Wydaje się to nieprawdopodobne, ale mieszkająca w Cieplicach-Zdroju, niedaleko Jeleniej Góry Zofia Pawelska-Zator, która przed wojną jako dziecko wycinała ozdoby choinkowe według wzorów zamieszczonych w wydawanym przez Alfreda Krzyckiego w Żninie dwutygodniku Moja Przyjaciółka, a w czasie wojny i po niej korzystała z zamieszczonych w nim przepisów kulinarnych, hafciarskich i krawieckich, porad dobrego wychowania, mody, urządzania domu, ba! nawet wiedzy o obrazach - do dziś korzysta z informacji wydrukowanych na pożółkłych kartkach tego czasopisma.
- Z „Moją Przyjaciółką“ miałam kontakt od dziecka - wspomina przedwojenne czasy pani Zofia. - Do domu mojej babci przychodziły dziewczęta i robiły robótki. Sąsiadka zza ściany zobaczyła i mówi: Ojej, pani ma dzieło z „Mojej Przyjaciółki“! To były kwiaty z włóczki. Na kolanie się robiło, przetykało igłą i tak powstawały płatki róż. Inne robótki robione były przez dzieci - tak, jak „Moja Przyjaciółka“ nakazywała. Zawsze się coś nowego robiło, na przykład zabawki na choinkę, serwetki. Pamiętam też, że były chryzantemy z czystej włóczki. Na maszynie przyszywane były ładne kwiaty dzięki „Mojej Przyjaciółce“. Jeszcze zanim nauczyłam się czytać, to oglądałam obrazki z „Mojej Przyjaciółki“.

Pani Zofia (w tyle zdjęcia - jej mąż) do tej pory sięga do artykułów z „Mojej Przyjaciółki“, w ręku trzyma egzemplarze, które jej pozostały po ciotce fot. Magdalena Kruszka
Prenumeratorką egzemplarzy, którymi do dziś opiekuje się Zofia Pawelska-Zator z Cieplic, była siostra jej mamy - Helena Leszczyńska, po mężu Łuszczyńska, która przed drugą wojną światową była prezeską Katolickiego Stowarzyszenia Młodej Polki w Lututowie.
- Ciotka miała wszystkie numery. Były tam kursy gotowania, kursy haftu, wtedy w dobrym tonie była prenumerata „Mojej Przyjaciółki“. Mnie wtedy najbardziej interesowało gotowanie. Mogę nawet dzisiaj serwować to, co „Moja Przyjaciółka“ nakazywała serwować wykwintnego. Był to rosół z groszkiem ptysiowym. Wykwintne danie. Dziś przygotowałam dla Pani czerwony barszczyk z krokietami, ale mam też rosół z groszkiem ptysiowym, który nakazuje „Moja Przyjaciółka“.
Zofia Pawelska-Zator urodziła się 21 maja 1933 roku w Lututowie. Wkrótce skończy 88 lat. Pochodzi z Lututowa w ówczesnym powiecie wieluńskim (dziś wieruszowskim), jednak całe życie związała z Cieplicami, dokąd 78 lat temu przyjechała jako dziesięcioletnia dziewczynka - Pierwsze bomby padły na Lututów 1 września 1939 roku - wspomina pani Zofia. - Rodzice trafili do Cieplic w 1942, a ja w maju 1943 roku. Jak rodziców wysiedlali, ja uciekłam. O 5 rano przyszli i zabrali nas do takiej dużej sali, bo wtedy dużo rodzin wywozili w marcu 1942 roku. Ja za plecami folksdojczów wyszłam i udało mi się uciec. Rodziców wysiedlili do Cieplic, a ja przez rok byłam u babci w Lututowie. Jak rozeszła się wieść, że dzieci biorą do obozu koncentracyjnego do Łodzi, to narobiłam szumu i szef mamie dał przepustkę, żeby przyjechała tutaj i żeby mnie przywiozła do Cieplic. Wtedy dali nam dwa pokoje z kuchnią.
Po przyjeździe zamieszkała wraz z rodzicami w budynku należącym do Schaffgotschów, którzy przed wojną byli największymi posiadaczami ziemskimi na Dolnym Śląsku. Wysiedlony z Lututowa na roboty Kazimierz Pawelski, ojciec pani Zofii, był ostatnim ogrodnikiem pałacu w Bad Warmbrunn - czyli dzisiejszych Cieplicach. Pracę ogrodniczą miał we krwi, gdyż jego ojciec przed pierwszą wojną był dekoratorem-ogrodnikiem w Konstancinie koło Warszawy. Matka w czasie wojny latem pracowała w ogrodzie, a zimą robiła maty do okrywania przeciw słońcu.

Zamek Schaffgotschów w Cieplicach, obecnie mieści się tu politechnika fot. Magdalena Kruszka
- Mieliśmy lepsze warunki jak później w PRL-u. Co tu dużo mówić - w pałacu w Cieplicach w czasie wojny był raj. Schaffgotschowie dostawali paczki z Czerwonego Krzyża. Ja patrzę, a idzie Mia, najstarsza córka hrabiostwa, z paczką, a tam była i szynka, i miody, których po wojnie długo nie jadłam. Czekolada była tak gruba, że toporkiem trzeba było rąbać.
Żyło im się dobrze, czuwał nad nimi szef ojca, nadogrodnik, który był dekoratorem zamku i ogrodu. Niemiec. - On nas lubił i zawsze dobrze z nami żył - wspomina pani Zofia. - Całą wojnę się nami opiekował. Jak były rewizje u Polaków, to on rozmawiał z niebieskimi i było wszystko w porządku.
Gdy babcia pani Zofii zmarła, egzemplarze Mojej Przyjaciółki trafiły z Lututowa do Cieplic. Pani Zofia umiała już wtedy czytać i pisać, a przedwojenne numery gazety, która ze względu na wojnę nie mogła się już ukazywać, były jej ulubioną lekturą.
- Dla mnie ta gazeta w czasie wojny nie była czymś nowym. Pamiętałam ją z tych wieczorów u babci. Wracało się do tych wspomnień. Wiedziało się, że jest gdzieś Żnin, gdzie wydawana była „Moja Przyjaciółka“, marzyło się, aby tam kiedyś pojechać. Gazeta dbała o patriotyczny przekaz, co w czasie wojny było dodatkowym impulsem do korzystania z niej.
- Mama na co dzień korzystała z przepisów z „Mojej Przyjaciółki“ - mówi. Po jej śmierci egzemplarze przeszły na własność pani Zofii. Ona z przepisów kulinarnych aż w takiej mierze, jak jej mama, nie korzystała, ale do dziś korzysta z przepisów na zestaw bożonarodzeniowy. Ma przedostatni numer z 1938 roku, gdzie między innymi są przepisy na kapustę z grzybami i karpia w szarym sosie. Cały jadłospis na wieczór wigilijny był w gazecie szczegółowo rozpisany. Pani Zofia dotąd według tych wskazówek przygotowuje zawsze wigilię. Wśród dań znajdują się czysty barszcz wigilijny, zupa migdałowa, karp w szarym sosie, sandacz z beszamelem. Dział kulinarny Mojej Przyjaciółki i dziś czyta się z zaciekawieniem. I są to nie tylko propozycje wykwintnych obiadów i kolacji, ale też przepisy na potrawy z resztek. Pani Zofia do dziś sprawdza, co i kiedy należy serwować o określonej porze roku. - Jest tu też menu dla starszych osób, przydaje mi się teraz.
Równie ważny dla niej był zawsze dział, jak zrobić dekoracje i ozdoby choinkowe. Robiła je mama pani Zofii. Dziergała też lizeski według instrukcji z Mojej Przyjaciółki. - Niegdyś każda z pań, gdy kładła się do łóżka, miała na plecach lizeskę - krótkie wdzianko robione na drutach czy na szydełku. Pani Zofia z Mojej Przyjaciółki nauczyła się haftować i wyszywać, wie jak udekorować mieszkanie, jak się poznać na obrazach oraz - jak zachować się w towarzystwie. W rozmowie podkreśla, jak ważna jest umiejętność właściwego zachowania się wśród innych ludzi.
- Trzeba znać się na etykiecie - mówi. „Współżycie z ludźmi“ kosztowało 5 zł, ale prenumeratorom wydawnictwo dawało tę książkę w prezencie. Dzięki temu, że całość znałam na pamięć, weszłam na salony, a były to eleganckie salony i umiałam się na nich odnaleźć. Nie powiedzieli mi: ty jesteś Polka, ale mówili: ty jesteś nasz człowiek. Rodzina Schaffgotschów traktowała mnie jak swoją. Ja do tego wielkiego zamku mogłam wejść, jak do swojego domu. Musiałam tam wymieniać ręczniki raz w tygodniu, pościel raz w miesiącu. Miałam tam w czasie wojny swoje obowiązki. Ale trzeba było też fason trzymać, kiedy zasiadało się z hrabiostwem przy stole.
Młodość pani Zofii i czasy wojenne związane były z rodem Schaffgotschów, więc do tej pory na ścianie w jej mieszkaniu wisi portret z Mią Schaffgotsch, najstarszą córką z rodu.
Natomiast największy kontakt miała z Zofią Schaffgotsch, najmłodszą z córek, która w latach 70. odwiedzała ją w Polsce, a potem gościła w Niemczech.
- Niektóre rady z „Mojej Przyjaciółki“ odnosiły się do tego, jak zachować się w sferach wyższych. U nas teraz tych sfer już nie ma, ale nie zaszkodzi tych rzeczy wiedzieć, bo czasem może to być potrzebne komuś za granicą - uczula mnie gospodyni.

Kwiatek wykonany z włóczki na kolanie, według instrukcji z „Mojej Przyjaciółki“ zdobił ścianę w domu pani Zofii do stycznia tego roku. Potem podarowała go ona redakcji „Pałuk“. fot. Magdalena Kruszka
Pani Zofia nie ma rodzeństwa. Nie ma też dzieci, a wolny czas wykorzystuje na podróże. Jak podkreśla, z mężem są obieżyświatami. Byli w Egipcie, Izraelu, Turcji, Włoszech i na Wyspach Kanaryjskich. Mają w domu wiele pamiątek z różnych części świata. Roczniki Mojej Przyjaciółki zajmują wśród nich ważne miejsce.
- Jak pani chce, to pani dam te egzemplarze „Mojej Przyjaciółki“ - zadziwia mnie szczodrością pani Zofia. - Przeczyta pani nowelki. Czytałam je już tyle razy! Pani się dowie, jak być eleganckim, jak się zachować, jak stół ubrać. Ja to wszystko już wiem. Na przykład - jak spędzać sylwestra. O, serwetki też są, sweterki we wzory. Miałam dużo wykrojów z „Mojej Przyjaciółki“. Całe życie robiłam według nich. Poza tym - proszę - artykuły o fryzurach, jeździe figurowej na lodzie, jakie kotyliony przygotować na karnawał. Porady kosmetyczne. - Czego tu nie ma! - śmieje się pani Zofia. - Dzieliłam się „Moją Przyjaciółką“ z innymi - wspomina pani Zofia, a przeglądając egzemplarze, które jej pozostały, zauważa, że brakuje kartek. - Zawsze tak było. Co daję, to potem połowy kartek nie ma.
Zofia Pawelska-Zator po szkole podstawowej poszła do szkoły handlowej. Potem krótko pracowała w ośrodku wczasów dziecięcych w Cieplicach jako wychowawczyni, robiła też zabawki wypychane trocinami: lalki, misie. Długo nie pracowała. Głównie zajmowała się domem. Za mąż wyszła w 1962 roku. Wracając kiedyś wraz z mężem znad morza spełniła swoje dziecięce marzenie - odwiedziła Żnin, zwiedzali Biskupin, o którego istnieniu dowiedziała się przecież z Mojej Przyjaciółki.
Pół roku temu wspomnienia odżyły dzięki programowi telewizyjnemu o Muzeum Ziemi Pałuckiej.W audycji wiele miejsca poświęcono redagowanemu przez Annę Krzycką czasopismu.
- Jak to oglądałam, zaraz szumu narobiłam - mówi pani Zofia. Następnego dnia udała się do studia fotograficznego w Jeleniej Górze, żeby sfotografować się z egzemplarzami Mojej Przyjaciółki. - Dla nich, dla muzeum zrobiłam to zdjęcie! Aby wiedzieli, że Moja Przyjaciółka jest cały czas czytana! Fotografia trafiła do Mai Gólcz z Muzeum Ziemi Pałuckiej. Gdy będzie to możliwe, pani Zofia z mężem przyjadą jeszcze raz do Żnina.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 13/2021
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze