuczkowskiego, gdyż wiedział że akcje samowolne przeciwko osobom narodowości niemieckiej są bezprawne, tym samym rozkaz był też bezprawny, czyli go nie obowiązywał.

Hitlerowska pieczęć
Zapadł wyrok skazujący. "W imieniu Narodu Niemieckiego. Kuczkowski jako winien morderstwa w dwóch wypadkach i usiłowania morderstwa w jednym (za co wg prawa niemieckiego przewidziana była taka sama kara jak za dokonanie morderstwa) skazany zostaje trzykrotnie na karę śmierci. Oskarżony Kozłowski jako winien morderstwa w dwóch wypadkach - dwukrotnie na karę śmierci. Obaj oskarżeni zostają pozbawieni obywatelskich praw honorowych na całe życie".
Obaj skazani złożyli wnioski o wznowienie postępowania, które zostały przyjęte 22 września 1941 roku przez II Izbę Karną Sądu Okręgowego w Inowrocławiu (Sond. KLs 10/41; Sond. G. II 72/41). Mieli oni szczęście, że od momentu złożenia doniesienia w żandarmerii w Janowcu do chwili odnalezienia ich w obozach jenieckich upłynęło dużo czasu. Gdyby sprawa ta odbywała się w 1939 roku, wyrok zostałby wykonany od razu. Oskarżonym nie dawano wtedy szansy odwoływania się. Możliwość taka pojawiła się dopiero od 1940 roku.
Dzięki energicznie prowadzonej przez oskarżonych obronie anulowano wydane poprzednio wyroki i powołano nowych świadków. Zapewne także pierwsze niepowodzenia na froncie wschodnim i w Afryce spowodowały, że sąd niemiecki starał się być bardziej sprawiedliwy. Dla oskarżonych korzystne było także przeniesienie ich z więzienia gestapo do obozu jenieckiego w Woldenbergu (Dobiegniewie). Po ponownym rozpatrzeniu sprawy uznano, że "zeznania Kurka budzą poważne wątpliwości, choć brakuje jasnej podstawy, by uznać je za fałszywe".
Ustalono, że batalion, w którym służyli oskarżeni, przebywał w okolicy Annowa 6 września. Z dochodzenia żandarmerii wynikało natomiast jasno, że Niemców z janowieckiego Kaufhauzu zamordowano na północ od Szczepanowa, to jest około 8 km od miejsca postoju batalionu. Nie ma natomiast żadnych informacji, by zamordowano jakichś Niemców w miejscu wskazanym przez Kurka.
Żaden z innych żołnierzy nie słyszał też, by Kuczkowski wzywał jakichś ochotników, a Sąd nie odniósł wrażenia, by świadkowie chcieli osłaniać oskarżonego, jako że ze względu na swoją nerwowość i wyalienowanie nie był on lubiany przez żołnierzy. Strzały, które według Kurka były wymierzone w Niemców, wszyscy świadkowie powiązali z nalotem. Poza tym jeden z nich przyznał, że w chwili gdy rozległy się strzały, Stanisław Kuczkowski stał obok niego.
Kurek nie potrafił też w czasie wizji lokalnej przeprowadzonej przez rzeczoznawcę z prokuratury, wskazać gospodarstwa, w którym zamordowano Niemkę, a przeprowadzone dochodzenie nie wykazało, by w tamtych okolicach znany był podobny wypadek. Ustalono, że batalion zatrzymał się w jakiejś wsi pod Iłowem 16 września. Świadek Woźniak - szofer wojskowy - wykluczył jednak, by wydarzenie opisane przez Kurka mogło mieć miejsce tego dnia, gdyż cały czas przebywał on z oskarżonym, który w tym dniu był odpowiedzialny za transport pojazdów.
Zeznania Kurka w najistotniejszych momentach są rozbieżne: różnie określa liczbę zamordowanych, czas jaki upłynął od oddalenia się oskarżonych do usłyszenia strzałów, czy Kozłowski zgłosił się sam do ochotniczej akcji, czy został wyznaczony. Swoje pomyłki tłumaczy upływem czasu - blisko dwa lata - oraz tym, że przy poprzednich przesłuchaniach nie został dobrze zrozumiany, co jednak z jego doskonałą znajomością niemieckiego jest całkowicie niewiarygodne. Dziwne też, że nie pamięta wydarzeń i myli fakty, które - jak często wspomina - bardzo nim wstrząsnęły. Jeszcze dziwniejsze, że nie podzielił się swoimi emocjami i oburzeniem z żadnym z kolegów czy członków rodziny.
Oskarżenie złożone przez Kurka przeciwko Kuczkowskiemu i Kozłowskiemu nie było pierwszym. Wcześniej złożył doniesienie na pięciu Polaków o dokonaniu rabunku pieniędzy i zegarka pastorowi niemieckiej narodowości Oskarowi Rederowi z Mogilna. Wśród oskarżonych znalazł się jeden, wobec którego Kurek był wrogo nastawiony w związku z jakimś wcześniejszym postępowaniem karnym. Zdołał on wykazać, że w tej sprawie nie brał udziału, a Kurek podanie jego nazwiska wytłumaczył tym, ze żandarm przyjmujący doniesienie był pijany i to on ponosi odpowiedzialność za tę pomyłkę. Pozostali czterej oskarżeni zostali wtedy aresztowani przez gestapo i rozstrzelani.
W aktach dotyczących tego procesu można znaleźć wiele listów, są to między innymi oświadczenia osób przyznających się do narodowości niemieckiej, dotyczące stosunku oskarżonych do Niemców: "Podpisana niżej stwierdza niniejszym, że oskarżony Stanisław Kuczkowski nigdy nie był wrogo nastawiony do Niemców. W mojej obecności posługiwał się zawsze językiem niemieckim. Anna Kuczkowska z domu Stosch, rodowita Niemka".
Listy takie mogły mieć duże znaczenie dla oskarżonych. W tym przypadku szczególnie dlatego, że Kuczkowskiego posądzano o wrogie nastawienie do Niemców, aktywną działalność w Związku Zachodnim jeszcze przed wybuchem wojny i o kierowanie akcją podpalania gospodarstw niemieckich w czasie odwrotu wojsk.
Można zastanawiać się, dlaczego tych tak ewidentnych sprzeczności w zeznaniach Kurka nie zauważono już w trakcie pierwszej rozprawy i co skłoniło samego Kurka do fałszywego oskarżania Polaków.
Możliwe, że jako osoba znana z antyniemieckiego nastawienia (szczególnie wrogo do Niemców nastawiona była jego żona) próbował przez oczernianie Polaków zyskać w oczach władz niemieckich. Przed wojną był on wielokrotnie oskarżany o różne przestępstwa. W 1937 roku zamieszany był w sprawę karną, którą rozpoznawał Stanisław Kuczkowski, jako Sędzia Grodzki w Żninie. Oskarżony o kradzież pieniędzy Kurek został wtedy uniewinniony z braku dowodów. Jest mało prawdopodobne aby ktokolwiek chciał się mścić z tak błahego powodu i by ten przypadek wywołał aż tak wielką nienawiść. Z drugiej jednak strony, Kurek był osobą o niskim morale, szukającą łatwego życia bez względu na to, jakie środki miałyby do tego prowadzić. Może więc kierowały nim aż tak niskie pobudki? Dzięki niemieckiej skrupulatności i dokładności w protokołach z zeznań świadków zachowała się adnotacja, że Kurek stawił się na rozprawę bez wezwania, czyli z własnej nieprzymuszonej woli, a może nawet we własnym interesie. Ta właśnie adnotacja była punktem wyjścia dla obrony. Prawdziwych przyczyn postępowania Kurka już dzisiaj znaleźć nie można.
Po wojnie role odwróciły się. On zasiadł na ławie oskarżonych, a oskarżani przez niego w czasie wojny żołnierze stali się świadkami dowodowymi. Zarzucono mu działalność antypolską - składanie fałszywych zeznań przeciwko Polakom. Do tej pory nie udało się odnaleźć dokumentów z tego procesu. Nie ma ich w archiwach Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie, a podjęte przez tę instytucję poszukiwania nie przyniosły rezultatów.
Według informacji z "Głosu Wielkopolskiego" (nr 100; 11 IV 1946 r.) 3 i 4 lutego 1946 roku przed Sądem Specjalnym z Poznania na sesji wyjazdowej w Żninie (składowi sędziowskiemu - jak opowiadają niektórzy Żninianie pamiętający tamte czasy - przewodniczył wtedy sędzia Kuczkowski) odbyła się rozprawa w czasie której sąd uznał Bolesława Kurka winnym zarzucanych mu zbrodni i skazał na karę śmierci z utratą wszelkich praw. Wyrok wykonano przez powieszenie na podwórku sądowym w Żninie.
Nie znane są mi powojenne losy Walentego Kozłowskiego. Stanisław Kuczkowski natomiast zaraz po zwolnieniu z obozu jenieckiego w styczniu 1945 roku powrócił do Żnina, by ponownie podjąć pracę na stanowisku prezesa Sądu i pozostał tu aż do śmierci w 1956 roku, ciesząc się szacunkiem i nieskazitelną reputacją.
Agnieszka Chęś
tłumaczenie archiwalnych tekstów: Tadeusz Dobaczewski
Pałuki nr 190 (41/1995)
52UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze