Wołyń - rana niezabliźniona

Zofia Kieruj żywo interesuje się tym, co piszą o Wołyniu i wydarzeniach z 1943 roku. Co roku jeździ w rodzinne strony. Przywozi stamtąd materiały w postaci artykułów i książek. Na zdjęciu przegląda jedną z nich. Największe wrażenie wywołują zdjęcia rozbitych tępymi narzędziami czaszek. Tak zginął jej brat.

     fot. Remigiusz Konieczka

Tragedia wołyńska, Wołyń, Zofia Kieruj
     Wołyń - rana niezabliźniona
    - Bardzo tęsknię. Nie byłoby dnia, żebym nie myślała - mówi Zofia Kieruj. W 1943 roku mieszkała na Wołyniu. Do 30 sierpnia tamtego roku wojna była gdzieś obok. Od tego dnia zaczęła pamiętać wojnę z detalami. Jej rodzinę sponiewierali nie naziści, nie komuniści, ale sąsiedzi.

     Zofia Kieruj właśnie kończy 85 lat. Czternaście lat swojego długiego życia mieszkała na Wołyniu. Patrząc z naszej, zachodniej strony, powiedzielibyśmy, że tuż za Bugiem. Ona mówi, że do rzeki było blisko, około ośmiu kilometrów. Przed II wojna światową i w czasie wojny, do 1943 roku, wraz z rodzina mieszkała w Ostrówkach w powiecie lubomelskim. To najbardziej na zachód wysunięta część byłego województwa wołyńskiego. Mieszkała tam z mamą Marianną Suszko i rodzeństwem. Ojciec Wincenty Suszko zmarł wcześnie, bo w 1931 roku. Miała trzech braci i siostrę Karolinę, która była najstarsza, urodziła się w 1920 roku, brat Józef w 1924, Czesław w 1927 roku, a ona z bratem Antonim (byli bliźniakami) urodziła się w 1929 roku. Z Ostrówkami sąsiadowała wieś Wola Ostrowiecka. Tam w czasie wojny mieszkała z rodziną najstarsza siostra pani Zofii. Te dwie miejscowości dziś są wymieniane jednym tchem obok siebie, kiedy historycy mówią o nich jako o miejscach tragedii polskiej ludności w czasie rzezi wołyńskiej. O tych wydarzeniach opowiedziała nam też Zofia Kieruj.
     PIERWSZE BOMBY
     Przed wybuchem wojny pani Zofia chodziła do miejscowej szkoły. Cała rodzina prowadziła gospodarstwo. Lata przedwojenne to czasy beztroskiego dzieciństwa. Pani Zofia mówi, że przed wojną było ładnie. Pytaliśmy też panią Zofię o tak zwaną pierwszą okupację sowiecką. Wschodnie województwa II Rzeczypospolitej na mocy traktatu Ribbentrop - Mołotow zajęła Armia Czerwona, a granicą okupacji niemieckiej i sowieckiej był Bug. Zofia Kieruj mówi tylko, że jak weszli Niemcy, to przestali uczyć w szkole. A Niemcy weszli w 1941 roku, kiedy napadli na Związek Sowiecki 22 czerwca. To najprawdopodobniej z tego czasu pamięta, jak w święto Matki Boskiej Zielnej spadły pierwsze bomby. Ludzie uciekali tak, że płot przewrócili koło kościoła. - Przez naszą wieś przechodził front. Pokopaliśmy doły i przez ten cały czas jak front szedł, to w schronach siedzieliśmy. Mieliśmy przez to popuchnięte oczy od ciągłego siedzenia w ziemi - opowiada.
     Potem przyszły lata okupacji niemieckiej, o których pani Zofia nie mówi inaczej, jak bardzo źle. Ich sąsiedzi narodowości ukraińskiej zaczęli wstępować do okupacyjnej niemieckiej policji. Część z nich zaczęła opuszczać szeregi policji i uciekać do lasu, do nacjonalistycznej partyzantki. Zaczęli walczyć o to, by Ukraina była niepodległa. Magazynowali broń, wysadzali niemieckie pociągi. - I wtedy Niemiec powiedział im, że jak wymordują Polaków, to będą mieć swoją Ukrainę. Dali Niemcom spokój i zaczęli mordować Polaków - mówi Zofia Kieruj. - I tak doszło do 1943 roku.

Czesław, mama Marianna, Zofia i Antoni Suszko w 1952 roku

       fot. archiwum Zofii Kieruj

     NIEPOKOJĄCE WIEŚCI
     Opowiadanie naszej rozmówczyni można podzielić na dwie części. Przed 1943 rokiem i sam 1943 rok. To co działo się przed 30 sierpnia tamtego roku, zaciera się trochę, miesza, ale od tego jednego dnia kilkunastoletnia Zofia zaczyna widzieć tak okropne rzeczy, które tak wryły się w pamięć, że dziś mówi o nich z detalami. Bardzo wstrząsającymi zresztą.
     To była ostatnia niedziela sierpnia. - Ksiądz na ambonie powiedział, że koło Hołowna, koło Kowna ubiegłej niedzieli Ukraińce podczas mszy napadli, zamknęli kościół i podpalili. Benzyną oblali i spalili, bo to były drewniane kościoły. Spalili razem wszystkich, którzy się tam znajdowali. Ksiądz Stanisław Dobrzański powiedział nam, że nie mamy się bać i że nas nie opuści. W razie czego, gdyby nas napadli, to mieliśmy się bronić.
     Wierni rozeszli się do domów. Pani Zofia również. Gdy tylko weszła do domu, zdała relację z tego, co usłyszała na mszy, swojej mamie. Jeszcze tego samego dnia poszła do sąsiedniej wsi, do Woli Ostrowieckiej, w której mieszkała jej siostra z mężem i dwoma synami. W tym czasie jeden z chłopców był w szpitalu. Matka miała zabrać syna ze szpitala w poniedziałek, ale zabrała go już w sobotę do domu, do Woli Ostrowieckiej. - Moja mama mówi: „Leć Zosia i zobacz, co tam słychać”. I ja poleciałam do tej siostry. Jak doszłam, to do szwagra przyszli koledzy. Telewizorów wtedy nie było, więc ludzie się odwiedzali i wspólnie spędzali wolny czas. Grali w karty. Na to przyszła siostry teściowa z wioski. I mówi tak: „Wy chłopaki gracie w karty, a czy wy wiecie, co ma się dziać?”. I choć jestem tutaj, to mam tę scenę przed oczami i widzę, jak trzymają karty i patrzą na nią, co ona mówi. A ona mówiła, że przyszedł Ukrainiec i ostrzegł, że mamy się pilnować, bo mają przyjść w nocy Ukraińcy i nas wymordować.
     Teściowa kazała synowej z synami i jej siostrą pójść do Ostrówek, a stamtąd mieli jechać do Jagodzina, wsi, w której stacjonowali Niemcy. Siostra pani Zofii stwierdziła, że nie zamierza się tułać, a poza tym za co Ukraińcy mieliby mordować. Już w marcu tego roku Ukraińcy, którzy byli w partyzantce w lesie, przychodzili do Polaków i prosili o jedzenie lub podwiezienie do lasu. Więc myślano, że oddziały ukraińskie znów chcą coś do jedzenia i poproszą o transport. Pani Zofia po powrocie do domu zdała relację z tego, co usłyszała u siostry. Została przez swoją matkę nawet zrugana za to, że powtarza zasłyszane bzdury. Matka kazała jej coś zjeść i pójść spać.
     NOCNE CZUWANIE
     - I poszłam. Mamy trzeba słuchać. Położyłam się, ale byłam wystraszona. Mężczyźni już warty trzymali. Po dwóch. Brat też poszedł wartę pełnić. A ja mam strach i nie śpię. Za chwilę wszedł brat Józek i powiedział, że jednak ma się coś dziać, bo kobiety z dziećmi są na naszym polu. Mama nas i brata wzięła za rękę i razem poszliśmy na to pole. Rozmawiamy, a muchy i komary gryzą. Cicho było. Mąż jednej z kobiet przychodził kilka razy i pytał, czy coś się dzieje. Za trzecim razem, kiedy już było widać łunę wschodzącego słońca, przyszedł i powiedział, że mamy wstawać. Bo skoro w nocy nie przyszli, to w dzień nie przyjdą. Kobiety się podniosły i z dziećmi poszły - opowiada Zofia Kieruj.
     Marianna Suszko z dziećmi minęła swój dom położony w sadzie i wraz z innymi mieszkańcami poszła do wioski. Pani Zofia wraz z koleżanką, swoją imienniczką, po drodze uzgodniły, że kiedy już będzie bezpiecznie, pójdą się pomodlić do kościoła. Po drodze spotkali mężczyzn na trzech wozach, Polaków, mieszkańców Woli Ostrowieckiej, którzy mieli bronić wsi. Matka z dziećmi postanowiła wrócić. Kiedy przeszli około dwieście metrów, usłyszeli strzały.
     Ukraińcy zbliżali się do Ostrówek po cichu, ponieważ liczyli, że mieszkańcy wsi jeszcze śpią i zaskoczą ich we śnie. Pani Zofia mówi, że były ich tysiące. Strzał padł w kierunku spotkanych wcześniej wozów. Mama pani Zofii wzięła ją i brata za ręce i zaczęli uciekać. Biegli do sąsiedniej wsi przez pole. Przebiegli około kilometra. Ludzie zaczęli krzyczeć, że już z nimi koniec, bo jadą za nimi konno Ukraińcy.
     - Obróciłam się, a oni już przed nami. Jeden na karym koniu, drugi na siwym. Wyjechali jak Lucypry z tymi karabinami maszynowymi, co kółka te mają. Do dziś tę scenę widzę. Zaczęli krzyczeć: „Stój polska mordo. Dziś będziemy wam Polskę budować. Dziś do was Sikorski [premier rządu RP na uchodźstwie, zginął w katastrofie lotniczej w Gibraltarze 4 lipca 1943 r. - przyp. rk] przyjechał” - relacjonuje mieszkanka Królikowa.
     UCIECZKA
     Konni jeźdźcy otoczyli biegnące matki z dziećmi i tak jak kowboje zaganiają bydło, tak oni zaczęli spychać ludzi w kierunku wsi Ostrówki. Tam też już było pełno Ukraińców. Zaczęli do nich strzelać. Ludzie padli na twarz. Trzy raz padali i trzy razy wstawali. Kobiety szły śpiewając Pod Twoją obronę i Serdeczna matko. Najeźdźcy prowadzili je w kierunku kościoła. Było to około trzystu osób. Ksiądz miał trzy sady oddzielone od drogi płotem zbudowanym z dwóch poprzecznych pali (tak jak na ranczu), więc można było pod nim przejść. Tym bardziej, że na wąskiej drodze konni Ukraińcy zostali z tyłu. Zofia Kieruj z mamą i rodzeństwem znaleźli się na wysokości sadu. - Zaczęłam płakać i krzyczałam: „Mamo, odejdźmy”, a mama: „A gdzież my odejdziemy, jak ich tylu jest.” I drugi raz płaczę: „Mamo odejdźmy”. A mama mówi: „No to się nachylajcie”. Nachyliliśmy się pod tymi żerdziami i lecimy szybko w kierunku domu. Jak kobiety przeszły, to Ukraińcy zobaczyli nas, że biegniemy. W tym czasie mama mówi: „Gdzie nasze chłopcy?”. A ja tak patrzę, widzę, jak biegną i mówię do mamy: „O tam”. Oni tak jak my przebiegli kilometr, a potem w proso popadali i leżeli jak my - mówi pani Zofia.
     Ukraińcy widząc trójkę uciekinierów, zaczęli strzelać. Seria z karabinów przeleciała nad ich głowami. Oni upadli i leżą. Antoś po prawej strony matki, a Zosia po lewej. Napastnicy pomyśleli, że nie żyją, dlatego też przestali strzelać. Matka kazała leżeć dzieciom cicho w nadziei, że tylko Matka Boska może uchronić ją i jej dzieci od śmierci.
     - Ze strachu zęby mi zaczęły dygotać. Trzęsłam się. Potem tak skamieniało serce i ciało ze strachu, że jakby ktoś bił, to by się człowiek nie ruszył. Tak się cisnęłam do tej ziemi, żeby mnie było jak najmniej widać. Mrówki zaczęły mi do nosa wchodzić, ale nic mi nie przeszkadzały. Nic, tylko leżymy - relacjonuje pani Zofia.
     Ukraińcy pognali kobiety przed kościół. Zwyzywali je. Było słychać płacz. Jedni doły kopali, drudzy grabili dobytek mieszkańców wsi. Potem pani Zofia, jej brat i matka zobaczyli, że dwóch Ukraińsców idzie w ich stronę, bo świnia, którą zabrali proboszczowi, uciekła im. Jednak tak byli zaabsorbowani zwierzęciem, że na leżących nie zwrócili uwagi. W stronę matki z dziećmi zaczęła się zbliżać inna dwójka najeźdźców. Leżący pomyśleli, że to już koniec.
     - Mieli ci banderowcy czarne mundury z trupimi naszywkami. I mówi do nas: „Rozciągła się stara k... i leży”. My myślimy, że nas zabiją. Patrzyłam spode łba na nich. To był cud boży, bo on tylko tak powiedział i poszli do naszego domu - opowiada Zofia Kieruj.
     TRACH, TRACH
     Napastnicy wybili szyby karabinami, bo dom był zamknięty. Potem weszli do stodoły. Krowy wyprowadzili, konia zaprzęgli do wozu, krowy przywiązali i odjechali. Około dziesiątej rano do uszu leżących dobiegł głuchy odgłos: trach, trach. W tym czasie zaczęła się palić stodoła sąsiada. Dwaj bracia pani Zofii, którzy niezauważeni leżeli cały czas w prosie, zauważyli pożar. Starszy Józef chciał wstać, aby ratować dobytek, aby pożar nie przeniósł się na ich stodołę. Młodszy Czesław chciał leżeć, ale uległ namowom brata. Obaj wstali i zaraz wpadli w ręce napastników. Bracia pani Zofii jako ostatni z mężczyzn zostali zabrani do miejscowej szkoły. Kobiety zostały zamknięte w kościele, a mężczyźni w szkole pod pretekstem zebrania. Mężczyzn wywoływano na zewnątrz. Pierwszego sołtysa i grupę kolejnych, w tym braci pani Zofii. Józef wyszedł, a Czesław został wepchnięty z powrotem, bo był jedenastym mężczyzną w grupie. Został oddzielony od brata. Ci, co zostali, widzieli przez okno dół. Tych, których wyprowadzono, stawiano przed dołem i rąbano im czaszki. Nie rozstrzeliwali, tylko tłukli tępymi narzędziami (siekiery, młoty, trzonki), stąd do uszu czternastoletniej Zosi dochodziły te dziwne odgłosy: trach, trach. Chciała się podnieść, ale matka kazała jej leżeć dalej. Kobiety z kościoła Ukraińcy pognali na cmentarz. Leżący usłyszeli warkot samochodów. Ciężarówkami przyjechali Niemcy. Zatrzymali się naprzeciwko domu rodziny pani Zofii. Zabrali gęsi i odjechali w stronę Jagodzina.
     - Jak Niemcy odjechali, to my usiedliśmy, a taki swąd w całych Ostrówkach. Tylko psy wyją, koty miauczą, bydło ryczy. Mama zapytała, gdzie my teraz pójdziemy, a potem jeszcze zastanawiała się, czy może nie lepiej byłoby pójść z kobietami. Posiedzieliśmy z dziesięć minut i poszliśmy do domu - relacjonuje mieszkanka Królikowa.
     DOŁY
    Czternastoletnia Zosia zobaczyła, że w domu wszystko jest poprzewracane. Wyszła do matki, zapytała o coś do jedzenia. Wróciła do domu. Otworzyła szufladę, wyciągnęła masło z serem. Ujrzała na podłodze rzeczy koleżanki i wtedy za domem zobaczyła górę ziemi. Ktoś tam stękał. Zawołała matkę i brata. Podeszli, a tam w dole leżeli świeżutko porąbani ludzie, mężczyźni, których gonili po wsi. Jeden czternastoletni chłopak, rówieśnik Zofii i Antoniego, był przywalony innymi ciałami. Próbował się wydostać. Starszy mężczyzna miał stopy odrąbane. - Wzięłam go za rękę i na brzeg go przyciągnęłam, a temu chłopcu - Bolek mu było na imię - pobiegłam do studni po wodę, do domu najpierw po rondel, to musiałam nadepnąć na plecy temu zabitemu, żeby podać tej wody - mówi z dużym wzruszeniem pani Zofia.
     To był jeden dół. Kolejny był usytuowany z drugiej strony szkoły. Rodzina Suszków odeszła od dołu i udała się w kierunku zgromadzonej grupki osób. Tam dowiedzieli się, że to ocalałe kobiety. Z kościoła zostały zaprowadzone w okolice lasu. Tam dowódca ukraiński odczytał im akt oskarżenia, w którym główny zarzut polegał na tym, iż od czterystu lat Polacy zamieszkiwali ziemie ukraińskie i za to przysługuje kara śmierci. Zofia Kieruj wyjaśniła, że Ostrówki były wsią typowo polską, założoną w XVI wieku. Jej mieszkańcami byli ludzie z Mazowsza, zwani potocznie Mazurami. Jako jedyni w okolicy cały czas posługiwali się językiem polskim. Nawet Polacy z innych miejscowości nie używali języka polskiego, ci w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej tak. Kobiety, jak usłyszały wyrok, zaczęły błagać o życie. Nie ubłagały oprawców.
     - I każda matka musiała brać swoje dzieci, a oni szli i tak rąbali wkoło. Nasza sąsiadka z dwójką dzieci, chłopak pięć, a dziewczynka trzy lata, wzięła je pod siebie. Jak oni rąbali, to cała była obryzgana tą krwią, jeden uderzył ją karabinem, ale była tak nieruchoma, że myśleli, że nie żyje. Ale przeżyła. Byłam potem u niej pod Wrocławiem. Po 49 latach.
     POD PODŁOGĄ
     Ci, co mogli, zaczęli się podnosić i uciekać. Niektóre osoby przeżyły cudem. Jeden ośmiolatek stracił całą rodzinę, a sam wyszedł z rzezi żywy. Matka pani Zofii z dwójką najmłodszych dzieci wraz z innymi poszła do Jagodzina. Cały czas myślała, że w szkole zginęli obaj jej starsi synowie. W Jagodzinie przenocowali na dworcu kolejowym. Następnego dnia poszli do Lubomla. Tam dowiedzieli się, że syn Czesław jednak żyje. Okazało się, że kilka osób schowało się w szkole pod podłogę. Jak Ukraińcy wszystkich wywołali, to na wieko nasunęli ławki, by ci, którzy byli schowani, nie mogli wyjść. Ale do szkoły weszli Niemcy i  Polacy słysząc język niemiecki zaczęli pukać, i Niemcy ich wypuścili. Kazali ocalałym jechać do Jagodzina. Brat pani Zofii Czesław poszedł tam do swojej ciotki. Rodzina odnalazła się po dwóch tygodniach od pogromu. Cała czwórka spotkała się na Okopach koło Dorohuska. - Jak żeśmy doszli, to się ucałowaliśmy i popłakaliśmy.
     Nie wszyscy mogli się spotkać. Oprócz zabitego brata Józefa, śmierć dosięgła najstarszą siostrę, która mieszkała w Woli Ostrowieckiej. Oddziały ukraińskie w nocy 30 sierpnia najpierw weszły do wsi Kąty, potem nad ranem do Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. W Kątach mieszkała ciotka i babcia pani Zofii. Ciotkę w ciąży wrzucili do studni. W Woli Ostrowieckiej siostra z dwojgiem dzieci i szwagier zostali spaleni żywcem w szkole. - Jak wszystkich pozganiali, to słomy nanieśli i granaty wrzucali. Mąż siostry jak zaczęło się palić, to uciekał i go zastrzelili.

Żołnierze Wehrmachtu przekroczyli ówczesną granicę między III Rzeszą a ZSRS na Bugu 22 czerwca 1941 roku. Dla Polaków tam mieszkających okupacja sowiecka zamieniła się na niemiecką. Inaczej myśleli Ukraińcy, którzy początkowo mieli nadzieję na niepodległe państwo. Inne wyobrażenie o tych terenach mieli okupanci. Ukraińcy zasilali szeregi policji pilnującej porządku wraz z Niemcami. Członkowie policji prowadzili podwójne życie. Za dnia współpracowali z najeźdźcami, a w nocy rozmawiali o niepodległej Ukrainie. Organizowali oddziały, które miały walczyć o niepodległość Ukrainy. Walka ta nie była jednak romantycznym zrywem niepodległościowym. Latem 1943 r. przez Wołyń przelała się fala rzezi na Polakach, jakich dopuścili się ukraińscy nacjonaliści. Kolejna fala wezbrała w okresie przedświątecznym. Zginęło ponad sto tysięcy Polaków. Z powierzchni ziemi znikały całe wsie zamieszkane przez Polaków. Jednymi z wielu były Ostrówki i Wola Ostrowiecka.

     PLUSKWY I WSZY
     Okoliczni mieszkańcy przyjmowali na noc te osoby, które w wyniku pogromów zostały bez domów. Ludzie, którzy z dnia na dzień zostali bez dachu nad głową, nie mieli się nawet w co ubrać. Pani Zofia mówi, że oprócz sukienki nic do ubrania nie miała. Była boso. Dopiero jesienią 1943 roku dostali drewniane dyby i ubrania. Potem dostali pracę w majątku w Srebrzyszczach koło Chełma. Tam dostali mieszkanie w piwnicy po więźniach. Stały tam drewniane prycze. Jak szli spać, to po nich zaczynały chodzić pluskwy. Rodzina Suszków dowiedziała się, że mają wysłać ich do Niemiec na roboty. Uciekli pod osłoną nocy do Okopów. Na zimę 1943/1944 wrócili do Jagodzina, na drugą stronę Bugu. Tam przeczekali do 1945 roku. Po ponownym przejściu frontu i wkroczeniu Armii Czerwonej na te ziemie, zaczęły się przesiedlenia ludności.
     Na mocy konferencji pokojowej w Jałcie ziemie na zachodnim brzegu Bugu po wojnie znalazły się po stronie polskiej, a po wschodniej - w granicach ówczesnej ukraińskiej republiki wchodzącej w skład Związku Sowieckiego. Ukraińców przewozili na jedną stronę, a Polaków na druga stronę Bugu.
     Pani Zofia z rodziną przyjechała do Pławanic, na zachodnim brzegu Bugu. Tam dostali gospodarstwo po przesiedlonych Ukraińcach. W maju 1945 roku powstały urzędy repatriacyjne, które zajmowały się przesiedleniami ludności w granicach powojennej Polski.
     - Nic nie mieliśmy i mama też się zapisała. Przyjechaliśmy tutaj. Z tym, że najpierw mieliśmy dokumenty do Pruszcza Gdańskiego. Zajechaliśmy. Wyładowali nas na bocznicę i tam dwa tygodnie byliśmy. Szukali nam gospodarki, ale tam jeszcze Niemcy byli. My nie mieliśmy nic. Ci z Jagodzina pozabierali krowę, konia, a nawet świnię. My w tych wagonach z tym wszystkim jechaliśmy. Takie brudasy śmierdzące byliśmy. Nie wiem od kogo dostałam grzebyk. Pamiętam, że jak wyszłam za tory i jak czesałam włosy, a miałam warkocze, to widać było wszy na ziemi - opowiada pani Zofia.
     KRÓLIKOWO
     Po dwóch tygodniach delegaci przyjechali do Bydgoszczy pytać, czy tutaj nie ma wolnych gospodarstw. Były. Dostali skierowanie do Szubina. Znów dwa tygodnie czekali na bocznicy. Z dworca chodzili do miasta do zakładu poprawczego po zupę, którą nieśli w kance z powrotem na dworzec. I po tych dwóch tygodniach otrzymali poniemieckie gospodarstwo w Królikowie. Mieszkając w Królikowie pani Zofia poznała męża. Gdy zamieszkała w Królikowie w 1945 r., miała szesnaście lat. Jej mąż Tadeusz Kieruj miał lat dziewiętnaście. W 1950 roku pobrali się. Mieli dziewięcioro dzieci, sześć córek i trzech synów. Pani Zofia, bo mąż już nie żyje, ma 24 wnuczęta i 24 prawnuczęta. Jest dumna z tego, że udało jej się wychować dzieci w szacunku do własnych umiejętności i pracy, że potrafili sobie w życiu poradzić i życie ułożyć. Jej mąż zmarł w 1981 roku, a brat Czesław dziesięć lat temu.
     PIELGRZYMKI
     Z pogromu pozostały jednostki. W 1992 roku dowiedzieli się z telewizji, że w Ostrówkach będą ekshumacje. Pani Zofia po 49 latach wróciła do rodzinnej wsi. Z Chełma trzy autokary wyjechały. - Jak jechaliśmy, to ukraińskie kobiety i mężczyźni powychodzili i się gapili. Ja się tak bałam, tak mi serce zaczęło pukać jak młotem. Myślałam, że nas pobiją. Ale jechaliśmy pod eskortą żołnierzy i się uspokoiłam. Jak dojechaliśmy, to zobaczyłam, że ten bruk, co był w Ostrówkach, to te Ukraińcy, takie dziady, że ten bruk wyjęli i sobie założyli.
     W Ostrówkach został tylko krzyż, który partyzantka polska w krzakach znalazła. Została figura Matki Boskiej z odrąbaną głową. Nie ma już żadnych zabudowań. Na miejscu kaźni został postawiony pomnik i zbiorowa mogiła. Pani Zofia co roku w rocznicę tych tragicznych wydarzeń jeździ do swojej rodzinnej wsi. Osobą, która bada dzieje tych wydarzeń i jednocześnie jest organizatorem wyjazdów, jest Leon Popek. To są pielgrzymki tych, co przeżyli i ich rodzin do miejsc kaźni.
     Pytamy, czy da się przebaczyć. - Ból serca nie ustaje. To jest rana niezabliźniona. Przecież im pop widły święcił, które brali, żeby nas zabijać. Oni też ponieśli karę. Bo co oni z tego mają? Nic. Mówią teraz, że wy byliście ludźmi i jesteście ludźmi, a my jak byliśmy dziadami, tak dziadami jesteśmy. Z naszej strony tak, ale z ich strony nie wierzę, żeby nie zabili człowieka. Ja bym się zawsze bała. Są i tacy, jak ten dziadek, który wtedy przyszedł i ostrzegł. Moje zdanie też jest takie, że wojna to narobiła. Żeby wojny nie było, to do tego by nie doszło. Niemiec wykorzystał to. Dał im broń. Owszem, byli tacy nie do zgody, zawistni, ale do tego by nie doszło.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1165 (24/2014)

 

 

 

Komentarz

     Pamiętać, ale budować

     Jest takie przysłowie mówiące, że syty nie zrozumie głodnego. Najlepszą metodą poznania jest przeżycie, doświadczenie danej sytuacji. Odczucia wydarzeń na własnej skórze potrafią zmienić pogląd i ocenę ludzi, miejsc, wydarzeń. Doświadczenia ludzi, którzy widzieli i przeżyli rzeź wołyńską wywarły ogromne piętno na ich życiu. Ich widzenie tego, co dzieje się za wschodnią granicą też jest inne. Próbuję to zrozumieć, ale trudno, bo nie ten wiek, nie to pokolenie, nie ten czas. Chociaż Zofia Kieruj, która straciła bliskich na Wołyniu ma pełne prawo do tego, by czuć to co czuje teraz: żal, ból, niechęć do tych, którzy okazali się nie tylko sąsiadami, ale oprawcami.
     Próbuję wyobrazić sobie taką sytuację, że ludzie, z którymi na co dzień rozmawiam i żyję w sąsiedztwie, nagle przychodzą pod osłoną nocy i bez mrugnięcia okiem wysyłają rodzinę na tamten świat. Po pierwsze, to dziś trudne do wyobrażenia (nawet współcześni nie umieli sobie tego wyobrazić), a po drugie, prawdopodobnie czułbym to, co dziś mieszkanka Królikowa.
     Kiedy w ubiegłym roku oglądałem obrazy z obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej i słuchałem świadków tamtych wydarzeń, i tych, którzy zostawili tam bliskich, przyznam, że dziwiłem się tym naładowanym emocjami wypowiedziom. Trudno mi pojąć, bo korzenie moje tkwią tutaj, na pałuckiej i wielkopolskiej ziemi. Wołyń i Kresy są daleko. Geograficznie, historycznie i mentalnie. Dlatego z taką też uwagą słuchałem opowiadań Zofii Kieruj o jej osobistej tragedii. Ale myślę też, że może to dobrze, że w tym pokoleniu tych emocji jest mniej. Łatwiej jest budować nowe.
     Podczas piątkowego spotkania Roman Danielewski przypomniał Tadeusza Mazowieckiego, który postępował w myśl zasadzie od krzywd, ale i od zemsty za nie, uchroń nas Panie. Przypomniały mi się relacje obu nacji na Wołyniu, i to jak głębokie są rany ludzi, którzy wtedy tam mieszkali. Dziś mam taką nadzieję, nie będzie nikt szukał zemsty, tylko dochodził prawdy. Mówienie i przyznanie się do faktów historycznych nie przekreśla przecież teraźniejszości i przyszłości. Są to dwie różne rzeczy, i to starałem się pokazać przypominając tragiczny los Zofii Kieruj i jej rodziny. Nie można zapomnieć o tym co było, można próbować wybaczyć, choć - jak mówi to nasza bohaterka - rana to niezabliźniona, ale trzeba patrzeć na to, co będzie. Chciałbym, by zrozumieli to nie tylko Polacy, ale przede wszystkim Ukraińcy.
     Poznałem kilku Ukraińców, którzy okazali się otwartymi, miłymi, ludźmi ciekawymi tego, co polskie. W pamięć zapadły mi dwie osoby. Poznałem Jurka, faceta ze Lwowa, Ukraińca, który postanowił nauczyć się języka polskiego i był tłumaczem podczas spotkań polsko-ukraińskich. Poznałem ukraińskich dziennikarzy. Ihor, jeden z nich, nie mógł doczekać się tego, by zobaczyć, jak robimy gazetę tutaj, na Pałukach. Potem wygrał konkurs i przyjechał do Żnina. Ta Polska ludzi młodych i Ukraina ludzi młodych jest na szczęście zupełnie inna od tych relacji sprzed 70 lat. Doświadczyłem tego, że sporo rzeczy nas łączy. Wydaje mi się, że na tych relacjach łatwiej budować. Budować ze świadomością tego, co się wydarzyło, bez przekreślania przeszłości, ale by ta przeszłość nie ciążyła zbyt na relacjach międzyludzkich.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1165 (24/2014)

 

Przejdź do forum.

S2UFLADA

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/11/2024 13:55

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze wiadomości