Już na pierwszym zebraniu redakcji Żnińskich Zeszytów Historycznych Wiesław Zajączkowski zaproponował długi wywiad z Walentym Szwajcerem. Miały być dwa - trzy odcinki, opublikowaliśmy dziewięć. Ze wzruszeniem przeczytałem je teraz i zauważyłem, że do pewnego czasu prawie każdy zaczyna się lub kończy wzmianką o zdrowiu. Gdy czuł się już naprawdę źle - o zdrowiu już nie rozmawiali. W ostatnich dwóch numerach nie było już rozmowy z Walentym Szwajcerem. Do tego, który ukaże się w czerwcu, miał wejść odcinek obejmujący ostatnich 30 lat życia pana Walentego. Jest w rękopisie, myślę, że ujrzy światło dzienne. Póki co - poczytajmy wybrane fragmenty z poprzednich numerów.
Odkrycie biskupińskiej osady
Wiesław Zajączkowski: Seminarium ukończyłeś w 1928 roku i - jak wiem - pierwszą posadę otrzymałeś w Gorzycach w tym samym roku.
Walenty Szwajcer: Zamożna wieś liczyła około 500 mieszkańców, był też kościół z plebanią, folwark pana hrabiego Dzieduszyckiego z Miastowic oraz trzy knajpy. Dwie z nich zresztą zaraz splajtowały po mojej przeprowadzce do Sarbinowa koło Żnina.
- Znacznie bardziej urozmaicone wspomnienia masz z Sarbinowa.
- Szkoła w Sarbinowie była znacznie mniejsza i z kolegą Antonim Płóciennikiem zamieniłem się na posady. Sarbinowo tylko 3 kilometry dzieliły od Żnina. Zaraz też kupiłem sobie rower i dojeżdżałem nim do miasta, z drogą powrotną było już różnie. Założyłem gospodarstwo, miałem hektar szkolnej ziemi i krowę podarowaną przez brata z Piastowic. Pieniędzy było sporo, miałem 22 lata i dużo młodzieńczej fantazji. Nic też dziwnego, że zyskałem miano nocnego hrabiego. Sława szybko rozchodziła się i kiedy w końcu dotarła do Inspektora Powiatowego pana Robińskiego nie znalazła w jego oczach specjalnego uznania. Nie podobało mu się też, że działałem przy organizacji Związku Nauczycielstwa Polskiego. W 1932 roku zaczęliśmy na dobre odczuwać skutki światowego kryzysu. Rozpoczęły się zwolnienia, redukcje i przymusowe, bezpłatne urlopy. Przypomina to trochę sytuację dzisiejszą naszej oświaty. Miałem do wyboru półroczny bezpłatny urlop albo posadę nauczyciela w odległym o 10 kilometrów od Żnina Biskupinie. Wydawało mi się, że jest to karniak - zsyłka na koniec świata. Miałem nadzieję, że przez rok na tym odludziu poprawię swoją reputację na tyle, że uda mi się przenieść gdzieś w bardziej cywilizowane strony.
- I tak zostałeś tu na prawie 60 lat...
- Tak się złożyło, że ten wielki świat, o którym marzyłem przyszedł do Biskupina i nie musiałem nigdzie go szukać. Do Biskupina przyjechałem w sierpniu. Szkoła była strasznie zapuszczona, bez ogrodzenia, obok niej stodoła i ustęp dla dzieci. Dopiero 1 września, kiedy do szkoły przyszło 75 dzieci, zrozumiałem dlaczego budynek ustępowy jest taki okazały. Spisałem wszystkich, podzieliłem na cztery klasy i rozpocząłem pracę. Etat nauczycielski wynosił wtedy 34 godziny tygodniowo.
Już na pierwszej lekcji dowiedziałem się, że w Wenecji na zamku, w lochach, mieszka diabeł z kopytami, rogami i ogonem. Zapytałem też dzieci jak spędzają czas po lekcjach. Okazało się, że starsi chłopcy pasą całe popołudnia kozy na grodzichach. Tego samego dnia, tj. 1 września jeden z chłopców koziarzy zaprowadził mnie na półwysep. Miejsce spodobało mi się bardzo i prawie codziennie odwiedzałem je w czasie popołudniowych spacerów. Na początku zwróciłem uwagę na duże fragmenty ceramiki w kretowiskach oraz wymyte przez wodę na brzegu jeziora. Później zauważyłem w trzcinie sterczące pale drewniane (jak się w końcu okazało falochronu). Wiosną 1932 roku pogłębiono rzekę Gąsawkę i poziom wody w jeziorze biskupińskim opadł o kilkadziesiąt centymetrów i znajdujące się pod wodą konstrukcje wynurzyły się.
Zawsze interesowałem się archeologią. Już wcześniej czytałem o sensacyjnych wykopaliskach osad palafitowych na jeziorze Bodeńskim na pograniczu szwajcarsko-niemieckim. Sądziłem, że odkryłem podobne osiedle, a ukośnie sterczące pale falochronu uznałem za krokwie dachów zatopionych domostw. Zbierałem pojedyńcze zabytki i pogłębiałem swoją wiedzę o pradziejach. Miałem zamiar opracować naukowo swoje znaleziska, napisać raport i dopiero wtedy zawiadomić archeologów zyskując sławę i rozgłos.
W popłoch wpadłem dopiero wiosną 1933 roku, kiedy właściciel łąki, Antoni Jercha, zaczął kopać torf. Zebrał on warstwę łąkowej ziemi i, aby dostać się do warstwy torfu, zaczął rąbać dębowe belki konstrukcji drewnianych, zalegające na głębokości 70-80 cm od powierzchni ziemi. Chciałem go powstrzymać, ale odpowiedział mi kategorycznie, że na swojej ziemi może robić co mu się podoba. Pokazał mi wtedy fragmenty błyszczących złociście przedmiotów wykonanych z brązu. Od razu powiedziałem mu, że to brąz, ale nie dał mi wiary, bo usiłował te zabytki sprzedać jako złote u jubilera w Gnieźnie.
Starałem się swoim odkryciem zainteresować różne osoby, kolegów nauczycieli i władze szkolne. Zawiadomiłem też referat kultury w starostwie, ale wszędzie zbywano mnie z uśmiechem politowania. A Jercha ciągle kopał... Dopiero w Dzienniku Urzędowym Kuratorium Poznańskiego Okręgu Szkolnego znalazłem odezwę o ochronie zabytków i adres profesora Józefa Kostrzewskiego. Napisałem list i odpowiedź przyszła bardzo szybko. W krótkiej kartce, która zapewne znajduje się jeszcze w waszym archiwum, profesor zapowiedział swój przyjazd 6 października 1933 roku .[...]
(Żnińskie Zeszyty Historyczne nr 1/1991)
Wyjazd do Gniezna
Wiesław Zajączkowski: - Profesor Gąsowski w książce "Z dziejów polskiej archeologii" opisał jeden z twoich powojennych wyjazdów do Gniezna.
Walenty Szwajcer: Sprawa nie wydałaby się, przez kilka miesięcy utrzymywałem ją w tajemnicy. Ale kiedyś - na moje nieszczęście - Rajewski ubrał się w mundur amerykańskiego korespondenta wojennego i chciał jechać do Poznania. Zacząłem mu to gorąco odradzać, a ponieważ upierał się przy swoim stroju, musiałem w końcu opowiedzieć, co mnie się przytrafiło.
Od 1946 roku tj. od wznowienia badań wykopaliskowych, ekspedycja zaczęła dostawać paczki od ciotki UNRRA zza oceanu. Były to zazwyczaj paczki żywnościowe. Pierwszą selekcję przeprowadziliśmy z Rajewskim w poszukiwaniu papierosów i whisky. Czasami trafiły się ciuchy z demobilu. Na mnie i na Rajewskiego najlepiej pasowały mundury oficerskie z napisami na rękawach War Correspondent. I tak raz, ubrany w mundur, udałem się do Gniezna, aby zakupić słoiki. W Biskupinie panowała jakaś choroba drobiowa i gospodyni moja, pani Leokadia Stróżyk, chciała wyrżnąć nasz gdakający inwentarz i zawekować go. Zakupy zrobiłem i ze stu słoikami dotarłem do dworca. Przypadek sprawił, że spotkałem tam znajomego przewodnika, o którym myślałem, że nie żyje i z tej radości poszliśmy do restauracji dworcowej i popiliśmy niewąsko (wtedy jeszcze PKP dorabiały sobie sprzedażą alkoholu).
Jemu udało się odjechać, a mnie pociąg do Ośna uciekł. Nie przejmowałem się tym już specjalnie, bo spotkałem następnego znajomego, z którym rozpoczęliśmy eskapadę po gnieźnieńskich knajpach. Pieniądze miałem, bo sprzedałem właśnie przydzieloną mi przez komendanta gąsawskiego krowę. Wylądowaliśmy w końcu na dancingu w Hotelu Francuskim. Tam też poczułem się rodowitym anglikiem. Zamawiałem trunki, płaciłem orkiestrze i kelnerom sute napiwki. Mówiłem wyłącznie w językach obcych, głównie po niemiecku, wtrącając kilka słów angielskich oraz nazwy licznych marek amerykańskich papierosów, jakie znałem z unrrowskich paczek. Tę szampańską zabawę przerwali nam tajniacy z milicji i UB, którzy wezwani zostali przez obecnych na sali starostę i prezydenta miasta. Mnie aresztowała milicja, kolegę UB. Po drodze na posterunek na tyle przetrzeźwiałem, że ponownie zacząłem używać ojczystego języka. Nie posiadałem żadnych dokumentów, ale już na posterunku - komendant rozpoznał we mnie słynnego odkrywcę, który miesiąc wcześniej oprowadzał go po wykopaliskach w Biskupinie. Byłem wolny. Nie chciałem jednak opuścić posterunku, bo pora była późna, a atmosfera stawała się sympatyczna. W błyskawicznym tempie wrócił wysłany po zaopatrzenie (za moje pieniądze) posterunkowy i zabawa przedłużyła się do rana. Tym razem ja byłem kelnerem i orkiestrą. Z braku innych instrumentów grałem na grzebieniu, a pięciu mundurowych łącznie z komendantem tańczyło kozaka, polkę i inne, przeważnie ludowe, tańce.
Rano oczywiście spóźniłem się na autobus, bo musiałem odebrać pakę ze słoikami z dworcowej przechowalni. Sytuację uratował komendant, który zadzwonił do Modliszewka i - powołując się na najwyższe władze - zawrócił autobus, aby przewieźć ważną osobistość. Znowu byłem dyplomatą, któremu na pożegnanie w Gnieźnie dwaj milicjanci prezentowali broń. Na moje szczęście w Gąsawie reperowali most i autobus ze Żnina jechał przez Biskupin, tak że tylko pięć minut spóźniłem się na pierwszą lekcję.
(Żnińskie Zeszyty Historyczne 6/1991)
Pałuki nr 121 (23/1994)
S2UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze