Wawelski mur oporowy, nazwany Murem Cegiełkowym, gdzie w bloczkach z piaskowca wykuto nazwiska osób dokonujących wpłat na rzecz ratowania Wawelu fot. Waldemar Bałda
Ród Zdziechowskich, Pałuki, Kraków, Słaboszewko
Wawelski ślad pałuckich dziedziców
Ceglany mur oporowy, zapewniający stabilność wzgórza wawelskiego, a ciągnący się wzdłuż głównego wejścia do królewskiego zamku, na całej długości inkrustowany jest kamiennymi tabliczkami z inskrypcjami, wykutymi dla upamiętnienia uczestników pierwszej po odzyskaniu przez Polskę niepodległości ogólnonarodowej akcji społecznej, mającej na celu ratowanie tego symbolu naszej państwowości. Nie trzeba się wiele rozglądać, aby wypatrzeć wśród nich dowód ofiarności ziemian z Pałuk: Zdziechowskich.
Słowo Pałuki tam nie padło, zarówno Kazimierzostwo (a ściślej: Kazimierz i Amelia) Zdziechowscy, jak i ich dzieci Jan, Paweł oraz Maria, mają wpisaną pod nazwiskami nazwę Rakowa, majątku pod Mińskiem Litewskim na Żmudzi, ich rodowego gniazda. Wiadomo jednak, że związani byli przez całe międzywojenne dwudziestolecie ze Słaboszewkiem (gm. Dąbrowa), w którym osiedli w 1922 r., gdy po ostatecznym wytyczeniu granicy polsko-radzieckiej Raków znalazł się po stronie bolszewickiej.
Wyjazd z rodzinnych stron nie był zapewne dla Zdziechowskich katastrofą finansową, gdyż nie wylądowali gdzieś na łaskawym chlebie, lecz kupili na własność ponad 500-hektarową posiadłość ziemską Słaboszewko, odkupioną od Niemca o nazwisku Brandal. Zamieszkali wtedy w XIX-wiecznym dworku, otoczonym parkiem o powierzchni prawie 2 ha. Majątek zapewniał rodzinie dostatek, dzięki czemu Kazimierz Zdziechowski (ur. 14 marca 1878 r. absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Moskiewskiego) mógł zajmować się tym, co go chyba najbardziej interesowało: literaturą, sztuką, dysputami intelektualnymi, życiem towarzyskim.
Nosząc się prosto (zapamiętano, że z upodobaniem odziewał się w białą płócienną marynarkę, uzupełnianą tylko od święta kamizelką, którą zdobił kieszonkowy zegarek na srebrnym łańcuszku), prowadził na co dzień dość jednostajny tryb życia. Jak wspominał najstarszy syn Jan, od 1938 r., czyli po zakończeniu studiów rolniczych na uniwersytecie w Poznaniu, kierujący majątkiem: Ojciec wstawał wcześniej, około szóstej rano. Potem szedł obejrzeć gospodarstwo, wracał, zjadał śniadanie i po śniadaniu zasiadał do pisania. Pisał prawie do samego obiadu. Po obiedzie trochę zajmował się interesami. Przed wieczorem szedł ponownie na obchód pól. Gospodarstwem bezpośrednio zajmowali się wynajęci rządcy.
Kazimierz Zdziechowski przybył do Słaboszewka jako uznany pisarz, nazwany przez Elizę Orzeszkową ogromnie obiecującą zdolnością pisarską. Pobyt na Pałukach nie zapisał się jednak w jego bibliografii mnogością stworzonych dzieł - w tym okresie życia opublikował tylko jedną powieść, Podzwonne (1933). Debiutował w 1896 r., początkowo jako recenzent, potem prozaik (pisywał nowele i powieści). Pierwszą książkę wydał w 1900 roku pod pseudonimem Władysław Zdora.
O wiele bogatsze były kontakty ze światem artystyczno-naukowym, jakie utrzymywał gospodarz Słaboszewka. Gościła u niego cała śmietanka polskiego życia umysłowego. Bawił tam bardzo często brat właściciela, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie prof. Marian Zdziechowski, z gościny korzystał - odwdzięczając się pomocą korepetytorską, świadczoną dzieciom ziemianina - Stanisław Żejmo-Żejmis, postać ważna o tyle, że swą dysertację doktorską, obronioną w 1930 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim, poświęcił Pałuczanom (Pałuczanie żnińsko-mogileńscy (województwo poznańskie) - charakterystyka antropologiczna).
W Słaboszewku bywał Witold Małcużyński, koncertujący niekiedy na dworskim fortepianie (nieodzownym elemencie wyposażenia szanującego się domu szlacheckiego). Zdziechowskich odwiedzali: Jerzy Andrzejewski, Bolesław Miciński, Antoni Uniechowski, Jakub Wojciechowski; raz zaproszono Witolda Gombrowicza, ale ów - już wtedy lubujący się w ekscentryczności - cokolwiek nieelegancko zrewanżował się za gościnność, a zebrawszy od innych bywalców wilegiatury burę, więcej się nie pojawił. Choć pewności brak, nie można wykluczyć, że w majątku gościła także Maria Dąbrowska.
Ofiarodawcy z rodu Zdziechowskich upamiętnieni w murze wawelskim fot. Waldemar Bałda
Po wybuchu II wojny Zdziechowscy opuścili Słaboszewko. Schronili się najpierw w Wilnie, kiedy jednak miasto to weszło w orbitę wpływów radzieckich, ewakuowali się do Generalnego Gubernatorstwa i zamieszkali w Jedliczu pod Krosnem, gdzie rezydowała siostra Amelii Zdziechowskiej. Kazimierz pisał wtedy pamiętniki - jego pracę przerwało aresztowanie w lutym 1942 r. Powodem było udzielenie pomocy krakowskim konspiratorom; któryś z nich - schwytany przez gestapo, poddany torturom - musiał wyjawić nazwisko ratujących mu życie. Niemcy zabrali wtedy sześciu mężczyzn, w tym Kazimierza Zdziechowskiego, jego zięcia Władysława Krasickiego i Stanisława Żejmo-Żejmisa. Krótko więzieni w krakowskim areszcie przy ul. Montelupich, zostali wysłani następnie do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Z miejsca kaźni żaden nie wyszedł żywy. Kazimierz Zdziechowski zmarł na początku sierpnia 1942 r.
I właśnie w Krakowie, który wszak ponuro zapisał się w jego biografii, pozostała trwała i piękna pamiątka po zacnej rodzinie: dwie tabliczki w wawelskim murze. Są one dowodem udziału Zdziechowskich w akcji ratowania Wawelu, zdewastowanego przez austriackich zaborców i odzyskanego przez Polaków dopiero w 1905 r. Rozpoczęte wtedy prace restauracyjne zostały zastopowane na początku lat 20.: trudna sytuacja finansowa dopiero co odrodzonego państwa, zaangażowanego w wojnę przeciw bolszewikom, spowodowała przerwanie dotowania restauracji zamku przez skarb państwa. Wyjście z trudnej sytuacji znalazł szef Kierownictwa Odnowienia Wawelu, wybitny konserwator, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Politechniki Lwowskiej i Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Adolf Szyszko-Bohusz.
W 1920 r., kiedy pustki w kasie KOW były najdotkliwsze, a zatrzymanie robót groziło zaprzepaszczeniem już osiągniętych rezultatów, zaapelował do rodaków. W jednej z pierwszych odezw napisał: Roboty na Wawelu nie należą rzeczywiście do konieczności państwowej. Wobec innych pilniejszych prac są one luksusem - nie trzeba jednak zapominać, że istnieją takie roboty, których wykonania domaga się od nas honor Polski. Prace, które bez przerwy trwały pod rządem zaborczym i w najgorszych chwilach wojny światowej, w wolnej Polsce przerwane być nie mogą, a postarać się o to powinno samo społeczeństwo. Pomysł Szyszko-Bohusza zakładał nabywanie przez darczyńców cegiełek - ceną każdej miała być równowartość dniówki zatrudnionych przy renowacji Wawelu specjalistów: początkowo było to 30 tysięcy marek polskich, w miarę jednak postępów inflacji koszt cegiełki podnoszono na 100 tysięcy, pół miliona i 90 (!) milionów, natomiast kiedy dokonano reformy walutowej i do obiegu weszły złote, najpierw 50, potem 200 złotych.
Apel wywarł nadspodziewanie dobry skutek. W najtrudniejszym, pierwszym roku gromadzenia funduszów Polacy pokryli koszty aż 1661 dniówek; ogółem akcja przyniosła - w przeliczeniu - 60 tysięcy ówczesnych dolarów, na co złożyło się 6330 wpłat. Dzięki nim zrealizowano w całości rozpoczęty przed wybuchem wojny polsko-bolszewickiej program rewaloryzacji kamieniarskiej i murarskiej wschodniej fasady zamku (wraz z Kurzą Stopką, Pawilonem Gotyckim i Basztą Senatorską), udostępniono wykopaliska romańskie, uporządkowano północne stoki wzgórza, a także przystąpiono do restauracji wnętrz.
Zamiarem prof. Szyszko-Bohusza było upamiętnienie wszystkich ofiarodawców poprzez umieszczenie w murze oporowym, nazwanym Murem Cegiełkowym, bloczków z piaskowca szydłowieckiego z wykutymi treściami, jakie wypisywali na przekazach. Z powodów jednak nie tyle finansowych (koszty zakupu i obróbki kamienia), co technicznych (brak miejsca), nie każdy dar odnotowano. Ofiary wszelako Zdziechowskich (Kazimierza i Amelii osobno, Jana, Pawła i Marii osobno; progenitura rodu miała wtedy - odpowiednio - 10, 7 i 6 lat) na murze się pojawiły. A że widnieje na nich Raków, nie Słaboszewko? Przecież (co zaznaczono na tabliczkach) wpłat dokonali w pierwszym roku gromadzenia funduszów, kiedy byli jeszcze tylko wygnańcami z Rakowa... Pałucki majątek mieli kupić dopiero za rok.
Waldemar Bałda
Pałuki nr 1154 (13/2014)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze